czwartek, 1 lutego 2018

CLX



        Czułem, że w głowie powinna mi huczeć myśl, że to co robię jest zupełnym szaleństwem. Nie potrafiłbym wyjaśnić tego uczucia, ale było silne, zakorzenione głęboko we mnie. Powinienem czuć się zagrożony, zagoniony w pułapkę, do rogu. Mimo tego nie było zupełnie nic. Lekko stawiane kroki praktycznie bezdźwięcznie na skalistym gruncie niosły mnie coraz bliżej obozu, w którym eksplodowało światło, tańczyło w moich oczach, snopy iskier z rozbuchanych ognisk strzelały w niebo. Horyzont zdążył już zupełnie pociemnieć. Nie zwracałem uwagi na mijane osoby, które przystawały przede mną salutując. W głowie, podobnie jak w całym moim ciele rozlewała się przyjemna lekkość i pustka; uczucia nieznane, ale oszałamiająco wręcz miłe. Mój instynkt powinien mnie teraz ostrzegać. Ale nie było niczego. Żadnej dodatkowej myśli oprócz tej, że wiem, co muszę zrobić.
        Zanim zdążyłem się zorientować, stałem tuż przed namiotem oznaczonym znakiem rodowym Sherrów; większość znaków potężnych rodzin znałem na pamięć, w dzieciństwie zmuszany do studiowania wielu obszernych ksiąg, które niczym nie przekonywały moich zainteresowań. Kiedy chciałem biegać po dachach i uczyć się walki w ulicznych zaułkach miejskich slumsów matka zmuszała mnie do wielogodzinnych nauk. Prawdopodobnie tylko dzięki jej uporowi byłem tu, gdzie jestem. Stałem przed obszernym godłem i przypominałem sobie, jak rysowałem to i inne setki razy. Choć matka dała mi wiedzę, nie zamierzałem okazywać żadnej wdzięczności względem niej. Nigdy. Bo poza człowiekiem wewnątrz niej krył się także potwór, o istnieniu którego niewielu ludzi miało okazję się dowiedzieć. Teraz odkryłem, że te myśli wcale nie powodują już znanego bólu w okolicach klatki piersiowej. Nie było we mnie nic, tylko ta lekkość. Skinąłem więc na jednego ze strażników, a ten już po chwili wrócił z pozwoleniem na wejście do namiotu skryby.
        Stała tyłem do mnie, tuż przy świecy. Przez chwilę wydawało mi się, że jej płomień jest nienaturalny, wydłużony, rozmyty, ale jak tylko zamrugałem ponownie, wrażenie zniknęło. Kobieta nie drgnęła. Jasne włosy spływały kaskadami na plecy. Miała na sobie elegancką suknię, w jaką zwykle przyszło mi ją widywać.
        — Oficerze — jej głos był zimny, pozbawiony jakiejkolwiek intonacji i wyprany z szacunku. — Właśnie miałam po ciebie posłać.
        — Czy twój mąż udał się na spoczynek? — zapytałem, prostując się nieco. Nie zamierzałem dać się wciągnąć w żadną grę, jaką właśnie zamierzała rozegrać. Miałem jednak dziwną świadomość, że jeśli ta kobieta tylko zechce rozpocząć partię, i tak będę zmuszony za nią podążać.
        Przeciągnęła się, na moment odsłaniając tym samym płomień świecy. Zamigotał nienaturalnie. Dziwna okoliczność. Zanim zdążyłem się jej przyjrzeć lepiej, odwróciła się w moją stronę z dziwnym błyskiem w oku. Takim, który od razu mi się nie spodobał, ale powstrzymałem się przed położeniem dłoni na rękojeści własnego miecza. Ta kobieta była w klatce. Oboje o tym wiedzieliśmy. Próbowała drapać i walczyć, ale nigdy nie mogłaby przegryźć masywnych, stalowych drutów, które ją krępowały.
        — A więc to sprawa wyższej wagi. Dobrze. Nie chciałam zaczynać od rzeczy błahych.
        Zsunęła jednym, płynnym ruchem rękawiczkę z jednej dłoni, tym samym odsłaniając ciemne zdobienia na skórze. Wzory były fascynujące, ale dla osoby, która nie miała wcześniej z nimi zbyt wiele kontaktów. Teraz przy wspomnieniu wygrawerowanych pleców Esji wydały mi się wręcz… Ubogie. Kobieta pozbyła się drugiej rękawiczki, a cienki, lekki materiał powoli opadł na ziemię.
        — Są wiadomości.
        — Ja potrzebuję wiadomości — wtrąciłem, jeszcze nie wyprowadzony z równowagi. — Muszę wiedzieć, co się dzieje.
        — A więc nam obojgu chodzi o złotowłosą ptaszynkę — przejęła, niemal wcinając się w moje słowa, jakby zamierzała kontynuować zaczęte przeze mnie zdanie. — Odnaleziono jej właściciela.

        Właściciela. Wiele razy, leżąc na swoim twardym, niewygodnym posłaniu wyścielonym zwierzęcą skórą i futrem powtarzałem w głowie dalszy przebieg rozmowy. Tylko tego jednego zdania nie byłem w stanie przeanalizować. A więc tak? Taka jest prawda? Żyjemy w świecie, gdzie nie ma wolności nawet dla tych, zwłaszcza dla tych, którym najbliżej jest bogom? Które potrafią przepowiadać przyszłość, są w posiadaniu mocy, o której istnieniu normalni ludzie opowiadają sobie niestworzone historie, o której ludzie wymyślają coraz to nowsze plotki, żeby karmić swoje własne łaknienie nadprzyrodzonej mocy w tym szarym, brutalnym świecie. Przekręcając się na plecy nie potrafiłem już zamknąć oczu i nie mieć pod nimi wielu obrazów. Oczu Aelnei, błyszczących niezdrowo w świetle zaczarowanych płomieni, Esji, która zostaje oddana w cudze ręce, na pastwę wszystkiemu, co będzie ją czekać. Taka niedoświadczona, a jednocześnie zmuszona do gotowości. Pogrążyłem się w płytkim letargu, walcząc ze wszystkimi tymi wątpliwościami. Straciłem poczucie czasu, opadając w ten nierówny, wyboisty sen, wszelkie powiązanie z czasem i przestrzenią rozmyło się. Wszystko się zamazało, obrazy zlały się w jedność, tworząc obrzydliwą karykaturę linii i kolorów, w której nie było już żadnego sensu.
        Ktoś tu jest.
        Nie od razu wyrwała mnie tak myśl ze snu. Nie od razu moje ciało spięło się w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby posłużyć na narzędzie do samoobrony. Miecz leżał blisko, miałem tego świadomość, potrafiłem go zlokalizować w przeciągu ułamka sekundy. Zamiast tego jednak objął mnie dziki, nieopanowany instynkt.
        Kto tu jest, ktoś tu jest, ktoś tu jest! Idzie do mnie, zbliża się, czuję…
        Szarpnąłem się w idealnym momencie, wykorzystując dynamikę opadającego w dół przeciwnika, spiąłem mięśnie, a w mojej dłoni pojawił się nóż. To, że coś tutaj nie pasuje, że napastnik jest tak lekki, jasny, niezakamuflowany dotarło do mnie dopiero, kiedy oboje zamarliśmy w pół ruchu. Nie było szarpaniny, nie było niczego. Było milczenie, w którym chyba oboje odnajdywaliśmy się w tej sytuacji. Patrzyłem prosto w jej oczy, odkrywając, że wcale nie jestem zaskoczony. Dziwne to było spostrzeżenie. Esja się trzęsła. Moja dłoń, która precyzyjnie przyciskała stal do jej tętnicy szyjnej zaś nawet nie drgnęła.
        Adrenalina spływała powoli, zabierając ze sobą przyspieszone bicie serca. Namiot, który jeszcze kilka chwil temu eksplodował siłą kolorów, zapachów i wyostrzonych zmysłów teraz ponownie zapadał do snu. Dobre kilka minut zajęło mi odsunięcie narzędzia od dziewczyny. A jeszcze kilka kolejnych zrozumienie jej słów. Widocznie oboje potrzebowaliśmy tego czasu.
        Stal z charakterystycznym brzdękiem opadła na podłogę dokładnie w momencie, kiedy moje ramię i wolna już dłoń oplotły wąską talię blondynki. Z wprawą, jakby dokładnie wiedziały, co robią, jakby sięgały po coś, co do nich należy przysunęły jej drżące ciało bliżej, tak blisko, że nie było już między nami ani trochę odstępu. Słowa z mojej stront wydawały się w tej chwili zbędne – nawet nie wiedziałem, co mógłbym powiedzieć, a komentowanie tych wypowiedzianych przez nią – choć były z pewnością złowróżbne i przerażające – zbyt porywcze. Zamiast więc tego przyciągnąłem ją do siebie z boleśniejszą niż kiedykolwiek wcześniej świadomością, że ta bliskość nigdy nie będzie należała do mnie. Że każdy ten moment jest kradzieżą, której odkrycie przez postronną osobę kosztowałaby nas obu bardzo wiele.
        — To ja muszę pilnować ciebie — odezwałem się w końcu, kiedy tylko w mojej głowie przebrzmiało echo przeprowadzonej wcześniej rozmowy. — To po ciebie ktoś ma przyjechać. To na ciebie czeka zło.
        Z każdym wręcz słowem moje gardło zaciskało się boleśnie. Moje ciało broniło się przed tym, żeby wypowiedzieć jeszcze kilka słów, żeby przekazać kolejną informację. W głowie pojawiał się wiele razy ten moment, w której przekazywałem jej wiadomość, ale w żadnym wyobrażeniu nie byliśmy tak blisko siebie, tak bezkarnie i bezbożnie. Teraz wydało mi się to wysoce nieodpowiednie. Nie tak zamierzałem się z nią żegnać. Nie w słabości, ciemności i żalu, a z podniesioną głową. Ta perspektywa jednak ciągle i nieodwracalnie bledła.
        Na zewnątrz było zupełnie cicho, choć byłem pewien, że odpowiednie warty krążą dookoła obozu i między namiotami, patrolując bezpieczeństwa. Teraz myśl, jak ona się tutaj dostała w samej piżamie w środku nocy nie była jeszcze dla mnie ważna. Nadstawiłem uszu, nasłuchując otoczenia, ale odpowiedziała jedynie cisza. Zjechałem spojrzeniem na jej wargi. Doskonale pamiętałem ich fakturę. Wiedziałem, że nie uda mi się jej zapomnieć.
        Rozluźniłem uścisk, a w końcu zupełnie go zniwelowałem. Wolna dłoń powoli odsunęła włosy, które zaplątały się między rozchylone usta w niemal czułym geście.
        Nie wiem, w którym momencie i dlaczego kolejne słowa opuściły moje usta. Bez konsultacji z rozsądkiem i logiką, po prostu wypłynęły w ciemną przestrzeń namiotu, w którym opadł już kurz po wcześniejszym nieoczekiwanym ataku.
        — Odnaleziono go.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/