W pierwszej chwili jego słowa wydały mi się przerażające, ale po sekundzie, kiedy przeanalizowałam ton jego głosu, gdy dostrzegłam złośliwy uśmiech, poczułam, że nie mam pojęcia na czym stoję. Był zły? Czy może jednak wręcz przeciwnie? Zamieszało mi to w głowie, niczym piwo, jakiego on sam nauczył mnie pić. Chyba sam zauważył, że jego nastawienie jest zbyt pobłażliwe, bo zaraz jakby sposępniał, a to dało mi jasno do zrozumienia, że łatwo nie będzie. Jeśli liczyłam na to, że na uśmiechu się skończy, to musiałam się teraz zmierzyć ze smutną rzeczywistością. Prawda była jednak taka, że z każdym następnym słowem było mi coraz lepiej. Nawet jeśli jego wypowiedzi nie były zabarwione w szczególnie pozytywny wydźwięk, to jednak odgoniły ode mnie największą obawę, jaka trzymała mnie w swych szponach od świtu - nie odeśle mnie.
Mimo powagi sytuacji nie potrafiłam zapanować nad uśmiechem. Prawdę mówiąc moje ciało całe drżało, ale teraz już nie ze strachu. Chyba nawet milion razy miałam się już rzucić na jego szyję, ale po długim odpoczynku rozsądek się zregenerował i skutecznie odradzał mi takich zabiegów. Dopiero jego ostry ton głosu ostudził całkowicie moje zapały. Nie byłby sobą, gdyby tak się to nie skończyło, prawda? A jednak koniec tych słów nie pozwolił mi powstrzymać uśmiechu. Delikatnego, ale szczerego.
- Nie chciałam, żebyś musiał się o mnie martwić - powiedziałam niepewnie, jakby w obawie, że zaraz brutalnie zaprzeczy moim słowom. Akurat się podniósł, a ja kątem oka zauważyłam, że dziewczyna, która miała pełnić rolę mojej służącej wróciła do namiotu. Nevan stał tyłem, nie mógł jej widzieć, była taka cisza i pewnie to było powodem, przez który mężczyzna w jednej chwili się gwałtownie poruszył. Ja sama pisnęłam przerażona, widząc, jak zaciska palce na szyi brązowowłosej. Wyskoczyłam niewiele myśląc w posłania, pokonując bosymi stopy zaledwie kilka kroków. Nim jednak do nich dopadłam, Tealvash sam zwolnił już uścisk, a ja nadal byłam podenerwowana zaistniałą sytuacją.
- Bogowie, nic ci nie jest? - zagadnęłam ją szczerze przejęta. Sądziłam jednak, że mimo wszystko ucierpiała, bo zrobiła taką przerażoną minę. Szybko zrozumiałam, że to nie o jej stan się rozchodzi.
- O najświętsza, racz to przywdziać... - skłoniła nisko głowę, sięgając po pelerynę. Teraz spojrzałam w dół i oblałam się rumieńcem. Znowu... znowu pokazałam przy nim swoje uda. prawdę mówiąc całkiem chętnie sięgnęłam po szatę, ale nim dziewczyna skłoniła się po mój tobołek, pierwsza podniosłam go z ziemi, a ją złapałam za ręce.
- Usiądź... lepiej będzie, jak zaczniesz pukać, oficer Tealvash potrafi w mgnieniu oka zaatakować, nie wiń go proszę za to - nie chciała siadać, widziałam, że nerwowo zerka to na mnie, to na mężczyznę, ale pod naporem moich ramion nie miała wyboru. Chociaż nie była już tak fatalnie rozczochrana i ubrana, jak na polowaniu, to jednak nadal patrząc na nią człowiekowi krajało się serce. Na moment musiałam zignorować Nevana, licząc jednak, że nie będzie miał mi tego za złe. Otworzyłam swój tobołek i grzebiąc w kilku słoiczkach otworzyłam w końcu jeden, przyjemnie pachnący miodem. - To maść nawilżająca, ale też przyspieszająca leczenie. Dostałam ją od medyczki z obozu, mam dwie, więc jedna będzie twoja - mówiąc to już nałożyłam nieco specyfiku na dłonie, rozgrzałam go i złapałam za palce przerażonej, ale też widocznie zaskoczonej dziewczyny. Było mi niewygodnie, więc przykucnęłam nieco, uśmiechając się do niej niepewnie. - Musisz dobrze wetrzeć, a potem pozostawić do wchłonięcia, dobrze? - chyba nie wiedziała, co powinna odpowiedzieć. Gryzła się, może chciała odmówić, zaprzeczyć? Ostatecznie opuściła głowę.
- Dobrze, najświętsza pani - odpowiedziała ładnie... ale ja skrzywiłam się lekko.
- Esja. Jeśli mamy odtąd żyć razem, mów mi Esjo - widziałam jej zaskoczenie i to, jak nerwowo zerka na Nevana. - Spokojnie, oficer na pewno nie będzie miał nic przeciwko. Nie wiem tylko, jak ty się nazywasz? - zrobiłam z tego specjalnie pytanie.
- Mila, najświętsza pani...
- Esjo - powiedziałam z naciskiem, a ona zrobiła taką minę, jakby miała się popłakać. Westchnęłam i podniosłam się. - No dobrze, małymi kroczkami. Czekaj, aż się wchłonie i posiedź jeszcze - poleciłam grzecznie. Było to ciekawą nowością, mieć na kimś zwierzchnictwo. Oczywiście nie zamierzałam rozporządzać tą biedną dziewczyną, ale pierwszy raz to ktoś mnie słuchał, a nie na odwrót.
Stanęłam przodem do Nevana, poprawiając szatę, spod której i tak nic nie wystawało. Zaraz poprawilam też włosy i uznałam, że ten ruch był niepotrzebny. Po chwili ciszy uśmiechnęłam się znów do niego, czując, jak stres całego dnia opuszcza mnie nieco. Nie byliśmy sami, ale mimo, iż nie znałam Mili, to miałam pewność, że nie doniesie nikomu na to, co działo się tutaj. Uznałam, że na pewno bedzie wspaniałą powierniczką, bardzo wierną. Ja sama postaram się jej chociaż trochę wynagrodzić trud dotychczasowego życia.
- Czy wolno mi zaryzykować i uznać, że nasza sytuacja jest stabilna i pozbawiona wrogich czynników? - zapytałam. Chyba nico go to zaskoczyło, może nie zrozumiał i nie dziwiłam mu się wcale. Przechyliłam nieco głowę na bok. - W zasadzie chciałam zapytać, czy pan oficer znajdzie w swoim planie dnia chwilę na zjedzenie ze mną posiłku? Nie jadłam śniadania, w zasadzie przez mój niekontrolowany wypadek nic dziś nie jadłam, więc umieram z głodu. Chciałabym jednak przed snem uwolnić się z tego namiotu, więc jeśli pozwolisz, ubiorę się i dołączę do ciebie - niby przypadkowo z tytułowania przeszłam na ty. Teraz, kiedy wiedział o wszystkim nie chciałam znów się z nim żegnać, zostawać sama. Cały dzień go w zasadzie unikałam i miałam dziwną potrzebę odrobienia sobie tego, co stracone. Niby na tym miała skończyć się moja wypowiedź, ale jakiś dziwny chochlik pchnął mi na język jeszcze jedno zdanie. W zasadzie nieznaczące, a jednak coś się pod nim kryło. Możliwe, że ja sama nie rozumiałam jeszcze skąd ta fascynacja, gdy je wypowiadałam i czego szukałam w postawie mężczyzny.
- No chyba, że wolisz mój panie, by ktoś inny dotrzymał mi towarzystwa? - zagadnęłam, niby luźno, jakbym faktycznie nie chciała sprawiać problemu. Inną sprawą był fakt, że przeszedł mnie dreszcz, a oczy skrzyżowały się z jego spojrzeniem, jakby czegoś oczekiwały. Czego? Nie wiem... wiem doskonale... nie przyznam się do tej wiedzy. Nie przed nim i nie przed samą sobą.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz