Czas ciszy, tego przeraźliwego
milczenia wykorzystałem na rozglądnięcie się dookoła. Wyglądało w pierwszym
odczuciu na to, że ktokolwiek napadł na obóz, już go tutaj nie było. Sam fakt,
że było tak cicho, wręcz niebezpiecznie cicho, mógł świadczyć, że napastnicy
zniknęli długi czas temu. W podłożu nie zostały żadne bardzo rozpoznawalne
ślady, a ogniska albo dogasały albo już były zupełnie stłumione. Dym unosił się
wolno, sączył do powietrza i wszystko wskazywało na to, że obóz po prostu jest
już pusty. Że nie ma w nim żywej duszy, tylko te okropne trupy walające się
wszędzie pod nogami. Zauważyłem też niemal od razu, że wszystkie zwłoki należą
do naszych ludzi i ktokolwiek zrabował obóz, dobrze ukrył swoją tożsamość,
paląc lub wywożąc ciała własnych ludzi. A z pewnością byli to ludzie. Tylko oni
zostawiali po sobie takie pobojowisko. Żaden nawet najgorszy potwór nie
zostawiłby ciał na zgniliznę, a raczej ucztował całymi dniami.
Przeczesywałem spojrzeniem teren, nie
tracąc czujności. Ocknąłem się z wcześniejszego transu i osłupienia, a czujność
odżyła gwałtownie. Miałem świadomość, że Esja najprawdopodobniej się do czegoś
zbiera, w końcu nie bez powodu zeszła w dół, do bram obozu.
Jej słowa brzmiały obco i pusto, a
twarz wyprana z emocji jakby nie należała do niej samej.
Nie skrzywiłem się, właściwie nawet nic
nie powiedziałem. Lepiej jednak nie proś i nie prowokuj losu do tego, żeby ci
pokazał jak bardzo dużo gorzej może jeszcze być. Że to ty możesz w przyszłości
stać za zabójstwem i mieć tą krew nie tylko na spódnicy i na sercu, ale także
na rękach. Że życie może potoczyć się takimi kolejami, takim szlakiem, z
którego nie będzie ścieżki powrotnej. Na szczęście Esja nie dała mi ani chwili
na wypowiedzenie tych gorzkich słów. Nadal skupiałem się bardziej na
otaczającym nas bagnie niż na niej, świadom możliwego potencjalnego zagrożenia,
które nadejść może z każdej strony.
Do tej pory nie tylko nie zastanawiałem
się nad jej majaczeniem – chociaż powtórzyło się także w przeszłości, ale nie
przypisywałem mu żadnego specjalnego znaczenia. Teraz jednak sytuacja zmusiła
mnie, żeby ponownie obejrzeć trzymane w dłoniach argumenty i rozpatrzyć sprawę
tajemniczych… Zdolności. Poza tym w pamięci nie sięgałem także do tamtego czasu
na dnie rozpadliny. Łatwiej było udawać, że nie pamiętam. Że to nie ma
znaczenia. Że nie odcisnęło swojego piętna. A najbardziej musiałem się skupić,
żeby udawać to wszystko w zasadzie przed sobą samym.
Poczułem, że powoli nadszedł
nieunikniony moment, w którym przyszło mi także otworzyć usta. Nie czaiła się w
nich jednak żadna górnolotna odpowiedź. Żadne słowa pocieszenia i wsparcia.
Wiedziałem, ze jedyne, co mam teraz dla niej na języku to gorzkie
rozczarowanie, a mimo tego powoli zbierałem się do odpowiedzi.
— Wiesz, że zadajesz mi to pytanie nie
pierwszy raz? Sugerujesz, że nie powinnaś żyć, a jednak stoisz na własnych
nogach, chociaż twoi bogowie tyle razy próbowali już zabrać cię do siebie. I
zaiste nie wiem, czy to dar, czy twoje przekleństwo — powiedziałem powoli,
cicho, praktycznie bez cienia emocji. Wydawało mi się, że przed chwilą drżała,
delikatnie, ale teraz to uczucie zniknęło. Im dalej zmierzałem w myślach w tym
kierunku, tym bardziej proste i okrutne się one stawały. — I nie każ mi nigdy
więcej odpowiadać na takie pytanie. Moja odpowiedź bowiem zawsze będzie
niezmienna. Twoja śmierć jest ostatnią z rzeczy, na które mógłbym sobie
pozwolić. Twój los i powierzenie mężczyźnie w stolicy tym, co spędza mi sen z
powiem. Fakt, że muszę przyłożyć do tego rękę karą, na jaką nie zasłużyłem.
Poczułem, że wzbiera we mnie dziwne,
bardzo silne uczucie. Przemogło wszystkie bariery i zalało mnie silniej niż
złość i furia, a jednak w niczym poza siłą nie było im podobne. Przesunąłem się
do tyłu i posadziłem dziewczynę na siodle, wcisnąłem wodze w wątłe dłonie, po
czym zeskoczyłem z siodła. Peleryna zafalowała w ciężkim, gęstym powietrzu,
wylądowałem na twardym podłożu z głuchym uderzeniem ciężkich butów. Chciałem
pozbyć się tego uczucia, wydrapać go z własnego wnętrza, ale ono za nic nie
chciało mnie opuścić. Dałem żołnierzom znak dłonią, żeby pilnowali kapłanki, po
czym wszedłem do drewnianej, podpalonej z jednej strony chatki, której
brakowało części dachu i dwóch ścian. Kwatera dowódcy była splądrowana, ale
zginęły tylko wartościowe rzeczy. Mapy i notatki zostały na swoim miejscu, a
także były porozrzucane po podłodze, większość spłonęła wraz z pożarem, który w
tym klimacie nie dogasał szybko. Docisnąłem jedną kartkę butem do podłoża,
gasząc ledwo tlący się ogień.
Niestety moich myśli i uczuć nie dało
się stłumić podobnie łatwo.
Kiedy dotarliśmy do centrum obozu,
Eliah i większość wysłanych żołnierzy już tam była. Większą część karawany
zatrzymaliśmy przed płaskowyżem, wiedząc, że nie zostaniemy tutaj i tak na dłużej.
Ja szedłem pieszo, pozwalając Esji podróżować przez obóz na moim wierzchowcu.
Na nasz widok zastępca spiął się, rzucił coś do kogoś przez ramię.
— Nie znaleźliśmy żadnych śladów —
zacząłem lakonicznie, spoglądając na niego w górę. — Obóz musiał spłonąć dwa,
może trzy dni temu. Z kwatery dowódców pewnie jeszcze coś da się odzyskać.
Spojrzałem szybko, wymownie na Esję.
Jej czas przebywania w obozie się skończył, podczas kiedy my spędzimy tu pewnie
długie godziny, przeszukując pozostałości, przeczesując cały teren dokładnie,
na ile pozwalał półmrok, jaki tu panował. Był spowodowany przez dym, popiół i
kurz, przez który słońce przebijało się z trudem, przez co w dolinie było
znacznie ciemniej niż w rzeczywistości. Eliah zdawał się zrozumieć moje
intencje, a pewnie nawet martwił do stan Esji.
— Zapasy zniknęły, ale poza tym nie
znaleźliśmy żadnych innych śladów — zrelacjonował. — Lamir, Marbeth,
zabierzecie Esję do jej wozu i poprowadzicie do miejsca, w którym rozbijemy
obóz. Reszta zostaje z nami, trzeba dokładniej zbadać teren.
Z chmurnym, ale nieprzeniknionym
wyrazem twarzy skinąłem głową na potwierdzenie tych słów.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz