Nie chciałam, aby mnie od siebie odsuwali, czułam, że muszę tutaj zostać i powtarzać to, co widziałam przed swoimi oczami, a do czego oni wglądu nie mieli. Stale wylewałam z siebie kolejne słowa, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że już nie stoję o własnych siłach, a jestem niesiona i to niebezpiecznie szybko zbliżam się do swojego wozu. Nie miałam wystarczająco sił, aby się sprzeciwiać, z trudem odcinałam się od mrocznych wizji spustoszenia, od zapachu zgnilizny i spalenizny. To mnie dusiło, a przecież powinnam była stawić się za Febiaszem. Nie mogłam. Kolejne słowa o popiołach, o resztkach tego, co miało być naszym celem. Potem wypiłam coś od medyka, uspokoiłam się, chyba nawet zasnęłam.
Budząc się, zauważyłam Nevana. Czułam się znacznie lepiej, wyjaśniłam, że sama chciałam opuścić wóz, że to niczyja wina, ale jakiś głosik z tyłu głowy podpowiadał mi, że on i tak zrobi po swojemu. Jeśli chciał przelewać gniew na Febiasza, to obawiam się, że wiele w tej kwestii nie zmienię. Ja natomiast zdobyłam na tyle sił, aby postawić mu się kilka razy w kwestii mojego opuszczania wozu. Tutaj też niewiele wskórałam i byłam na niego rozzłoszczona, ale kiedy zostawałam sama, przyłapywałam się na tym, że mimo złości za jego decyzje, wyczekiwałam kiedy znów do mnie przyjdzie. Pożądałam jego obecności, bardziej, niż kiedyś, a przecież powinnam zacząć go unikać. Może wstydzić się jego osoby? Tym czasem byłam nią zafascynowana i to uczucie jedynie rosło z każdym dniem.
Mimo wszystko, moje obawy nie zakończyły się na jednej wizji. Stale myślałam o tym skąd u mnie takie myśli, takie obrazy pełne zniszczenia. Spędzało mi to sen z powiek, więc mogłam być sama sobie winna za to, że zamknęli mnie praktycznie w tym wozie, skoro moja twarz znów straciła resztki koloru, jakie miała w swoim najlepszym wydaniu.
Siedziałam z Milą, której coraz częściej kazałam odpoczywać na wozie, aby nie musiała spacerować w pełnym słońcu i się męczyć. Nasza relacja znacznie się poprawiała. O mówieniu do mnie z użyciem imienia nie było mowy, ale potrafiłyśmy już o wiele lepiej prowadzić konwersacje. Poza tym była, jak moje oczy, tam gdzie mnie nie ma. Zauważyła chyba jakie tematy interesują mnie bardziej od innych i jeśli mogła, to przynosiła jakąś wiadomość z tym związaną, bądź jak teraz śledziła wzrokiem z brzegu wozu to, co mogło mieć dla mnie znaczenie.
- Oficer Tealvash, pani... pognał gdzieś konia, na sam przód pochodu - powiedziała szybko, po czym wychyliła się tak, jakby podążała za jego widokiem. - Och, nawet dalej. Wyraźnie odciął się od naszej grupy - powiedziała, a mi w tej samej chwili serce zabiło i poczułam, jak energia ze mnie odpływa.
- Wołaj Eliaha, Milo! - poprosiłam, chociaż faktycznie z wszystkich wypowiedzi, jakie do niej powiedziałam, ta najbliższa mogła być rozkazowi, których przecież tak nienawidziłam. Dziewczyna jednak nie wydawała się czuć z tym źle. Po prostu zeskoczyła szybko na piasek i przemknęła między pierwszymi ludźmi. Ci nie traktowali jej już jak śmiecia, wiedzieli, że tym zasłużą sobie na moją pogardę.
Czekałam niedługo, blondyn miękko przedzierał się przez tłum, a na jego twarzy wymalowany był spokój, nic, co mogłoby wskazywać na to, że dowódca opuścił ludzi i naraża siebie na niebezpieczeństwo. Pewnie gdybym nie widziała, a właściwie moja służka nie widziała, to nie przyznałby się do tego, gdzie jest Nevan. Teraz też z uśmiechem, jakby nic się nie działo skinął mi głową. Otwierał już usta, ale byłam pierwsza.
- Gdzie on pojechał? - zapytałam wprost i widać było, że został tym zaskoczony. Uśmiech spełzł nieco, a na jego czole pojawiły się świadczące o wieku zmarszczki. Znów odezwałam się pierwsza. - Dlaczego puściliście go tam samego?
- Esjo, to tylko zwiad. Nic mu nie będzie, Nevan nie da sobie zrobić krzywdy - zauważył, a ja prychnęłam. Tak przynajmniej mogłam zagłuszyć rosnący we mnie niepokój.
- Nie da? Patrzycie czasem na niego, jakby był jakimś demonem stworzonym do walki, a on też jest człowiekiem i można go zranić - rzuciłam oburzona, czując, że pierwszy raz od dawna wzbierają we mnie tak silne, negatywne emocje. Widocznie na moim rozmówcy również zrobiło to wrażenie, nie mógł się tego spodziewać. Przez chwilę patrzył po prostu na mnie w ciszy, jakby szukał odpowiednich słów, ale przecież takie nie istniały.
- Jest dowódcą. Nie miłym paniczem, Esjo. Ma obowiązki, nie możesz mu w nich przeszkadzać - powiedział w końcu, na tyle głośno bym usłyszała i na tyle cicho, bym zastanawiała się, czy aby na pewno dobrze słyszę. Zbił mnie z tropu, ucichłam, złość zaczęła się ze mnie ulatniać, pozostawiając coś, czego nie potrafiłam, albo raczej nie chciałam nazwać.
Przeszkoda. Byłam nią zawsze, przecież to nie jest żadne odkrycie, a po tym, czego wymagałam od Tealvasha w tamtej jaskini stałam się jeszcze trudniejszym elementem jego wojskowej strategii. Jak dodatkowy pionek w potyczce szachów, który nie ma miejsca w szeregu i należy ustawić go tam, gdzie natychmiastowo zostanie zbity przez przeciwnika.
- Chcę konia - powiedziałam jedynie.
- Nie ma mowy - ukrócił dobitnie. Zacisnęłam pięści tak mocno, że w jednej kostce coś strzeliło.
- W takim razie wyskoczę z wozu i pójdę pieszo - nie dawałam za wygraną. Musiał widzieć to w moich oczach, westchnął bowiem tak ciężko, jakby na własnych barkach dźwigał wszelkie problemy tego świata.
- Nie mów głupot. Nie chcę ciebie tutaj zamykać, ale teraz ja dowodzę i będę zmuszony to zrobić, nie przez moje widzimisię, a ku twemu bezpieczeństwu - pierwszy raz użył w rozmowie ze mną takiego tonu. Byłam zaskoczona, nie spodziewałam się, że tak potrafi.
Zostawił mnie. Powiedział, że mam zaczekać, nie dłużej, jak trzydzieści minut. Czekałam więc grzecznie, bo co mogłam zrobić? Nic... Od kilku dni mój świat sprowadzał się do tego wozu i chociaż rozumiałam, że to przez moje zdrowie, to ta wiedza nie przeszkadzała mi w nienawidzeniu takiego stanu rzeczy. Jeśli to moje ostatnie dni wolności, to dlaczego musiałam wpadać do tamtej jaskini? Bogowie muszą się zaśmiewać, może więc taka była moja kara za pocałunek? Za kilka sekund pragnień zwykłej kobiety? Nie żałowałam, ale pogodzić z obecnym stanem rzeczy też nie było łatwo. Koniec końców, w chwili, w której mój wóz stanął, a dookoła wybuchło poruszenie, nie zamierzałam nikogo prosić o pozwolenie, czy eskortę. Po prostu uwolniłam się z posłania, sięgnęłam po szatę wierzchnią, przewiązałam ją na ciele, nim Mila zauważyła, że wykonuje jakieś ruchy i bez słowa wyskoczyłam z wozu.
O dziwo nie zauważył chyba tego nikt, a jeśli na mnie spojrzeli, to jedynie przelotnie, przejęci czymś innym. Póki co niewiele widziałam, w gęstym tłumie wyższych ode mnie żołnierzy, często dodatkowo siedzących na koniach. Nie, nie było sensu, nie potrafiłam ich rozepchać na boki, a do początku pochodu pewnie droga wcale nie była taka krótka. Zerknęłam na moją klacz, przywiązaną do jednego z mijanych wozów. Rozejrzałam się. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, gdy odwiązałam jej ogłowie. Musiałam wejść z wozu, bo nie szła pod siodłem. Jakoś zajęłam miejsce, a tym samym łatwiej było mnie zauważyć. Bez wątpienia Lance dostrzegł mnie o sekundę za późno.
- Esjo! Złaź natychmiast! - nie silił się na prośby, czy tytułowanie. Nawet się na niego nie obejrzałam, zacisnęłam łydkę, a ludzie z miejsca zaczęli się rozstępować, bo w końcu koń już był niebezpieczniejszy od młodej dziewczyny.
Koń wszedł w wyjątkowo niewygodny dla mnie galop, moja postawa daleka była od tej, jakiej mnie uczono w obozie. Poza tym... poczułam ten zapach. Tak znajomy, nie dało się go pomylić z żadnym innym. Zapach śmierci. Powtarzałam sobie, aby się nie rozglądać, a kiedy gdzieś na wzgórzu dostrzegłam sylwetkę Nevan'a, przy którym był już Eliah spięłam konia jeszcze bardziej i z głupoty zacisnęłam oczy. Nie chciałam tego widzieć, ale bez wątpienia zobaczę. Chociaż nie mogłam mieć pewności, co mnie czeka, to przecież już w głowie miałam te obrazy. Skąd? Bałam się pytać.
- Miałaś zostać w wozie! - usłyszałam głos zastępcy i wtedy otworzyłam oczy. A klacz zatrzymała się po chwili. Chciałam mu odpowiedzieć, ale wszystkie słowa wypadły z mojej głowy, pozostawiając pustkę. Nie potrafiłam odwrócić spojrzenia, od ruiny, skąpanych w krwi ciał i resztek czegoś, co kiedyś musiało być obozem. Nadal płonęło tu kilka ognisk, a chociaż szybko odwróciłam wzrok, to nie miałam wątpliwości, że gdzieś na lewo na palach powbijano kilka głów.
Zrobiło mi się niedobrze, broda zadrżała mi całkowicie, a oczy się zaszkliły. Cała zaczęłam się trząść, puściłam też wodze swojego konia, a wiedząc, że zaraz z niego spadnę, po prostu sama się zsunęłam, by oszczędzić sobie wypadku. Byłam jak kamień i nie wiedziałam, co mam zrobić. Chyba nawet zapomniałam po co tutaj tak wyrwałam. Krew musiała odpłynąć z mojej twarzy. Zrobiłam dwa chwiejne kroki w stronę makabrycznej scenerii. Serce biło mi jak młotem.
- To moja wina... - wyszeptałam, niewiele myśląc nad tymi słowami. Widziałam to. Przecież widziałam! Może gdybym zobaczyła wcześniej, może dałabym radę coś zrobić? Po co to widziałam? Skąd u nie takie obrazy? Kto tak torturuje mnie i w jakiej sprawie.
Usłyszałam, że się poruszyli, odwróciłam się do nich i udawałam, że wcale nie wiem, iż płaczę, a może bardziej, że w ogóle nie płaczę. Że te łzy spływają tak po prostu po mojej twarzy. Blondyn chyba chciał coś powiedzieć, ale milczał. Przeniosłam więc spojrzenie na Nevana. Faktycznie, był cały i zdrowy. Przecież ta masakra miała miejsce przed jego pojawieniem się. Uniosłam dłonie do ust, trzęsły się, a ja chyba spróbowałam się uśmiechnąć.
- Oficerze... bałam się, że może... jeszcze ktoś... tu będzie... - starałam się brzmieć normalnie, a przynajmniej probowałam. Nagle wcześniejsza złość wydawała mi się tak głupia, znacznie więcej było we mnie teraz poczucia winy. - Przepraszam was, musiałam mieć pewność, że jest cały i zdrowy - dodałam, już bez przerywania, ale dość wolno, skupiając się na każdym słowie.
Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, chciałam być silna, udawać przed nimi, że mogę patrzeć i nie panikować. Że trzeźwość umysłu nie zostanie zmącona przez strach i emocje.
- Powinniśmy ich pochować... ja też powinnam... - no właśnie. Co powinnam? - Odprawić modły... - przypomniałam sobie do czego sprowadza się moja rola i jak w jakimś transie ruszyłam przed siebie, bo grząskim podłożu w dół, w stronę smrodu, w swojej pamięci wykuwając obrazy, jakich żadna młoda kobieta nie powinna widzieć. Będą mnie męczyć, nawiedzać, ale nie mogę zapomnieć. Nie mogę udawać, że nie wiem, czym jest śmierc, że z racji odratowania mojej osoby, nie dotyczy mnie ona.
- Nie da? Patrzycie czasem na niego, jakby był jakimś demonem stworzonym do walki, a on też jest człowiekiem i można go zranić - rzuciłam oburzona, czując, że pierwszy raz od dawna wzbierają we mnie tak silne, negatywne emocje. Widocznie na moim rozmówcy również zrobiło to wrażenie, nie mógł się tego spodziewać. Przez chwilę patrzył po prostu na mnie w ciszy, jakby szukał odpowiednich słów, ale przecież takie nie istniały.
- Jest dowódcą. Nie miłym paniczem, Esjo. Ma obowiązki, nie możesz mu w nich przeszkadzać - powiedział w końcu, na tyle głośno bym usłyszała i na tyle cicho, bym zastanawiała się, czy aby na pewno dobrze słyszę. Zbił mnie z tropu, ucichłam, złość zaczęła się ze mnie ulatniać, pozostawiając coś, czego nie potrafiłam, albo raczej nie chciałam nazwać.
Przeszkoda. Byłam nią zawsze, przecież to nie jest żadne odkrycie, a po tym, czego wymagałam od Tealvasha w tamtej jaskini stałam się jeszcze trudniejszym elementem jego wojskowej strategii. Jak dodatkowy pionek w potyczce szachów, który nie ma miejsca w szeregu i należy ustawić go tam, gdzie natychmiastowo zostanie zbity przez przeciwnika.
- Chcę konia - powiedziałam jedynie.
- Nie ma mowy - ukrócił dobitnie. Zacisnęłam pięści tak mocno, że w jednej kostce coś strzeliło.
- W takim razie wyskoczę z wozu i pójdę pieszo - nie dawałam za wygraną. Musiał widzieć to w moich oczach, westchnął bowiem tak ciężko, jakby na własnych barkach dźwigał wszelkie problemy tego świata.
- Nie mów głupot. Nie chcę ciebie tutaj zamykać, ale teraz ja dowodzę i będę zmuszony to zrobić, nie przez moje widzimisię, a ku twemu bezpieczeństwu - pierwszy raz użył w rozmowie ze mną takiego tonu. Byłam zaskoczona, nie spodziewałam się, że tak potrafi.
Zostawił mnie. Powiedział, że mam zaczekać, nie dłużej, jak trzydzieści minut. Czekałam więc grzecznie, bo co mogłam zrobić? Nic... Od kilku dni mój świat sprowadzał się do tego wozu i chociaż rozumiałam, że to przez moje zdrowie, to ta wiedza nie przeszkadzała mi w nienawidzeniu takiego stanu rzeczy. Jeśli to moje ostatnie dni wolności, to dlaczego musiałam wpadać do tamtej jaskini? Bogowie muszą się zaśmiewać, może więc taka była moja kara za pocałunek? Za kilka sekund pragnień zwykłej kobiety? Nie żałowałam, ale pogodzić z obecnym stanem rzeczy też nie było łatwo. Koniec końców, w chwili, w której mój wóz stanął, a dookoła wybuchło poruszenie, nie zamierzałam nikogo prosić o pozwolenie, czy eskortę. Po prostu uwolniłam się z posłania, sięgnęłam po szatę wierzchnią, przewiązałam ją na ciele, nim Mila zauważyła, że wykonuje jakieś ruchy i bez słowa wyskoczyłam z wozu.
O dziwo nie zauważył chyba tego nikt, a jeśli na mnie spojrzeli, to jedynie przelotnie, przejęci czymś innym. Póki co niewiele widziałam, w gęstym tłumie wyższych ode mnie żołnierzy, często dodatkowo siedzących na koniach. Nie, nie było sensu, nie potrafiłam ich rozepchać na boki, a do początku pochodu pewnie droga wcale nie była taka krótka. Zerknęłam na moją klacz, przywiązaną do jednego z mijanych wozów. Rozejrzałam się. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, gdy odwiązałam jej ogłowie. Musiałam wejść z wozu, bo nie szła pod siodłem. Jakoś zajęłam miejsce, a tym samym łatwiej było mnie zauważyć. Bez wątpienia Lance dostrzegł mnie o sekundę za późno.
- Esjo! Złaź natychmiast! - nie silił się na prośby, czy tytułowanie. Nawet się na niego nie obejrzałam, zacisnęłam łydkę, a ludzie z miejsca zaczęli się rozstępować, bo w końcu koń już był niebezpieczniejszy od młodej dziewczyny.
Koń wszedł w wyjątkowo niewygodny dla mnie galop, moja postawa daleka była od tej, jakiej mnie uczono w obozie. Poza tym... poczułam ten zapach. Tak znajomy, nie dało się go pomylić z żadnym innym. Zapach śmierci. Powtarzałam sobie, aby się nie rozglądać, a kiedy gdzieś na wzgórzu dostrzegłam sylwetkę Nevan'a, przy którym był już Eliah spięłam konia jeszcze bardziej i z głupoty zacisnęłam oczy. Nie chciałam tego widzieć, ale bez wątpienia zobaczę. Chociaż nie mogłam mieć pewności, co mnie czeka, to przecież już w głowie miałam te obrazy. Skąd? Bałam się pytać.
- Miałaś zostać w wozie! - usłyszałam głos zastępcy i wtedy otworzyłam oczy. A klacz zatrzymała się po chwili. Chciałam mu odpowiedzieć, ale wszystkie słowa wypadły z mojej głowy, pozostawiając pustkę. Nie potrafiłam odwrócić spojrzenia, od ruiny, skąpanych w krwi ciał i resztek czegoś, co kiedyś musiało być obozem. Nadal płonęło tu kilka ognisk, a chociaż szybko odwróciłam wzrok, to nie miałam wątpliwości, że gdzieś na lewo na palach powbijano kilka głów.
Zrobiło mi się niedobrze, broda zadrżała mi całkowicie, a oczy się zaszkliły. Cała zaczęłam się trząść, puściłam też wodze swojego konia, a wiedząc, że zaraz z niego spadnę, po prostu sama się zsunęłam, by oszczędzić sobie wypadku. Byłam jak kamień i nie wiedziałam, co mam zrobić. Chyba nawet zapomniałam po co tutaj tak wyrwałam. Krew musiała odpłynąć z mojej twarzy. Zrobiłam dwa chwiejne kroki w stronę makabrycznej scenerii. Serce biło mi jak młotem.
- To moja wina... - wyszeptałam, niewiele myśląc nad tymi słowami. Widziałam to. Przecież widziałam! Może gdybym zobaczyła wcześniej, może dałabym radę coś zrobić? Po co to widziałam? Skąd u nie takie obrazy? Kto tak torturuje mnie i w jakiej sprawie.
Usłyszałam, że się poruszyli, odwróciłam się do nich i udawałam, że wcale nie wiem, iż płaczę, a może bardziej, że w ogóle nie płaczę. Że te łzy spływają tak po prostu po mojej twarzy. Blondyn chyba chciał coś powiedzieć, ale milczał. Przeniosłam więc spojrzenie na Nevana. Faktycznie, był cały i zdrowy. Przecież ta masakra miała miejsce przed jego pojawieniem się. Uniosłam dłonie do ust, trzęsły się, a ja chyba spróbowałam się uśmiechnąć.
- Oficerze... bałam się, że może... jeszcze ktoś... tu będzie... - starałam się brzmieć normalnie, a przynajmniej probowałam. Nagle wcześniejsza złość wydawała mi się tak głupia, znacznie więcej było we mnie teraz poczucia winy. - Przepraszam was, musiałam mieć pewność, że jest cały i zdrowy - dodałam, już bez przerywania, ale dość wolno, skupiając się na każdym słowie.
Nie wiedziałam co ze sobą zrobić, chciałam być silna, udawać przed nimi, że mogę patrzeć i nie panikować. Że trzeźwość umysłu nie zostanie zmącona przez strach i emocje.
- Powinniśmy ich pochować... ja też powinnam... - no właśnie. Co powinnam? - Odprawić modły... - przypomniałam sobie do czego sprowadza się moja rola i jak w jakimś transie ruszyłam przed siebie, bo grząskim podłożu w dół, w stronę smrodu, w swojej pamięci wykuwając obrazy, jakich żadna młoda kobieta nie powinna widzieć. Będą mnie męczyć, nawiedzać, ale nie mogę zapomnieć. Nie mogę udawać, że nie wiem, czym jest śmierc, że z racji odratowania mojej osoby, nie dotyczy mnie ona.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz