Starałem się podwoić tempo podróży po
nieoczekiwanym opóźnieniu, ale nie zdało się to na wiele. Praktycznie wcale nie
było możliwe przy tak dużej ilości ludzi, zapasów i kilku wozów, Eliah
jednoznacznie stwierdzał, że przyspieszenie czegokolwiek jest obecnie
niemożliwe. Musiałem sobie z tego zdawać sprawę, ale wewnętrzny upór nie chciał
tak łatwo odpuścić. Każdy kolejny postój był krótszy niż wcześniejsze, a ogólne
niezadowolenia ludzi z tego faktu łagodziła świadomość, że ich najświętsza
kapłanka wróciła zza grobu. Korzystałem z tego faktu na tyle, na ile mi się
udało, żeby przycisnąć ich do cięższego wysiłku.
— Nadal obawiamy się ataków ze strony
Zakaarczyków z północnego zachodu — podjął blondyn, kopnąwszy jedną z gałęzi z
dogasającego ogniska. W powietrze wzbił się popiół, który zaświerzbił w nosie
mocnym zapachem niedopalonego drewna.
— Na litość boską, Eliahu — Lance
zakaszlał. — Do kurwy nędzy, przestań się tym bawić.
Sam czubkiem buta potrąciłem jeden z
niedopalonych konarów. Młodszy blondyn skwitował to paskudnym skrzywieniem się
i splunął na ziemię obok. Założyłem dłonie na klatce piersiowej i odwróciłem
spojrzenie, wbijając je w najdalej widoczny na horyzoncie punkt, jakby to miało
podsunąć mi jakąś dobrą radę.
— Wiedzieliśmy przecież o tym od
początku. Wiedzieliśmy, że nie będziemy bezpieczni, dopóki nie dotrzemy do
obozu — zauważyłem bezbarwnym głosem, jakbym powtarzał dzieciom ponownie prosty
fakt, którego nie mogą zrozumieć.
— Czcza gadanina.
Wzruszyłem ramionami. Nie sposób się z
nim nie zgodzić. Nie odwróciłem spojrzenia w stronę swoich rozmówców. Moje
myśli swobodnie powędrowały ponad równinami i pustynią, a zatrzymały się na
Esji. Medyk jeszcze nie przyszedł powiadomić mnie o stanie jej zdrowia, ale ja
podobnie jak inni, z nieznaną sobie naiwnością wierzyłem, że już nic w jej
obecnym stanie nie może jej zaszkodzić. Jakbym miał pewność, że wszystko będzie
dobrze.
— W każdym razie, panowie… — Lance
odchrząknął i jego zbroja zgrzytnęła. Przeniosłem na niego niezainteresowane
spojrzenie. — Sprawy się trochę pokomplikowały, zwłaszcza odkąd wiemy, że Esja
jest tutaj z nami nie do końca zgodnie z wolą władz wyższych. — Zmrużyłem oczy
na te słowa. — Tym bardziej powinniśmy się przygotować na możliwy atak, nasza
prawa strona jest ledwo chroniona garstką nowych rekrutów, zwłaszcza na tyłach,
bardzo łatwo się tamtędy przedrzeć i…
— Nie mydl oczu — wtrąciłem, już pewny,
do czego to zmierza. — Nic nie zmieniamy. Nie będziemy odsłaniać jednej strony
tylko dlatego, że tobie się coś wydaje. Jest jak jest i jest dobrze —
warknąłem, ponownie odwracając wzrok.
Mogłem udawać pewnego siebie i
rozkazywać co tylko mi się spodoba, ale prawda była taka, że czułem niepewność.
Głęboko ukrywaną niepewność przed kilkoma następnymi dniami. A teraz, wraz z
wkroczeniem na najniebezpieczniejszą część szlaku, na której będziemy przez
następny dzień to odczucie nasilało się, rwało w piersi, jakby chciało wydostać
się na wolność. Dokładałem starań, żeby to się nie stało. Moją uwagę ponownie
złapało nagłe pojawienie się kapłanki w naszym towarzystwie. Zanim jednak
zdążyłem poprzeć Eliaha i jego „nie ma mowy”, wszystko nabrało tempa i potoczyło
się niespodziewanym torem. Dziwne słowa wypowiadane jakby z samego dna gardła
szarpnęły mną, a oczy automatycznie rozszerzyły, kiedy nagle twarz blondynki
znalazła się blisko mnie.
Stałem jak sparaliżowany i gapiłem się
w jej oczy, starając się zrozumieć, o co chodzi. Majaczenie? Medyk nie
wspominał nic o takich efektach ubocznych. Pewne było to, że nie powinna tak
swobodnie spacerować ani tym bardziej stać w pełnym słońcu. Odepchnąłem od
siebie złe przeczucia i korzystając z tego, że dziewczyna kurczowo trzymała się
mojej zbroi pochyliłem się i złapałem pod kolanami.
— Odsuń się i nie stój na mojej drodze
jak kołek — syknąłem w stronę Lance’a, który uskoczył mi spod stóp, kiedy
ruszyłem z Esją w ramionach w stronę jej wozu. Przepchnąłem się obok Eliaha,
trącając do stalowym naramiennikiem niezbyt delikatnie w tors, po czym
skierowałem swoje kroki w stronę małego wozu zajmowanego przez Esję. Wyraz
mojej twarzy był z pewnością nieprzenikniony, upewniłem się, że emocje, które
mi towarzyszą obecnie nie są nikomu znane, nawet samej dziewczynie. Tylko raz
zerknąłem w dół, na jej twarz. A ktokolwiek pozwolił jej wstać, zapłaci za swój
błąd.
Ludzie przyglądali się nam z
zaciekawieniem, ale nikt nie odważył się o nic zapytać. Zatrzymałem się tuż
przed wozem, a kiedy tylko zobaczył mnie medyk, prawie podbiegł do dziewczyny.
— Czy ty za to odpowiadasz? — Mój głos
brzmiał niczym stal uderzana o kamień i brzęczał w moich własnych uszach, kiedy
świdrowałem go spojrzeniem. Wolałem to; tą złość niż bezradność albo strach
przed tym, czego mogły dotyczyć jej wcześniejsze słowa. — Przyszła do nas
majacząc, szła bez żadnej ochrony w pełnym słońcu całą drogę do miejsca, w
którym staliśmy, jakim prawem pozwoliłeś jej stanąć na nogi? — Natężenie głosu
rosło ze słowa na słowo, ale moja dłonie i ramiona zostały nienaruszone, żeby
przypadkiem nie zrobić krzywdy dziewczynie.
Medyk nie dał się jednak tak łatwo
zastraszyć. Kazał mi ją położyć, mieszając jeden ze swoich wywarów, mruczał pod
nosem i nie odpowiadał na moje pytania. Miałem wrażenie, że krew we mnie wrze
przez jego ignorancję, ale mimo wszystko zrobiłem to, co polecił. Ułożyłem Esję
na miękkim sianie i kocach, którymi wyłożony był jej wóz. Zostałem tam tak
długo, jak było potrzeba, a wraz z czekaniem na wyjaśnienia mój gniew gasł.
Został tylko strach. Intuicyjny. I
słowa Febiasza, że to nie ukąszenia spowodowały majaczenie.
Od tamtego momentu znacznie częściej
zaglądałem do wozu kontrolować stan Esji… I spędzać z nią nieco wolnego czasu,
jeśli miałem go odrobinę. Podróż nie była łatwa, teren stawał się skalisty, a
wąskie koła wozów często grzęzły i powodowały przerwanie wędrówki, ale
ruszaliśmy ciągle naprzód. Nie uspakajały mnie ani rozmowy z moją Gwardią
Honorową, bo każdy przychodził do mnie jedynie z najróżniejszymi obawami i
problemami, które trzeba było rozwiązać. Nic nie przynosiło ukojenia jak te
kilka chwil w towarzystwie blondynki. Sam przyłapałem się na tym, że czekam na
kolejną chwilę w której będę mógł chociaż przypadkowo zatrzymać się przy jej
wozie i wymienić kilka zdań – nawet jeśli ta nie były zupełnie prywatne i nieco
powściągliwe – z dziewczyną.
Trzeciego dnia na horyzoncie pojawił
się dym. A złowrogie myśli, które do tej pory starałem się tamować – te słowa
wypowiedziane przez kapłankę z dziwnym wyrazem w oczach – rozlały się po całym
moim ciele. To panika. Beznadziejna panika, która niczego nie rozwiąże,
uświadamiałem sobie. Niewiele pocieszenia to przynosiło.
— Eliah! — krzyknąłem donośnie,
zawracając konia. Trafiłem na zastępcę niedaleko, szedł pieszo i rozmawiał z
Ithrickiem. — Eliah — powtórzyłem, zwracając na siebie jego uwagę. Skinąłem
głową w stronę, z której unosiła się smuga dymu. Mężczyzna od razu zorientował
się, że to ta strona, w którą i my zmierzamy, na jego twarzy odmalował się
niecodzienny grymas. — Bierz kontrolę nad pochodem. Pojadę sprawdzić, co to
takiego. Sam — dodałem głosem nie znoszącym sprzeciwu, kiedy otwierał usta,
żeby coś powiedzieć.
Zamiast jednak słów jedynie skinął
głową. Wiedziałem, że mogę na nim polegać, więc z sercem lżejszym o tą jedną
sprawę ściągnąłem energicznie wodze, pozwoliłem ogierowi stanąć dęba, a później
ścisnąłem mocno łydki, a zwierzę natomiast wyrwało się do przodu.
Wiatr nie wywiał z mojej głowy
wszelkich czarnych chmur, które zbierały się i kumulowały, tworząc ogromne
masywy w moich myślach. Choć pęd galopu był szybki, rwisty, może nawet niebezpieczny
na takim niepewnym podłożu, pchała mnie niepewność i wrażenie, że coś jest nie
w porządku. Towarzyszyło mi ono od tego jednego popołudnia w towarzystwie Esji,
a teraz tym bardziej nasiliło się, kiedy w mojej głowie pojawił się wizerunek
jej twarzy. Uniosłem się nad siodłem i pochyliłem wzdłuż końskiej szyi,
praktycznie przylepiając się do niej, a grzywa smagała mi twarz. Do nozdrzy
dostawał się piekący smród, im bliżej się znajdywałem.
Z wąskiej ścieżki wypadłem na ogromną,
płaską formację skalną – wyglądała wręcz nienaturalnie. Znałem drogę i
wiedziałem, gdzie jestem – być może tylko dlatego, że byłem tu już wcześniej.
Bo widok, jaki rozciągnął mi się przed oczami w niczym nie przypominał tego, co
zostawiłem tutaj wiele lat wcześniej za sobą. Poczułem że oczy szczypią od
dymu, a powietrze ciężkie i smrodliwe wydawało się stać nieruchomo. Patrzyłem
przed siebie na pogorzeliska czegoś, co kiedyś nazwałbym domem i nie wiedziałem
już, czy łza, która spłynęła po moim policzku, zostawiając na nim cysty ślad
była spowodowana ciężkim dymem czy może czymś innym.
Otarłem ją gniewnie, rozmazując po
policzku popiół, który osiadał wszędzie. Nie drgnąłem aż do momentu, kiedy
usłyszałem za sobą krzyki innych zbrojnych ludzi. Gapiłem się po prostu przed
siebie, na dogorywający obóz, zwęglone drewniane bale, kałuże krwi i ciała
porozrzucane przed ostrokołem. Nieczuły na wszystko, co działo się dookoła, na
popiół, który wirował i wzbijał się w powietrze z każdym, nawet najmniejszym
ruchem. Stałem samotnie, z pustymi myślami, wpatrując się w nicość, która
zadawała zdecydowanie więcej bólu, niż powinna.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz