wtorek, 5 grudnia 2017

CXLVIII



        Starałem się podwoić tempo podróży po nieoczekiwanym opóźnieniu, ale nie zdało się to na wiele. Praktycznie wcale nie było możliwe przy tak dużej ilości ludzi, zapasów i kilku wozów, Eliah jednoznacznie stwierdzał, że przyspieszenie czegokolwiek jest obecnie niemożliwe. Musiałem sobie z tego zdawać sprawę, ale wewnętrzny upór nie chciał tak łatwo odpuścić. Każdy kolejny postój był krótszy niż wcześniejsze, a ogólne niezadowolenia ludzi z tego faktu łagodziła świadomość, że ich najświętsza kapłanka wróciła zza grobu. Korzystałem z tego faktu na tyle, na ile mi się udało, żeby przycisnąć ich do cięższego wysiłku.
        — Nadal obawiamy się ataków ze strony Zakaarczyków z północnego zachodu — podjął blondyn, kopnąwszy jedną z gałęzi z dogasającego ogniska. W powietrze wzbił się popiół, który zaświerzbił w nosie mocnym zapachem niedopalonego drewna.
        — Na litość boską, Eliahu — Lance zakaszlał. — Do kurwy nędzy, przestań się tym bawić.
        Sam czubkiem buta potrąciłem jeden z niedopalonych konarów. Młodszy blondyn skwitował to paskudnym skrzywieniem się i splunął na ziemię obok. Założyłem dłonie na klatce piersiowej i odwróciłem spojrzenie, wbijając je w najdalej widoczny na horyzoncie punkt, jakby to miało podsunąć mi jakąś dobrą radę.
        — Wiedzieliśmy przecież o tym od początku. Wiedzieliśmy, że nie będziemy bezpieczni, dopóki nie dotrzemy do obozu — zauważyłem bezbarwnym głosem, jakbym powtarzał dzieciom ponownie prosty fakt, którego nie mogą zrozumieć.
        — Czcza gadanina.
        Wzruszyłem ramionami. Nie sposób się z nim nie zgodzić. Nie odwróciłem spojrzenia w stronę swoich rozmówców. Moje myśli swobodnie powędrowały ponad równinami i pustynią, a zatrzymały się na Esji. Medyk jeszcze nie przyszedł powiadomić mnie o stanie jej zdrowia, ale ja podobnie jak inni, z nieznaną sobie naiwnością wierzyłem, że już nic w jej obecnym stanie nie może jej zaszkodzić. Jakbym miał pewność, że wszystko będzie dobrze.
        — W każdym razie, panowie… — Lance odchrząknął i jego zbroja zgrzytnęła. Przeniosłem na niego niezainteresowane spojrzenie. — Sprawy się trochę pokomplikowały, zwłaszcza odkąd wiemy, że Esja jest tutaj z nami nie do końca zgodnie z wolą władz wyższych. — Zmrużyłem oczy na te słowa. — Tym bardziej powinniśmy się przygotować na możliwy atak, nasza prawa strona jest ledwo chroniona garstką nowych rekrutów, zwłaszcza na tyłach, bardzo łatwo się tamtędy przedrzeć i…
        — Nie mydl oczu — wtrąciłem, już pewny, do czego to zmierza. — Nic nie zmieniamy. Nie będziemy odsłaniać jednej strony tylko dlatego, że tobie się coś wydaje. Jest jak jest i jest dobrze — warknąłem, ponownie odwracając wzrok.
        Mogłem udawać pewnego siebie i rozkazywać co tylko mi się spodoba, ale prawda była taka, że czułem niepewność. Głęboko ukrywaną niepewność przed kilkoma następnymi dniami. A teraz, wraz z wkroczeniem na najniebezpieczniejszą część szlaku, na której będziemy przez następny dzień to odczucie nasilało się, rwało w piersi, jakby chciało wydostać się na wolność. Dokładałem starań, żeby to się nie stało. Moją uwagę ponownie złapało nagłe pojawienie się kapłanki w naszym towarzystwie. Zanim jednak zdążyłem poprzeć Eliaha i jego „nie ma mowy”, wszystko nabrało tempa i potoczyło się niespodziewanym torem. Dziwne słowa wypowiadane jakby z samego dna gardła szarpnęły mną, a oczy automatycznie rozszerzyły, kiedy nagle twarz blondynki znalazła się blisko mnie.
        Stałem jak sparaliżowany i gapiłem się w jej oczy, starając się zrozumieć, o co chodzi. Majaczenie? Medyk nie wspominał nic o takich efektach ubocznych. Pewne było to, że nie powinna tak swobodnie spacerować ani tym bardziej stać w pełnym słońcu. Odepchnąłem od siebie złe przeczucia i korzystając z tego, że dziewczyna kurczowo trzymała się mojej zbroi pochyliłem się i złapałem pod kolanami.
        — Odsuń się i nie stój na mojej drodze jak kołek — syknąłem w stronę Lance’a, który uskoczył mi spod stóp, kiedy ruszyłem z Esją w ramionach w stronę jej wozu. Przepchnąłem się obok Eliaha, trącając do stalowym naramiennikiem niezbyt delikatnie w tors, po czym skierowałem swoje kroki w stronę małego wozu zajmowanego przez Esję. Wyraz mojej twarzy był z pewnością nieprzenikniony, upewniłem się, że emocje, które mi towarzyszą obecnie nie są nikomu znane, nawet samej dziewczynie. Tylko raz zerknąłem w dół, na jej twarz. A ktokolwiek pozwolił jej wstać, zapłaci za swój błąd.
        Ludzie przyglądali się nam z zaciekawieniem, ale nikt nie odważył się o nic zapytać. Zatrzymałem się tuż przed wozem, a kiedy tylko zobaczył mnie medyk, prawie podbiegł do dziewczyny.
        — Czy ty za to odpowiadasz? — Mój głos brzmiał niczym stal uderzana o kamień i brzęczał w moich własnych uszach, kiedy świdrowałem go spojrzeniem. Wolałem to; tą złość niż bezradność albo strach przed tym, czego mogły dotyczyć jej wcześniejsze słowa. — Przyszła do nas majacząc, szła bez żadnej ochrony w pełnym słońcu całą drogę do miejsca, w którym staliśmy, jakim prawem pozwoliłeś jej stanąć na nogi? — Natężenie głosu rosło ze słowa na słowo, ale moja dłonie i ramiona zostały nienaruszone, żeby przypadkiem nie zrobić krzywdy dziewczynie.
        Medyk nie dał się jednak tak łatwo zastraszyć. Kazał mi ją położyć, mieszając jeden ze swoich wywarów, mruczał pod nosem i nie odpowiadał na moje pytania. Miałem wrażenie, że krew we mnie wrze przez jego ignorancję, ale mimo wszystko zrobiłem to, co polecił. Ułożyłem Esję na miękkim sianie i kocach, którymi wyłożony był jej wóz. Zostałem tam tak długo, jak było potrzeba, a wraz z czekaniem na wyjaśnienia mój gniew gasł.
        Został tylko strach. Intuicyjny. I słowa Febiasza, że to nie ukąszenia spowodowały majaczenie.

        Od tamtego momentu znacznie częściej zaglądałem do wozu kontrolować stan Esji… I spędzać z nią nieco wolnego czasu, jeśli miałem go odrobinę. Podróż nie była łatwa, teren stawał się skalisty, a wąskie koła wozów często grzęzły i powodowały przerwanie wędrówki, ale ruszaliśmy ciągle naprzód. Nie uspakajały mnie ani rozmowy z moją Gwardią Honorową, bo każdy przychodził do mnie jedynie z najróżniejszymi obawami i problemami, które trzeba było rozwiązać. Nic nie przynosiło ukojenia jak te kilka chwil w towarzystwie blondynki. Sam przyłapałem się na tym, że czekam na kolejną chwilę w której będę mógł chociaż przypadkowo zatrzymać się przy jej wozie i wymienić kilka zdań – nawet jeśli ta nie były zupełnie prywatne i nieco powściągliwe – z dziewczyną.
        Trzeciego dnia na horyzoncie pojawił się dym. A złowrogie myśli, które do tej pory starałem się tamować – te słowa wypowiedziane przez kapłankę z dziwnym wyrazem w oczach – rozlały się po całym moim ciele. To panika. Beznadziejna panika, która niczego nie rozwiąże, uświadamiałem sobie. Niewiele pocieszenia to przynosiło.
        — Eliah! — krzyknąłem donośnie, zawracając konia. Trafiłem na zastępcę niedaleko, szedł pieszo i rozmawiał z Ithrickiem. — Eliah — powtórzyłem, zwracając na siebie jego uwagę. Skinąłem głową w stronę, z której unosiła się smuga dymu. Mężczyzna od razu zorientował się, że to ta strona, w którą i my zmierzamy, na jego twarzy odmalował się niecodzienny grymas. — Bierz kontrolę nad pochodem. Pojadę sprawdzić, co to takiego. Sam — dodałem głosem nie znoszącym sprzeciwu, kiedy otwierał usta, żeby coś powiedzieć.
        Zamiast jednak słów jedynie skinął głową. Wiedziałem, że mogę na nim polegać, więc z sercem lżejszym o tą jedną sprawę ściągnąłem energicznie wodze, pozwoliłem ogierowi stanąć dęba, a później ścisnąłem mocno łydki, a zwierzę natomiast wyrwało się do przodu.
        Wiatr nie wywiał z mojej głowy wszelkich czarnych chmur, które zbierały się i kumulowały, tworząc ogromne masywy w moich myślach. Choć pęd galopu był szybki, rwisty, może nawet niebezpieczny na takim niepewnym podłożu, pchała mnie niepewność i wrażenie, że coś jest nie w porządku. Towarzyszyło mi ono od tego jednego popołudnia w towarzystwie Esji, a teraz tym bardziej nasiliło się, kiedy w mojej głowie pojawił się wizerunek jej twarzy. Uniosłem się nad siodłem i pochyliłem wzdłuż końskiej szyi, praktycznie przylepiając się do niej, a grzywa smagała mi twarz. Do nozdrzy dostawał się piekący smród, im bliżej się znajdywałem.
        Z wąskiej ścieżki wypadłem na ogromną, płaską formację skalną – wyglądała wręcz nienaturalnie. Znałem drogę i wiedziałem, gdzie jestem – być może tylko dlatego, że byłem tu już wcześniej. Bo widok, jaki rozciągnął mi się przed oczami w niczym nie przypominał tego, co zostawiłem tutaj wiele lat wcześniej za sobą. Poczułem że oczy szczypią od dymu, a powietrze ciężkie i smrodliwe wydawało się stać nieruchomo. Patrzyłem przed siebie na pogorzeliska czegoś, co kiedyś nazwałbym domem i nie wiedziałem już, czy łza, która spłynęła po moim policzku, zostawiając na nim cysty ślad była spowodowana ciężkim dymem czy może czymś innym.
        Otarłem ją gniewnie, rozmazując po policzku popiół, który osiadał wszędzie. Nie drgnąłem aż do momentu, kiedy usłyszałem za sobą krzyki innych zbrojnych ludzi. Gapiłem się po prostu przed siebie, na dogorywający obóz, zwęglone drewniane bale, kałuże krwi i ciała porozrzucane przed ostrokołem. Nieczuły na wszystko, co działo się dookoła, na popiół, który wirował i wzbijał się w powietrze z każdym, nawet najmniejszym ruchem. Stałem samotnie, z pustymi myślami, wpatrując się w nicość, która zadawała zdecydowanie więcej bólu, niż powinna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/