Choć przez długi czas wydawało mi się,
że jestem w opatulonej szalem z popiołu unoszącego się w powietrzu, cichej,
spokojnej przestrzeni, która była zakrzywiona względem innej, tej realnej, to w
końcu zmysły zaczęły zaskakiwać na swoje odpowiednie miejsca. Nie minęło dużo
czasu, tego byłem pewny, dopóki za moimi plecami pojawili się pierwsi ludzie,
konno, podkowy uderzały w okropnym, a jednocześnie harmonijnym dla chaosu
rytmie o twarde, skalne podłoże. Nie interesowało mnie to, czy to moi ludzie
czy może wrogowie. Jeszcze nie. Nie poczułem jednak, jak przeszywa mnie znajoma
barwna strzała z czerwonym i zielonym pióropuszem, więc ogarnął mnie jeszcze
głębszy spokój, niż przed momentem. Na obóz opadł całun ciszy, a miał kolor
czarnego, zwęglonego drewna.
Cała sceneria była taka spokojna, taka
melancholijna wręcz. Nic nie ruszało się z miejsca, nie było już w powietrzu
charakterystycznych dla tego obozu dźwięków, a mi jednak wydawało się, że je
słyszę, ulotne, przecinające od czasu do czasu powietrze. Wydawało mi się, że
kątem oka widzę ruch kogoś znajomego, więc obracałem się tam energicznie,
jakbym chciał złapać kogoś, kto postanowił zrobić sobie ze mnie żarty. Za
żadnym razem jednak nie było tam nikogo, niczego znajomego, do czego mógłbym się
uczepić i nie utonąć w tej przejmującej, rozległej niczym ocean żałobie.
Jedyne, co się poruszało były smugi dymu, unoszące się wertykalnie wysoko w
powietrze i nierozwiane żadnym powiewem wiatru. Powietrze zastało się w
miejscu, śmierdzące spalenizną, śmiercią, krwią i zgnilizną ciał, które
zaczynały się rozkładać. Były jeszcze daleko, podobnie jak mury niegdysiejszego
obozu, ale zapach wdzierał się do mojego nosa, wżerał w jego ścianki i sprawiał,
że miałem poczucie, że nic innego nie będzie mi już dane nigdy poznać niż ten
jeden, przerażająco silny zapach.
Czas nagle nie ruszył z kopyta, kiedy
obok pojawił się Eliah. Podjechał wolno, choć przed chwilą jeszcze musiał
pędzić, sądząc po kondycji jego konia, która była mimo wszystko lepsza niż
ogiera, którego dosiadałem. Cały spocony z pianą zbierającą się pod wodzami na
szyi i czaprakiem. Moje oczy wyłapywały każdy, nawet najmniejszy detal z tego
obrazka, jakby mój mózg uznał, że to coś godnego zapamiętania.
Blondyn nie odezwał się, nie spojrzał
na mnie, a ja nie zerknąłem na niego. Nie musiałem, czułem że wiem, o czym
myśli, jakie dręczą go uczucia. Przecież spędził tutaj tyle czasu niemal, ile
ja, a może nawet więcej. Nigdy nie rozmawialiśmy o tym, co było zanim jako
młody szkut dołączyłem do obozu, pewny tego, że wiem wszystko, kiedy
praktycznie na gównie się znałem. Opuściłem jedną dłoń luźno wzdłuż ciała, a
drugą ściśle trzymałem wodze. W powietrzu rozsypał się kurz i popiół, więcej
popiołu. Za naszą dwójką, w odległości co najmniej kilku metrów, stała reszta
żołnierzy.
— Gdzie Esja?
Mój głos był płaski, ale władczy. Nie
było w nim cienia słabości, żalu, rozpaczy, zupełnie nic, co człowiek mógłby
uznać za słabość. Jakby przed moimi oczami nie malowała się scena krwawej
masakry, od której nie odwracałem wzroku.
— W wozie, ze swoją służącą.
— Bezpieczna?
Chwila ciszy.
— Tak.
Przyciągnąłem bliżej siebie wodze, a koń
poruszył się niespokojnie. Skinąłem jedynie głową, ale nawet nie musiałem tego
robić. Między nami panowała pewna zgoda nie podzielona słowami, w której
rozumieliśmy się doskonale. Nie zawsze, ale teraz, połączeni tragedią, łatwiej
potrafiliśmy nad nią do porządku dziennego.
—
Trzeba to przeszukać i trochę uprzątnąć, zanim zrobi się z tego siedlisko
jakiegoś choróbska. Weź ludzi, niech sprawdzą, co zostało z zapasów, a zaufaną grupę ludzi każ zawrócić z wieścią do
dowódcy obozu — mówiłem spokojnym, rzeczowym tonem. Za nami rozpanoszyły się
rozmowy, z początku przyciszone, a później wzbierające na emocjach i
różnorodnych tonach. Nie wsłuchiwałem się w nie. W mojej głowie panowała pustka
i twardy rozkaz. Nie było miejsca na emocje. — Ja sprawdzę północną część,
znałem ją najlepiej — w końcu przeniosłem na niego spojrzenie. Ciężkie, ale nie
mogło powiedzieć mu za wiele. — Spotkajmy się w centrum za…
Zaciąłem się, kiedy na płaskowyż wpadł
samotny jeździec na zbyt znajomym koniu w pełnym galopie, bez siodła i
zatrzymał tuż obok nas. Skierowałem ostre spojrzenie na Eliaha, który jednak
albo tego nie zauważył, albo nie chciał widzieć, w każdym razie był tak samo
najwidoczniej tym faktem zaskoczony, jak ja. Tyle, że ja wcale nie dałem tego
po sobie poznać.
Esja była w opłakanym stanie. Nie tylko
osłabiona przez dopiero co przeżytą chorobę i zetknięcie się ze śmiercią, ale
wyraz jej twarzy opowiadał wiele na temat tego, co sądzi o widoku, który
rozciągał się przed nami. Nie potrafiłem w tej chwili zdobyć się na nic, na
żaden gest ani słowo, bo wiedziałem, że wszystko, co wypłynie teraz z moich ust
będzie brzmiało sztucznie i okrutnie. Po prostu patrzyłem kątem oka, ledwie
skinąwszy głową, kiedy się do mnie zwróciła. Byłem odległy i niedostępny dla
niej, zwłaszcza dla niej. I byłem pewny, że jeśli chciałaby szukać we mnie
teraz oparcia, zawiodłaby się na mnie bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej.
Dlatego milczałem, wpatrzony w dal, tylko od czasu do czasu zerkając na boki. W
międzyczasie dookoła nas praktycznie nic się nie zmieniło. Żołnierze czekali z
tyłu na rozkazy, a dopóki te nie padły, nie podchodzili bliżej.
Podczas kiedy ja myślałem o rzeczach
praktycznych, jak spalenie ciał i nie dopuszczenie do dalszego rozkładu, Esja
od razu przeszła na zdecydowanie wyższy poziom empatii. Mówiła o pochówku i
modłach, ale czy powinno mnie to dziwić? Trwałem w tym dziwnym rodzaju letargu
i nie pozawalałem sobie dawać szarpać się emocjom i poczuciu straty, które
usilnie atakowało drzwi do mojej świadomości. Widok jednak kapłanki w takim
stanie sprawiał, że nie mogłem stać obok bezczynnie. Przez chwilę obserwowałem,
jak drobna, blondwłosa sylwetka odziana w prostą, białą suknię idzie ku dołowi.
Ku śmierci, niesprawiedliwości i życiom, które uleciały z tego miejsca. Sama,
krucha, a jednak idąca naprzód niczym anioł, który ma wypełnić ostatnią drogę
poległych. Widok był urzekający, skłaniał mnie do myśli, w które nie chciałem
brnąć. Prowadzony niby na sznurku jej białej, emanującej światłem w zakurzonym
powietrzu sukni spiąłem lekko łydki, a koń postąpił naprzód.
Nie spieszyłem się, podążając samotnie
bez słowa za kapłanką. Dogoniłem ją dopiero, kiedy praktycznie weszła już do
obozu przez osmoloną, zwaloną drewnianą bramę. Jej stopy i dół sukni tonął w
paskudztwie, po którym szła. Pochyliłem się i przegiąłem prze konia na jej
stronę, po czym złapałem i podniosłem z niewielkim trudem, sadzając przed sobą
na siodle tak, żeby mogła mieć obie nogi po jego stronie. Ramieniem za jej
plecami zapewniłem jej bezpieczeństwo przed upadkiem w razie czego.
— Pobrudzisz sobie suknię —
powiedziałem cicho, wyraźnie, z góry spoglądając na jej mokrą od łez twarz.
Żadne słowa pocieszenia nie przychodziły mi na myśl, nawet ich nie szukałem. —
Wystarczy już, że ten widok brudzi twoje serce. Daj mi poprowadzić — dodałem
wręcz miękko i nie chodziło mi jedynie o prowadzenie wierzchowca pomiędzy
zawalonymi budynkami i porozrzucanymi częściami ciała. Była w tym głębsza
prośba o pozwolenie na to, żeby jej pomóc, zdjąć choć część ciężaru z jej
barków. Nawet, jeśli to graniczyło z niewykonalnym zadaniem.
Nie odwróciłem się przez ramię, ale wiedziałem,
że Eliah zajmie się tym, co rozkazałem wcześniej. Dlatego wybrałem znajomą
ścieżkę, która prowadziła w północne regiony zrabowanego obozu. W sporej
odległości za nami szedł mały oddział żołnierzy, wysłanych pewnie przez
zastępcę w razie, gdyby obóz nie był bezpieczny.
— Nie zatrzymamy się tu na dłużej.
Rozbijemy własny obóz w bezpiecznej odległości, w przełęczy kilka mil stąd. —
Nic więcej do powiedzenia nie przychodziło mi na myśl i zdecydowanie nie było
konieczne. Wolałem pogrążyć się w ciszy, zaciskając jedną dłoń na wodzach, a
drugą obejmując ją tak, żeby nie przechyliła się za bardzo i nie zsunęła z siodła.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz