czwartek, 23 listopada 2017

CXXXVIII



        Odsunąłem się, robiąc Esji przejście i lustrując ją spojrzeniem. Doprawdy, ta dziewczyna nie ma za grosz przyzwoitości, pomyślałem, uśmiechając się do własnych myśli.
        Z nieskrywaną, ale też niepoważną obrazą patrzyłem kątem oka na dziewczyny, starając się udawać niezainteresowanego. A mimo wszystko uważnie śledziłem dłonie służącej. Nie sądziłem, żeby chciała zrobić co prawda krzywdę Esji, ale ostrożności nigdy za wiele. Nie znałem jej i nie zamierzałem pokładać w niej jakiegokolwiek zaufania, a już na pewno nie tak łatwo, jak kapłanka, bo okropnie skrzywdzone w przeszłości zwierzę często potrafi atakować nawet pomocne dłonie, gdyż tak bardzo przyzwyczajone jest do szczucia. Patrzyłem się więc na dłonie i całą jej postawę, jednocześnie chcąc nie chcąc przysłuchując się rozmowie. Choć raczej nie można tego jeszcze było nazwać pełnoprawną konwersacją.
        Początkowo nie mieściło mi się wręcz to w głowie, że można rozmawiać ze służącym jak równy z równym, co w tym momencie robiła blondynka. Ci ludzie dla członków wyższych kast byli niezauważalnymi cieniami, które szwendały się po korytarzach i zajmowały się obsługiwaniem ich potrzeb. Nie traktowali ich jak ludzi, a bardziej jak coś, co z konieczności ich nawyków do wygód musi istnieć. I coś, co z przykrością muszą tolerować. Mnie wychowywano w podobnym duchu, a choć życie służby nigdy nie leżało w kręgu moich zainteresowań, zostałem nauczony, by traktować ich niczym powietrze. Dlatego z pewnym rodzajem ciekawości przyglądałem się temu, co wyprawiała jasnowłosa kapłanka, tak uniżając się przed tak mało wartym w oczach ogółu bytem i zastanawiałem się, jak wiele razy będzie potrafiła mnie jeszcze zaskoczyć, robiąc coś równie irracjonalnego.
        Oczywiście zauważyłem spojrzenia, jakimi w moją stronę strzelała speszona dziewczyna. Nie patrzyłem na nią przychylnie i nawet tego nie ukrywałem, ale jednak jeśli Esji zależało na tym… Albo jeśli wierzyła, że to, co robi ma jakiś sens, że zamierzałem się z tym też otwarcie kłócić. Nie teraz.
        Jakby na potwierdzenie słów blondynki pokiwałem głową, choć nie zadano pytania prosto do mnie, ale czułem, że chcę tą jedną rzecz wyjaśnić służącej jasno.
        — Nie należysz do mnie, a do niej. Ona będzie decydowała o twoim losie — mruknąłem oschle, zakładając ramiona na klatce piersiowej. — I nie jesteś pod moim zwierzchnictwem, żeby musieć szukać aprobaty albo potwierdzenia słów Esji.
        Wypowiedzenie imienia blondynki w obecności kogoś obcego, w dodatku kogoś tak bez znaczenia ledwo przeszło mi przez gardło. Sama konieczność odzywania się do służącej… Coś nie do pojęcia. Jedynym logicznym wytłumaczeniem było to, że zwyczajnie przekazywałem jej rozkazy. To można było robić bez poczucia krępacji. Ale poza tym to wszystko było dziwne i nieswoje.
        — Widać, że wychowałaś się w odosobnieniu — zauważyłem niezłośliwie, kiedy tylko poświęciła mi ponownie uwagę, a moje brwi drgnęły lekko i uniosły się ku górze. Nie zamierzałem jednak niczego więcej do tego komentarza już dodawać. Zaiste, służąca teraz należy do niej i może z nią robić, co się jej podoba… Nawet, jeśli oznacza to rozmowę.
        Dalej jednak nie było łatwo. Przekrzywiłem głowę na bok w reakcji na niby nieznaczące, niewinne pytanie Esji, nadal świadom, że tutaj jest służąca, która słucha naszej rozmowy. Zazwyczaj ci ludzie byli cieniami; nikt nie uwierzyłby im, cokolwiek by nie chcieli powiedzieć na swoich właścicieli. Nie mieli siły działania ani przekonania. Byli po prostu służbą. Ale ta jedna niebezpiecznie wzrosła w oczach Esji, więc nie potrafiłem się czuć komfortowo.
        — Najpierw się narzucasz na zjedzenie ze mną posiłku, a później zauważasz mimochodem, że może jednak nie? Co to za zachowanie? — Sam ułożyłem jedną z dłoni na biodrze. — Z pewnością ci nie pasuje. Chodźmy, tak się składa, że będę mieć przygotowaną kolację w swojej tymczasowej kwaterze. Zamierzam jeszcze trochę popracować przed nocną zmianą na warcie, ale możesz zjeść ze mną — zawahałem się na moment. Jeśli to gra, to czy w niej przegrywam? Nie za bardzo rozumiałem sens jej zachowania, a wpasowywanie się w sytuację też chyba spełzało na niczym. — Jeśli nie masz w planach innego towarzystwa — dodałem w końcu, unosząc nieznacznie brew i naśladując oczywistą manierę jej mówienia.
        Wyszedłem przed namiot, bo zamierzałem poczekać tam, aż się ubierze. Płócienne budowle ustawione były blisko jedna koło drugiej, najciaśniej jak to możliwe wraz z zachowaniem minimalnej prywatności. Od razu kontrolnym spojrzeniem obrzuciłem wszystko w zasięgu wzroku. Wyglądało na to, że przez te kilka minut mojej nieobecności wszystko zdołało zostać na swoim miejscu. Żołnierze przechadzali się po obozie, skupiając wokół ognia, ale nie czułem się tu przez to mniej bezpiecznie. Wiedziałem, że obwód tego miejsca jest dobrze strzeżony.
        W końcu pojawiła się także Esja, sama, bez służącej. Skinęła głową i ruszyliśmy na skos przez tą część obozu prosto do mojego namiotu. Nie musieliśmy nadkładać wiele drogi, a we wnętrzu przywitały nas już zapalone świece i puste talerze rozłożone na niewielkim stole. Puściłem Esję przodem, a kiedy zniknęła we wnętrzu, odwróciłem się do jednego ze stojących nieopodal mężczyzn. Jego ubranie wyraźnie świadczyło, że jest jednym z niewielu sług, na jakich sobie pozwoliłem.
        Wydałem rozkaz, a później wszedłem do namiotu.
        — Jedzenie powinno zaraz tu być — oświadczyłem.
        Na drugim stole, znacznie większym, spoczywały liczne mapy i dokumenty. W czasie oczekiwania na powrót służby wyjaśniłem jej, gdzie idziemy i jak będziemy pokonywać poszczególne fragmenty wędrówki. Później rozmowa zupełnie spontanicznie zeszła na inne tematy. Związane z mapą, innymi świątyniami, a nawet na chwilę ze stolicą. Dziewczyna wydawała się spokojna, ale nie miałem pojęcia, o czym myśli. Nie zamierzałem też zapytać, zwłaszcza dopóki ta luźna, niezobowiązująca rozmowa trwała. Niedługo później pojawiły się półmiski z jedzeniem; najwidoczniej zauważono, że nie będę jadł sam, bo podano nam więcej jedzenia niż zwykle, a wszyscy doskonale wiedzieli, że nie trawię czczego marnowania zapasów i jem dokładnie tyle, ile potrzebuję.
        Po niecałej minucie w pomieszczeniu pojawił się także drugi sługa. Na jego widok oczy mi zabłysnęły. W dłoniach trzymał niewielkich rozmiarów beczułkę, wystarczająco małą, żeby mógł nią nieść w pojedynkę.
        — Powinnaś tego spróbować — powiedziałem, odprawiając mężczyznę i podstawiając miedziany kielich pod mały kurek. — Będzie smakowało wybornie — zapewniłem, podając jej wypełnione naczynie. Powtórzyłem tą czynność i sam zatopiłem usta w ciemnym, słodkim winie, rozkoszując się jego smakiem na języku i podniebieniu. — A zasmakuje podwójnie, jeśli dodam, że powinniśmy pić szybko, zanim jaśnie oświeceni państwo Sherr nie zorientują się, że z ich kolekcji zniknęła nagle jedna beczka.
        Zanim sięgnąłem po jedzenie, usiadłem na znacznie wygodniejszym krześle przy papierach. Byłem głodny, ale ten głód nie dawał się jeszcze we znaki. Na kilkanaście długich minut pogrążyłem się w czytaniu raportów i uzupełnianiu ich. Od czasu do czasu unosiłem tylko kielich do ust, a kiedy przy którymś z kolei nieświadomym geście uświadomiłem sobie, że jest pusty, podniosłem całkiem trzeźwe spojrzenie na Esję. Cholera. Nadal tu była, a ja zupełnie zapomniałem o tym, że mieliśmy razem zjeść tą przeklętą kolację. Odłożyłem pióro i w ciszy patrzyłem na nią dłużej, niż to było z pewnością w kodeksie moralności.
        — Może faktycznie lepiej byś wyszła, gdybyś zjadła tę kolację z kimś innym — mruknąłem zupełnie poważnie, podchodząc do stołu z jedzeniem. Potrawy stygły w zastraszającym tempie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/