niedziela, 10 grudnia 2017

CLIV



        Staliśmy w ciszy aż do momentu, kiedy dziewczyna w towarzystwie dwóch żołnierzy znikła nam z oczu. Jednak nawet po tym żaden z nas nie podniósł konwersacji, którą rzuciła między nami. Wszystko, co się wydarzyło musiało mieć najwyraźniej jakiś sens, ale ja nie zamierzałem go szukać. Bogowie, w których wszyscy tak usilnie wierzyli chyba chcieli nam dać jasny sygnał, że nie można na nich polegać. Odwróciłem się plecami do Eliaha, bez słowa zabrałem swojego wierzchowca i wróciłem do części obozu, który badałem wcześniej.
        Ceniłem swojego zastępcę bardziej, niż byłem skłonny to po sobie pokazać. Był moją prawą ręką i być może bez niego nie wiedziałem już, jak rządzić. Myśl, że Esja mogła bezwiednie rzucić pomiędzy nas ziarno niezgody nie chciała mnie opuścić przez długie godziny ciężkiej pracy i nawet poświęcanie się jej w całości nie odciążyło mnie od niej. Kiedy zrobiło się późno nie zostało mi już przyciskanie żołnierzy do cięższej pracy. Słyszałem ich szepty, które wymieniali między sobą, nazywali to miejsce przeklętym, mówili o duszach zmarłych, które wstaną o mroku, żeby zemścić się na najeźdźcach.
        Udawałem, że nie słyszę, spacerując pomiędzy trupami, które ułożyliśmy w jednym miejscu, na centralnym placu. Zaiste, dookoła robiło się ciemno, zmierzch zapadał szybciej niż się tego spodziewałem.
        — Bzdury i zabobony — mruknąłem, stając obok zastępcy.
        Eliah spoglądał w dal, ponad stertą ciał. Oboje byliśmy brudni aż po łokcie, a nasze twarze zmęczone, ale blondyn wyglądał na zdecydowanie starszego, niż był w rzeczywistości. Kopnąłem hełm, który leżał obok mojej nogi, wgnieciony od strony potylicy. Możliwe, że była w nim jeszcze czyjaś głowa albo jej resztki.
        — Ludzie wolą obawiać się zmarłych, nie żywych — odparł zagadkowo. Miał w tym jakiś cel? Nie chciało mi się go doszukiwać, więc czekałem po prostu obok.
        Nic po tym już nie nastąpiło. Rozmowa z resztą była zbędna. Tu czcze gadanie, nad mogiłą tylu dobrych ludzi było tym, co mogłem nazwać świętokradztwem. Obok nas pojawił się mężczyzna z pochodnią, która rozproszyła półmrok, a także wyłowiła z cienia więcej detali szczątków ludzi. Niw mdliło mnie na ten widok. Każdego martwego nazywało się dobrym człowiekiem, nie ważne czy kiedy plądrując wrogą wioskę kradł i gwałcił kobiety. Śmierć wybaczała martwym więcej niż życie, które weryfikowało człowieczą duszę. Założyłem dłonie na plecami. Ledwo dostrzegalnie skinąłem głową, a żołnierz zamachnął się i rzucił pochodnię naprzód.
        Ciała zajęły się ogniem, a przemożny smród wdarł się do mojego nosa i byłem pewny, że nie pozbędę się go jeszcze przez długi czas. Będę pamiętał, mam pamiętać. I poczynić zemstę, kiedy przyjdzie na to czas.

        Kąpiel w rzece, nad którą się zatrzymaliśmy, była luksusem, na który nie było nas stać od wielu dni. Chociaż woda była kurewsko zimna, to powietrze było na tyle ciepłe, że nawet nie zwróciłem na to uwagi. Nadal unosiła się nieprzyjemna duchota, nawet po zapadnięciu zmroku. Chciałbym, żeby woda zmyła ze mnie cały trud tego dnia, nie – cały trud tej wyprawy i wszystkich jej komplikacji, ale nic w życiu nie mogło być tak łatwe, więc zadowoliłem się tym, ze brud zniknął. Wychodząc ze strumienia czułem się młodszy, rześki, nawet wspomnienia nieco przygasły. W górze rzeki, gdzie rozbiliśmy obóz, nie unosiła się mgła powstała ze spalonych ciał i smrodu zrabowanego, spalonego obozu. W dole dogasało wielkie ognisko, pracowało nadal sporo ludzi, ale ja pierwszy raz od dawna cieszyłem się, że nie muszę tam być. Że jestem, o narcyzmie, zbyt ważny, żeby nadal taplać się w krwi i wnętrznościach. A raczej na moich barkach teraz spoczywał znacznie cięższy problem. Wybudowanie nowego obozu od podstaw było znacznie trudniejszym zajęciem.
        Ubrałem się i zaczesałem mokre włosy do tyłu. Nie nosiłem tego wieczora zbroi, jedynie luźną, lnianą koszulę w białym kolorze i skórzane spodnie. To sprawiało, ze czułem się lżej, a fakt, że krew i błoto nie pokrywała mnie już w całości także pomagał. Wszedłem do obozu, który prowizorycznie był strzeżony na granicach, w snop światła pochodni rozmieszczanych strategicznie na każdym skrzyżowaniu i poczułem się przyjemnie bezpiecznie. Choć wiedziałem, ze do istoty bezpieczeństwa na tym terenie jeszcze daleka, żmudna droga.
        Droga, którą przyjdzie przejść w większości bez Esji.
        Zamarłem, kiedy ta myśl dotarła do mojej świadomej części mózgu. Zatrzymałem się obok pierwszego patrolu, na jaki trafiłem.
        — Czy kapłanka jest w swoim namiocie? — zapytałem, zachowując chłodny wyraz twarzy. Żołnierz zasalutował, poprawił przekrzywiony lekko hełm.
        — Nie, oficerze.
        Nie? Ściągnąłem brwi i przechyliłem lekko głowę.
        — Patrol mijał ją nad rzeką. Siedziała tam niecały kwadrans temu — pospieszył z wyjaśnieniem kolega, stawiając krok w moją stronę, ale już nie zwróciłem na to zbyt wielkiej uwagi. Zamiast tego coś innego przyszło mi do głowy.
        Odwróciłem się bez słowa w kierunku, z którego właśnie przyszedłem. Myśl, że Esja być może cały czas tam była, siedziała bez ruchu wydawała mi się nieprawdopodobna. Przecież chyba bym ją zauważył… Moje zmysły, nawet pomimo zmęczenia, nadal były na swoim miejscu. Odszedłem od dwójki mężczyzn bez słowa, ale chyba się tym zbyt nie przejęli, a może przyjęli to z ulgą, że słowa zachowałem dla siebie.
        Kiedy dotarłem do miejsca, w którym się myłem, rozglądnąłem się dookoła. Było ciemno, ale nie na tyle, żeby zupełnie nic nie widzieć; łuna świateł z obozu docierała tutaj, sączyła się wolno, rozlewała po kamieniach. Nie była silna, ale przecież gdyby dziewczyna tutaj była… Zerknąłem w lewo, na sporych rozmiarów głaz. Stał kilka do kilkunastu jardów stąd i czy mi się wydawało, czy coś tam się poruszyło? Przy skórzanym, grubym pasie jak zwykle miałem przytroczony miecz, ale nie położyłem na nim dłoni, zamiast tego powoli skierowałem się w tamtą stronę. Faktycznie, Esję zauważyłem niedługo później, zwiniętą za skałą.
        — Nie spodziewałem się ciebie tutaj spotkać — zacząłem cichym, ale dosłyszalnym głosem, który jeszcze nie został zabarwiony żadną konkretną emocją. Jak długo tu była? Podobno kwadrans, więc czy zauważyła, że przed chwilą brałem tutaj kąpiel? — Zawsze wybierasz sobie ciekawe miejsca, w których lubisz się zaszyć. Męczy cię ilość ludzi w obozie, czy straży? A może sam fakt, że tam jest zdecydowanie bezpieczniej niż tutaj?
        Zatrzymałem się przy formacji skalnej i oparłem na niej dłoń, żeby wyjrzeć za skałę, gdzie siedziała kapłanka. Ziemia tutaj była twarda, sucha, skalista wręcz, ale miejsce było chronione częściowo przed wiatrem. Nie tak dobrze, jak oryginalny obóz, bez wątpienia jego położenie było bardziej dogodne.
        Nie wyczułem żadnego napięcia w atmosferze. Ale jeśli o to chodziło, moja intuicja była wyjątkowo tępa, a wielu rzeczy zwyczajnie nie potrafiłem zobaczyć.
        — Jadłaś już kolację? — zapytałem, czując, że to pytanie jest bardziej… Krępujące, niż powinno. To zwykła rzecz, wspólne zjedzenie obiadu. Nie było w niej przecież nic zdrożnego. Mimo wszystko wyraz mojej twarzy nieco złagodniał. Oboje mieliśmy ostatnio nie najłatwiejszy czas, a rozmowa w samotności taka jak ta była przez czas podróży wręcz luksusem. Dlatego nie spieszyło mi się, żeby odejść i wrócić do obozu. Na dłuższą chwilę zajęły mnie myśli, przez co umknął mojej uwadze fakt, że intensywnie się jej przypatruję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/