Odsunąłem się, robiąc Esji przejście i lustrując
ją spojrzeniem. Doprawdy, ta dziewczyna nie ma za grosz przyzwoitości,
pomyślałem, uśmiechając się do własnych myśli.
Z nieskrywaną, ale też niepoważną
obrazą patrzyłem kątem oka na dziewczyny, starając się udawać
niezainteresowanego. A mimo wszystko uważnie śledziłem dłonie służącej. Nie
sądziłem, żeby chciała zrobić co prawda krzywdę Esji, ale ostrożności nigdy za
wiele. Nie znałem jej i nie zamierzałem pokładać w niej jakiegokolwiek
zaufania, a już na pewno nie tak łatwo, jak kapłanka, bo okropnie skrzywdzone w
przeszłości zwierzę często potrafi atakować nawet pomocne dłonie, gdyż tak
bardzo przyzwyczajone jest do szczucia. Patrzyłem się więc na dłonie i całą jej
postawę, jednocześnie chcąc nie chcąc przysłuchując się rozmowie. Choć raczej
nie można tego jeszcze było nazwać pełnoprawną konwersacją.
Początkowo nie mieściło mi się wręcz to
w głowie, że można rozmawiać ze służącym jak równy z równym, co w tym momencie
robiła blondynka. Ci ludzie dla członków wyższych kast byli niezauważalnymi
cieniami, które szwendały się po korytarzach i zajmowały się obsługiwaniem ich
potrzeb. Nie traktowali ich jak ludzi, a bardziej jak coś, co z konieczności
ich nawyków do wygód musi istnieć. I coś, co z przykrością muszą tolerować.
Mnie wychowywano w podobnym duchu, a choć życie służby nigdy nie leżało w kręgu
moich zainteresowań, zostałem nauczony, by traktować ich niczym powietrze.
Dlatego z pewnym rodzajem ciekawości przyglądałem się temu, co wyprawiała
jasnowłosa kapłanka, tak uniżając się przed tak mało wartym w oczach ogółu
bytem i zastanawiałem się, jak wiele razy będzie potrafiła mnie jeszcze zaskoczyć,
robiąc coś równie irracjonalnego.
Oczywiście zauważyłem spojrzenia,
jakimi w moją stronę strzelała speszona dziewczyna. Nie patrzyłem na nią
przychylnie i nawet tego nie ukrywałem, ale jednak jeśli Esji zależało na tym…
Albo jeśli wierzyła, że to, co robi ma jakiś sens, że zamierzałem się z tym też
otwarcie kłócić. Nie teraz.
Jakby na potwierdzenie słów blondynki
pokiwałem głową, choć nie zadano pytania prosto do mnie, ale czułem, że chcę tą
jedną rzecz wyjaśnić służącej jasno.
—
Nie należysz do mnie, a do niej. Ona będzie decydowała o twoim losie —
mruknąłem oschle, zakładając ramiona na klatce piersiowej. — I nie jesteś pod
moim zwierzchnictwem, żeby musieć szukać aprobaty albo potwierdzenia słów Esji.
Wypowiedzenie imienia blondynki w
obecności kogoś obcego, w dodatku kogoś tak bez znaczenia ledwo przeszło mi
przez gardło. Sama konieczność odzywania się do służącej… Coś nie do pojęcia.
Jedynym logicznym wytłumaczeniem było to, że zwyczajnie przekazywałem jej
rozkazy. To można było robić bez poczucia krępacji. Ale poza tym to wszystko
było dziwne i nieswoje.
— Widać, że wychowałaś się w
odosobnieniu — zauważyłem niezłośliwie, kiedy tylko poświęciła mi ponownie
uwagę, a moje brwi drgnęły lekko i uniosły się ku górze. Nie zamierzałem jednak
niczego więcej do tego komentarza już dodawać. Zaiste, służąca teraz należy do
niej i może z nią robić, co się jej podoba… Nawet, jeśli oznacza to rozmowę.
Dalej jednak nie było łatwo.
Przekrzywiłem głowę na bok w reakcji na niby nieznaczące, niewinne pytanie
Esji, nadal świadom, że tutaj jest służąca, która słucha naszej rozmowy.
Zazwyczaj ci ludzie byli cieniami; nikt nie uwierzyłby im, cokolwiek by nie
chcieli powiedzieć na swoich właścicieli. Nie mieli siły działania ani
przekonania. Byli po prostu służbą. Ale ta jedna niebezpiecznie wzrosła w
oczach Esji, więc nie potrafiłem się czuć komfortowo.
—
Najpierw się narzucasz na zjedzenie ze mną posiłku, a później zauważasz
mimochodem, że może jednak nie? Co to za zachowanie? — Sam ułożyłem jedną z
dłoni na biodrze. — Z pewnością ci nie pasuje. Chodźmy, tak się składa, że będę
mieć przygotowaną kolację w swojej tymczasowej kwaterze. Zamierzam jeszcze trochę
popracować przed nocną zmianą na warcie, ale możesz zjeść ze mną — zawahałem
się na moment. Jeśli to gra, to czy w niej przegrywam? Nie za bardzo rozumiałem
sens jej zachowania, a wpasowywanie się w sytuację też chyba spełzało na
niczym. — Jeśli nie masz w planach innego towarzystwa — dodałem w końcu,
unosząc nieznacznie brew i naśladując oczywistą manierę jej mówienia.
Wyszedłem przed namiot, bo zamierzałem
poczekać tam, aż się ubierze. Płócienne budowle ustawione były blisko jedna
koło drugiej, najciaśniej jak to możliwe wraz z zachowaniem minimalnej
prywatności. Od razu kontrolnym spojrzeniem obrzuciłem wszystko w zasięgu
wzroku. Wyglądało na to, że przez te kilka minut mojej nieobecności wszystko
zdołało zostać na swoim miejscu. Żołnierze przechadzali się po obozie,
skupiając wokół ognia, ale nie czułem się tu przez to mniej bezpiecznie.
Wiedziałem, że obwód tego miejsca jest dobrze strzeżony.
W końcu pojawiła się także Esja, sama,
bez służącej. Skinęła głową i ruszyliśmy na skos przez tą część obozu prosto do
mojego namiotu. Nie musieliśmy nadkładać wiele drogi, a we wnętrzu przywitały nas
już zapalone świece i puste talerze rozłożone na niewielkim stole. Puściłem
Esję przodem, a kiedy zniknęła we wnętrzu, odwróciłem się do jednego ze stojących
nieopodal mężczyzn. Jego ubranie wyraźnie świadczyło, że jest jednym z niewielu
sług, na jakich sobie pozwoliłem.
Wydałem rozkaz, a później wszedłem do
namiotu.
— Jedzenie powinno zaraz tu być —
oświadczyłem.
Na drugim stole, znacznie większym,
spoczywały liczne mapy i dokumenty. W czasie oczekiwania na powrót służby
wyjaśniłem jej, gdzie idziemy i jak będziemy pokonywać poszczególne fragmenty
wędrówki. Później rozmowa zupełnie spontanicznie zeszła na inne tematy.
Związane z mapą, innymi świątyniami, a nawet na chwilę ze stolicą. Dziewczyna
wydawała się spokojna, ale nie miałem pojęcia, o czym myśli. Nie zamierzałem
też zapytać, zwłaszcza dopóki ta luźna, niezobowiązująca rozmowa trwała.
Niedługo później pojawiły się półmiski z jedzeniem; najwidoczniej zauważono, że
nie będę jadł sam, bo podano nam więcej jedzenia niż zwykle, a wszyscy
doskonale wiedzieli, że nie trawię czczego marnowania zapasów i jem dokładnie
tyle, ile potrzebuję.
Po niecałej minucie w pomieszczeniu
pojawił się także drugi sługa. Na jego widok oczy mi zabłysnęły. W dłoniach
trzymał niewielkich rozmiarów beczułkę, wystarczająco małą, żeby mógł nią nieść
w pojedynkę.
— Powinnaś tego spróbować —
powiedziałem, odprawiając mężczyznę i podstawiając miedziany kielich pod mały
kurek. — Będzie smakowało wybornie — zapewniłem, podając jej wypełnione
naczynie. Powtórzyłem tą czynność i sam zatopiłem usta w ciemnym, słodkim
winie, rozkoszując się jego smakiem na języku i podniebieniu. — A zasmakuje podwójnie,
jeśli dodam, że powinniśmy pić szybko, zanim jaśnie oświeceni państwo Sherr nie
zorientują się, że z ich kolekcji zniknęła nagle jedna beczka.
Zanim sięgnąłem po jedzenie, usiadłem
na znacznie wygodniejszym krześle przy papierach. Byłem głodny, ale ten głód
nie dawał się jeszcze we znaki. Na kilkanaście długich minut pogrążyłem się w
czytaniu raportów i uzupełnianiu ich. Od czasu do czasu unosiłem tylko kielich
do ust, a kiedy przy którymś z kolei nieświadomym geście uświadomiłem sobie, że
jest pusty, podniosłem całkiem trzeźwe spojrzenie na Esję. Cholera. Nadal tu
była, a ja zupełnie zapomniałem o tym, że mieliśmy razem zjeść tą przeklętą
kolację. Odłożyłem pióro i w ciszy patrzyłem na nią dłużej, niż to było z
pewnością w kodeksie moralności.
— Może faktycznie lepiej byś wyszła,
gdybyś zjadła tę kolację z kimś innym — mruknąłem zupełnie poważnie, podchodząc
do stołu z jedzeniem. Potrawy stygły w zastraszającym tempie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz