Krok za krokiem, idąc w dół zbliżałam się do zła na jakie nikt nigdy mnie nie przygotował. Czułam obecności ludzi, których tutaj nie było. Jak kiedyś, gdy z oddziałem Nevana wróciłam do swojej świątyni. Zdawałam się słyszeć śmiechy, widziałam przemykające sylwetki i miałam pewność, że to jedynie moja wyobraźnia. Powoli, bez słowa... kolejny krok, nieporadny, męczący. Kolana nie były przyzwyczajone by przy zgięciu utrzymywać takie obciążenie. Odzwyczaiły się od chodzenia, więc teraz, zmierzanie po pochyłym podłożu dodatkowo utrudniało im pracę. Mimo to nie zachwiałam się, dokładałam wszelkich starań, aby iść prosto, jak struna. Bo oto ja jestem wysłannikiem bogów i jeśli oni zawiedli tutejszych żołnierzy, ja zawieść nie mogę... nie chcę... już nie. Wierzyłam, że sama we własnych oczach oczyszczę siebie z grzechów nieporadności. Widziałam coś co się zdarzyło. Nie pojmowałam jeszcze skąd o tym wiedziałam, może będąc osobą rozsądną właśnie nad tym bym się teraz zaczęła głowić? Ja jednak wolałam tonąć w poczuciu winy, skupiać się na tym, co było dla mnie jasne i oczywiste - zawiodłam. Zawiodłam siebie i dusze nieznanych mi żołnierzy, które teraz ulatywały w powietrze. Czułam gęstość, jaka utrudniała ruchy. Znałam ją z rzezi moich sióstr. Właśnie takie zjawisko utrzymuje się w miejscu, w którym niedawno zmarło wiele osób.
Zdawałam się nie słyszeć, a może ignorować fakt, że jedzie za mną Tealvash. Teraz, gdy z bijącym sercem przeszłam przez prowizoryczną bramę, nie mogło być już odwrotu. Tak zbliżyłam się do pierwszego ciała, z daleka sądziłam, że widok rozbebeszonych wnętrzności wywoła u mnie uczucie wstrętu i odruch wymiotny. Ja jedynie patrzyłam, przerażona, będąca jak w transie. Moje delikatne buciki brodziły w syfach tego świata, w popiołach, błocie mokrym od krwi i innych, o wiele mniej ciekawych substancji. Nie potrafiłam odwrócić wzroku, podobnie jak martwy żołnierz, któremu nikt nie zamknął oczu. Patrzył na mnie krzywo, z twarzy, której nie znałam, a którą zapamiętam na zawsze. Ignorowałam łzy, które niezmiennie wypływały z moich oczu, mocząc poliki. Nie załkałam ani razu, żaden dreszcz nie przeszedł mojego ciała. Czułam, że to, jak śmiesznie nie zabrzmią te słowa, mogłoby zbudzić ciała, których nie zamieszkują już dusze. Wewnątrz trzęsłam się więc jak małe dziecko podczas burzy, rozsądek błagał, bym stąd uciekła, a mimo to trwałam i wmawiałam sobie, że jestem silna. Cóż, nie jestem.
Kiedy moje ciało się poruszyło, w odruchu oczywistym, acz niechętnym, miałam już za sobą lata rozmyślań, a przecież stałam tu zaledwie kilkadziesiąt sekund. Czym jest siła, której tak pragnę? Może rodząc się ze znakiem, urodziłam się nie tylko ze skrępowanymi dłońmi, ale też spaczona, niezdolna do emanowania tą potęgą? Nie chcę umrzeć jako tchórz, ale do tego mnie zmuszano, tak wychowano. Czy powinnam się sobą brzydzić? Tak oto postąpiłam pierwszy krok w kierunku mężczyzny, który dziś rano mógł być przystojnym młodzianem, a teraz był niewątpliwie najpaskudniejszym widokiem, jaki dane mi było z takiej odległości zobaczyć. Kolejny krok, a dłoń poruszyła się niepewnie. Czy dam radę? Jeszcze jeden krok, w głowie widziałam już siebie, będącą przy tym biedaku, delikatnie zamykającą palcami jego powieki, by nie musiał już spoglądać w dal. Nim jednak sprawdziłam, czy byłabym w stanie zrobić to, o czym myślę, poczułam czyjś uchwyt na własnym ciele. No tak... przecież słyszałam, jak do mnie podjeżdża.
Usiadłam dokładnie tak, jak mnie posadził. Chyba było mi zimno. Czy to możliwe w tym klimacie? Powiodłam spojrzeniem w dół, na materiał sukni, a przez ten ruch głową łzy połaskotały szyję po której tym razem udało im się spłynąć. Ani myślałam unosić dłoni, aby je obetrzeć. Bałam się, że tym razem nie powstrzymam drżenia. Nie kiedy on jest tak blisko mnie. Chociaż uczył mnie, że wolno mi więcej, niż jedynie siedzieć i czekać na to, co mnie spotka, to paradoksalnie właśnie jego obecność dawała mi ciche przyzwolenie na to, by być słabą. Czy to jest to najzwyklejsze poczucie bezpieczeństwa? Perspektywa tego, że można opuścić gardę, zamknąć oczy, zasnąć... bo nie nadejdzie żaden cios, nic nie zniknie i po nocy dożyjemy świtu...
Spojrzałam na niego dopiero, gdy poprosił o prowadzenie i bogowie mi świadkami, chciałam wybuchnąć płaczem. Na całe szczęście moja twarz drgnęła jedynie, na ułamek sekundy pozwalając by zabarwiły ją jakieś emocje. Pokiwałam jedynie głową, zgadzając się na wszystko, o co teraz gotowy był poprosić. Ruszył, dodał coś o miejscu, w którym rozbijemy obóz, nie dbałam o to. Nie wiem czy zasnę, wątpię, aby było to możliwe. Nawet jeśli odeszliśmy już od ciała tamtego żołnierza, wciąż miałam je przed oczami. Dodatkowo nie mogłam zignorować faktu, że stale brodzimy w ludzkich ciałach. Walka niegodna, z zaskoczenia. Chciałam wierzyć, że mieli łagodną śmierć, że przynajmniej nastąpiła szybciej, niż w przypadku kapłanek, ale czy mogłam w to wierzyć. Nudności jednak się pojawiły, dopiero teraz. Musiałam się więc czymś zająć, a skoro już tak długo milczałam, przyszedł czas na znalezienie języka.
- Już i tak jest brudna... - powiedziałam cicho, pierwszy raz ocierając z polika łzy, które niezmiennie wylewały się z moich oczu, jakby nie było im końca. Czy mężczyzna zdążył już zapomnieć o słowach, jakie powiedział sadzając mnie przed sobą? Możliwe, więc pospieszyłam z wyjaśnieniami. - Suknia... - dodałam, spoglądając na biały materiał, zwyczajnie zbrukany wszystkim, co paskudne.
Jakiś czas temu zauważyłam, że za nami ciągnie się grupa ludzi. Byli na tyle blisko by w razie potrzeby interweniować i na tyle daleko, by nas nie słyszeli. Mimo to nie mówiłam zbyt głośno, a może zwyczajnie nie miałam na to sił.
- Nie wiem, czy moje serce jest w stanie zabrudzić się jeszcze bardziej - to co chodziło mi od dłuższego czasu po głowie, teraz opuściło moje myśli. Była słaba, fizycznie i psychicznie, a w tej chwili miałam najmroczniejsze myśli, jakie młoda istota może mieć. - Zastanawiam się, czy nie lepiej było dla mnie umrzeć w tej jaskini - nie zawahałam się, a jednak zrozumiałam, że pierwszy raz w rozmowie z nim wracam do tamtego miejsca.
Nawet jeśli teraz nie poruszałam wprost tematu pocałunku, który był grzechem, jakiego nigdy z siebie nie zmyjemy, nawet jeśli dookoła pełno było porozrywanych ciał, to i tak poczułam delikatne spięcie. Może nieco wstydu? Serce, które widok katastrofy zmroził, teraz zabiło wywołując nieprzyjemne ukucie. Spojrzałam na jego twarz, a wyprana z emocji powłoka w jaką się odziałam zaczęła się zmieniać. Wystarczył widok jego oczu, nosa, lekkiego zarostu i ust... tych ust, które w próżnych myślach nazywałam swoimi i które nigdy do mnie nie będą należały. Nim więc zdążył sam coś powiedzieć, otworzyłam usta, pochylając lekko głowę, a łzy nasiliły się. Czułam, że to będzie swojego rodzaju spowiedź. Tutaj na koniu, pośród obozu, a raczej jego resztek, z żołnierzami krążącymi dookoła.
- Nevanie, a co jeśli jestem przeklęta? - słowa te opuściły moje usta tak nagle, że poczułam się tak, jakbym zrzucała z wysokiego mostu gigantyczny głaz. Stało się. Dałam radę. Przyznałam się do własnych obaw, które rzucały cień na moją osobę. - Przeżyłam, jako jedyna. Widziałam cierpienie tylu kapłanek, potem wiedziałam o potworze w podziemiach świątyni, przeze mnie Lance został ranny, a teraz to... czułam, że coś będzie nie tak, że nad obozem zawisło jakieś fatum... w dodatku wtedy, w jaskini... nie mam prawa żyć - ucięłam nagle, jeszcze bardziej się kuląc, ponownie speszona powrotem do zdarzeń sprzed mojej niedoszłej śmierci. - Bogowie dają mi to do zrozumienia... powiedz sam, czy nie byłoby ci łatwiej beze mnie? - zapytałam wprost, oczekując i obawiając się jednocześnie jego wypowiedzi. Mimo to musiałam... usłyszeć cokolwiek. Słowa pogardy, bądź zaprzeczenia, byleby opuściły jego usta, te które grzesznie zwałam swoimi, a przecież inne nieraz częściej miały z nimi styczność, niż moje jednorazowe doświadczenie. Chodziło o jego głos, głos żywego człowieka, który musi żyć, bo może teraz zrozumiałam, że po zamknięciu oczu nie widziałam wcale twarzy nieznanego żołnierza, a twarz dowódcy o krwisto czerwonych oczach. Czy dlatego chciałam tak bardzo je zamknąć? By nie prześladowały mnie we śnie? Bym do końca swych dni nie musiała się martwić o to, czy żyje, gdy nie będzie mnie już przy nim. Śmierć byłaby kolejnym tchórzostwem, ale byłoby mi łatwiej, mimo to myśl, że i jemu byłoby to milsze sprawiała mi ból większy, od każdego, jakiego dane mi było w życiu doświadczyć.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz