— Wszystko w porządku, nic mi nie jest
— odszczeknąłem od razu, lekko nerwowo drgając i odsuwając nieco w przeciwnym
kierunku. Bliżej temu było do markotnego burknięcia i ta automatyczna,
nieprzemyślana reakcja mnie samego chyba najbardziej zaskoczyła.
Nikt nigdy nie… Martwił się o mnie?
Nikt nie pytał, czy jestem ranny albo czy coś mi się stało. A teraz czułem się
zdecydowanie nieswojo pod czujnym okiem dziewczyny. Była ode mnie o tyle
młodsza, tyle mniej w życiu widziała, a mimo to potrafiła się troszczyć. O
wszystkich, o wszystko. Czy tam, w zamknięciu w tej pięknej, marmurowej
świątyni, która pławiła się w blasku słońca usytuowana na skale, na
nasłonecznionym zboczu tego właśnie uczyli?
Nie zamierzałem ani o to pytać ani
podziękować. Zapewne to drugie właśnie zrobiłaby lwia część ludzi na moim
miejscu, ale przez moment praktycznie uważałem, żeby się nie ruszyć, jakby
nawet najdrobniejszy ruch powietrza miał zniechęcić ją do mówienia. A na
historię kazała mi czekać niekrótko. Na zewnątrz zrobiło się już znacznie
spokojniej, wszystko zaczynało być zorganizowane, choć to nie znaczyło, że na
dzisiaj czeka mnie już jedynie odpoczynek. Wszyscy brali zmiany na warcie i sam
planowałem pojawić się na jednej z nich, pod koniec nocy.
Jeśli jakaś historia zaczynała się od
imienia tego wymoczka, czy mogłaby mieć dobre zakończenie? Gdzieś jednak
wewnątrz mnie na myśl, że kapłanka oszukała księcia zrodziła się dziwna
euforia. I duma. Oczywiście, nie miałem pojęcia, czy o niego rozkazy chodzi,
ale kolejna przerwa w mówieniu nie trwała już tak długo. Oparłem się za plecami
na dłoniach, odchylając głowę nieco do tyłu. Dzięki temu nadal mogłem gapić się
bezsensownie na przeciwległą ścianę namiotu z przymkniętymi teraz oczami. Z
każdym zdaniem powinienem być coraz bardziej pewny, że za jej zachowanie należą
się stosowne konsekwencje, ale równocześnie bawiła mnie ta sytuacja, w której
Esja sama się postawiła. Bo sprowadziła sobie na głowę bez wątpienia kłopoty.
Że mi może oberwać się przez to rykoszetem, na razie nie rozważałem.
W końcu jednak jej ostatnie, drżące
słowa przecięły ciszę, która panowała w namiocie, ale nie na zewnątrz. Ktoś
krzyczał coś o ognisku i przygotowaniu potrawki, ktoś beknął i śmiał się.
Wewnątrz jednak było cicho. Jakby dziewczyna czekała na słowa, których teraz
musiała się obawiać. Że rozkażę jej wrócić do obozu? To było niemożliwe.
Byliśmy za daleko, żebym marnował kilkunastu żołnierzy na eskortę. Po mojej
twarzy błąkał się uśmiech. Złośliwy.
— Napytałaś sobie biedy — mruknąłem,
przekręcając lekko głowę w jej kierunku.
Oczywiście część tej opowieści
bynajmniej nie była zabawna. Otwarta rozmowa o takich uczuciach sprawiała, że
coś gniotło mnie pod powierzchnią skóry i kazało uciekać, schować się za mur,
nie pozwolić się przedostać. To ostatecznie sprawiło, że uśmiech spełzł z mojej
twarzy. Pochyliłem się do przodu i oparłem ramiona na kolanach. Dlaczego
poczułem się nagle o dziesięć lat starszy? Na pewno nie na myśl o tym, że
książę teraz urządza pokaz gniewu albo że naprawdę wysyła za nami pogoń.
— Ale twoje obecne obawy są z całą
pewnością bezpodstawne. Nosimy barwy swojego królestwa i jego sztandary,
należymy do jednostki wojskowej. Jesteśmy jednak na ziemi niczyjej. Jeśli
książę będzie chciał cię odzyskać — zacisnąłem dłoń w pięść na myśl o tym —
będzie musiał sam się tutaj pofatygować. Rozkazy wydane przez radę zostają
rozkazami prawomocnymi. To ja odeślę cię do stolicy i zrobię to wtedy, kiedy
uznam to za stosowne — nacisk na te słowa miał sprawić, że zabrzmią pewnie.
Może nawet pocieszająco. Wiedziałem, że dziewczyna nie chce się tam udawać,
rozstawać z tym, co już tutaj związała. Z goryczą nawet brałem pod uwagę w tym
siebie. Prawda była nieco inna i bardziej okrutna. Kiedy dostanę list z
nazwiskiem jej męża, mam wyprawić ją w natychmiastową drogę.
Eliah mówił mi wcześniej, co prawda, że
w związku ze spaleniem większości dokumentów w stolicy zapanował mały chaos.
Nie wiadomo było, do kogo Esja ma trafić i jakie nazwisko przybrać. Ostatnio
jednak te sprawy się klarowały i list mógł przyjść lada moment; być może nawet,
jak tylko dotrzemy do tymczasowego obozu w którym przyjdzie nam się zatrzymać.
Teraz jednak jeszcze mogłem grać w
swoją odrealnioną grę, w której Esja była moją własnością. W której jej los
zależał ode mnie i w której mogłem rościć do niej jakiekolwiek prawa. Nigdy
wcześniej jednak równocześnie nie czułem podobnej nienawiści do systemu, który
rządził naszym państwem.
—
Udała ci się ta intryga. I udało ci się nas oszukać. Ale nie powinnaś tego
więcej próbować — dodałem ostrzej, nadal na nią patrząc. Czy cały czas miała na
sobie jedynie koszulę nocną czy w chwili mojej nieuwagi pozbyła się jakiejś
części ubrania? — Nawet przez wzgląd na twoje zdrowie.
Podniosłem się powoli, łóżko skrzypnęło
obiecująco; w każdej chwili mogło się załamać.
W tym samym czasie w namiocie
bezszelestnie pojawiła się nowa osoba. Dostrzegłem ją kątem oka, jak przemyka
się pod połą praktycznie bez dźwięku. Instynkt zadziałał natychmiastowo, bez
chwili zwłoki, dokładnie tak, jak powinien. Nie traciłem czasu na zastanawianie
się, kim jest ja osoba. Wycelowałem prosto w szyję. Powietrze opuściło gardło
zaskoczonej osoby ze świstem, kiedy zaciskałem na nim palce. Coś upadło na
podłogę, a powietrze przeszył zduszony, gardłowy dźwięk. To wszystko trwało
zaledwie kilka sekund. Zamrugałem kilkakrotnie, uświadamiając sobie, że to
tylko ta dziewczyna, ta służąca. Jej palce bezskutecznie ześlizgiwały się po
mojej dłoni, kiedy próbowała się wyszarpać z uścisku.
Powoli poluzowałem dłoń, pozwalając jej
zaczerpnąć świeżego powietrza. Chwiejnie stanęła na własnych nogach, wcześniej
o kilka cali podniesiona do góry. Poza tym jednym wcześniej nawet nie wydała z
siebie krótkiego dźwięku. Moje oczy smagnęły na dół, ku jej stopom, gdzie leżał
niewielkich rozmiarów tobołek.
— Na litość boską, życie ci niemiłe? — warknąłem,
cofając się o krok i rozmasowując swoją dłoń. — Nie zakradaj się tak na
przyszłość.
Mimo całej tej sytuacji, że byłem zły
ani wyprowadzony z równowagi. Dziewczyna przeprosiła cicho, kłaniając się.
Dłonią masowała swoją szyję, na której być może pojawi się czerwony ślad po
moim uścisku. Przez moment się jej przyglądałem – miała poparzone dłonie od
pracy na pikniku, pokryte już licznymi bliznami. Nie było to z pewnością
zagrażające życiu, tak ocenił medyk tuż po tym, kiedy ją kupiłem, ale z
pewnością nie posłuży jej w przyszłym życiu ani znalezieniu męża.
O ile w ogóle to było priorytetem
służącej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz