Czułem, że w głowie powinna mi huczeć
myśl, że to co robię jest zupełnym szaleństwem. Nie potrafiłbym wyjaśnić tego
uczucia, ale było silne, zakorzenione głęboko we mnie. Powinienem czuć się
zagrożony, zagoniony w pułapkę, do rogu. Mimo tego nie było zupełnie nic. Lekko
stawiane kroki praktycznie bezdźwięcznie na skalistym gruncie niosły mnie coraz
bliżej obozu, w którym eksplodowało światło, tańczyło w moich oczach, snopy iskier
z rozbuchanych ognisk strzelały w niebo. Horyzont zdążył już zupełnie
pociemnieć. Nie zwracałem uwagi na mijane osoby, które przystawały przede mną
salutując. W głowie, podobnie jak w całym moim ciele rozlewała się przyjemna
lekkość i pustka; uczucia nieznane, ale oszałamiająco wręcz miłe. Mój instynkt
powinien mnie teraz ostrzegać. Ale nie było niczego. Żadnej dodatkowej myśli
oprócz tej, że wiem, co muszę zrobić.
Zanim zdążyłem się zorientować, stałem
tuż przed namiotem oznaczonym znakiem rodowym Sherrów; większość znaków
potężnych rodzin znałem na pamięć, w dzieciństwie zmuszany do studiowania wielu
obszernych ksiąg, które niczym nie przekonywały moich zainteresowań. Kiedy
chciałem biegać po dachach i uczyć się walki w ulicznych zaułkach miejskich
slumsów matka zmuszała mnie do wielogodzinnych nauk. Prawdopodobnie tylko
dzięki jej uporowi byłem tu, gdzie jestem. Stałem przed obszernym godłem i
przypominałem sobie, jak rysowałem to i inne setki razy. Choć matka dała mi
wiedzę, nie zamierzałem okazywać żadnej wdzięczności względem niej. Nigdy. Bo
poza człowiekiem wewnątrz niej krył się także potwór, o istnieniu którego
niewielu ludzi miało okazję się dowiedzieć. Teraz odkryłem, że te myśli wcale
nie powodują już znanego bólu w okolicach klatki piersiowej. Nie było we mnie
nic, tylko ta lekkość. Skinąłem więc na jednego ze strażników, a ten już po
chwili wrócił z pozwoleniem na wejście do namiotu skryby.
Stała tyłem do mnie, tuż przy świecy.
Przez chwilę wydawało mi się, że jej płomień jest nienaturalny, wydłużony,
rozmyty, ale jak tylko zamrugałem ponownie, wrażenie zniknęło. Kobieta nie
drgnęła. Jasne włosy spływały kaskadami na plecy. Miała na sobie elegancką
suknię, w jaką zwykle przyszło mi ją widywać.
— Oficerze — jej głos był zimny,
pozbawiony jakiejkolwiek intonacji i wyprany z szacunku. — Właśnie miałam po
ciebie posłać.
— Czy twój mąż udał się na spoczynek? —
zapytałem, prostując się nieco. Nie zamierzałem dać się wciągnąć w żadną grę,
jaką właśnie zamierzała rozegrać. Miałem jednak dziwną świadomość, że jeśli ta
kobieta tylko zechce rozpocząć partię, i tak będę zmuszony za nią podążać.
Przeciągnęła się, na moment odsłaniając
tym samym płomień świecy. Zamigotał nienaturalnie. Dziwna okoliczność. Zanim
zdążyłem się jej przyjrzeć lepiej, odwróciła się w moją stronę z dziwnym
błyskiem w oku. Takim, który od razu mi się nie spodobał, ale powstrzymałem się
przed położeniem dłoni na rękojeści własnego miecza. Ta kobieta była w klatce.
Oboje o tym wiedzieliśmy. Próbowała drapać i walczyć, ale nigdy nie mogłaby
przegryźć masywnych, stalowych drutów, które ją krępowały.
— A więc to sprawa wyższej wagi.
Dobrze. Nie chciałam zaczynać od rzeczy błahych.
Zsunęła jednym, płynnym ruchem
rękawiczkę z jednej dłoni, tym samym odsłaniając ciemne zdobienia na skórze.
Wzory były fascynujące, ale dla osoby, która nie miała wcześniej z nimi zbyt
wiele kontaktów. Teraz przy wspomnieniu wygrawerowanych pleców Esji wydały mi
się wręcz… Ubogie. Kobieta pozbyła się drugiej rękawiczki, a cienki, lekki
materiał powoli opadł na ziemię.
— Są wiadomości.
— Ja potrzebuję wiadomości — wtrąciłem,
jeszcze nie wyprowadzony z równowagi. — Muszę wiedzieć, co się dzieje.
— A więc nam obojgu chodzi o złotowłosą
ptaszynkę — przejęła, niemal wcinając się w moje słowa, jakby zamierzała
kontynuować zaczęte przeze mnie zdanie. — Odnaleziono jej właściciela.
Właściciela. Wiele razy, leżąc na swoim
twardym, niewygodnym posłaniu wyścielonym zwierzęcą skórą i futrem powtarzałem
w głowie dalszy przebieg rozmowy. Tylko tego jednego zdania nie byłem w stanie przeanalizować.
A więc tak? Taka jest prawda? Żyjemy w świecie, gdzie nie ma wolności nawet dla
tych, zwłaszcza dla tych, którym najbliżej jest bogom? Które potrafią
przepowiadać przyszłość, są w posiadaniu mocy, o której istnieniu normalni
ludzie opowiadają sobie niestworzone historie, o której ludzie wymyślają coraz
to nowsze plotki, żeby karmić swoje własne łaknienie nadprzyrodzonej mocy w tym
szarym, brutalnym świecie. Przekręcając się na plecy nie potrafiłem już zamknąć
oczu i nie mieć pod nimi wielu obrazów. Oczu Aelnei, błyszczących niezdrowo w
świetle zaczarowanych płomieni, Esji, która zostaje oddana w cudze ręce, na
pastwę wszystkiemu, co będzie ją czekać. Taka niedoświadczona, a jednocześnie
zmuszona do gotowości. Pogrążyłem się w płytkim letargu, walcząc ze wszystkimi
tymi wątpliwościami. Straciłem poczucie czasu, opadając w ten nierówny,
wyboisty sen, wszelkie powiązanie z czasem i przestrzenią rozmyło się. Wszystko
się zamazało, obrazy zlały się w jedność, tworząc obrzydliwą karykaturę linii i
kolorów, w której nie było już żadnego sensu.
Ktoś tu jest.
Nie od razu wyrwała mnie tak myśl ze
snu. Nie od razu moje ciało spięło się w poszukiwaniu czegokolwiek, co mogłoby
posłużyć na narzędzie do samoobrony. Miecz leżał blisko, miałem tego świadomość,
potrafiłem go zlokalizować w przeciągu ułamka sekundy. Zamiast tego jednak
objął mnie dziki, nieopanowany instynkt.
Kto tu jest, ktoś tu jest, ktoś tu
jest! Idzie do mnie, zbliża się, czuję…
Szarpnąłem się w idealnym momencie,
wykorzystując dynamikę opadającego w dół przeciwnika, spiąłem mięśnie, a w
mojej dłoni pojawił się nóż. To, że coś tutaj nie pasuje, że napastnik jest tak
lekki, jasny, niezakamuflowany dotarło do mnie dopiero, kiedy oboje zamarliśmy
w pół ruchu. Nie było szarpaniny, nie było niczego. Było milczenie, w którym
chyba oboje odnajdywaliśmy się w tej sytuacji. Patrzyłem prosto w jej oczy,
odkrywając, że wcale nie jestem zaskoczony. Dziwne to było spostrzeżenie. Esja się
trzęsła. Moja dłoń, która precyzyjnie przyciskała stal do jej tętnicy szyjnej
zaś nawet nie drgnęła.
Adrenalina spływała powoli, zabierając
ze sobą przyspieszone bicie serca. Namiot, który jeszcze kilka chwil temu
eksplodował siłą kolorów, zapachów i wyostrzonych zmysłów teraz ponownie
zapadał do snu. Dobre kilka minut zajęło mi odsunięcie narzędzia od dziewczyny.
A jeszcze kilka kolejnych zrozumienie jej słów. Widocznie oboje potrzebowaliśmy
tego czasu.
Stal z charakterystycznym brzdękiem
opadła na podłogę dokładnie w momencie, kiedy moje ramię i wolna już dłoń
oplotły wąską talię blondynki. Z wprawą, jakby dokładnie wiedziały, co robią,
jakby sięgały po coś, co do nich należy przysunęły jej drżące ciało bliżej, tak
blisko, że nie było już między nami ani trochę odstępu. Słowa z mojej stront wydawały
się w tej chwili zbędne – nawet nie wiedziałem, co mógłbym powiedzieć, a komentowanie
tych wypowiedzianych przez nią – choć były z pewnością złowróżbne i przerażające
– zbyt porywcze. Zamiast więc tego przyciągnąłem ją do siebie z boleśniejszą
niż kiedykolwiek wcześniej świadomością, że ta bliskość nigdy nie będzie
należała do mnie. Że każdy ten moment jest kradzieżą, której odkrycie przez
postronną osobę kosztowałaby nas obu bardzo wiele.
— To ja muszę pilnować ciebie —
odezwałem się w końcu, kiedy tylko w mojej głowie przebrzmiało echo
przeprowadzonej wcześniej rozmowy. — To po ciebie ktoś ma przyjechać. To na
ciebie czeka zło.
Z każdym wręcz słowem moje gardło
zaciskało się boleśnie. Moje ciało broniło się przed tym, żeby wypowiedzieć
jeszcze kilka słów, żeby przekazać kolejną informację. W głowie pojawiał się
wiele razy ten moment, w której przekazywałem jej wiadomość, ale w żadnym
wyobrażeniu nie byliśmy tak blisko siebie, tak bezkarnie i bezbożnie. Teraz
wydało mi się to wysoce nieodpowiednie. Nie tak zamierzałem się z nią żegnać.
Nie w słabości, ciemności i żalu, a z podniesioną głową. Ta perspektywa jednak
ciągle i nieodwracalnie bledła.
Na zewnątrz było zupełnie cicho, choć
byłem pewien, że odpowiednie warty krążą dookoła obozu i między namiotami,
patrolując bezpieczeństwa. Teraz myśl, jak ona się tutaj dostała w samej
piżamie w środku nocy nie była jeszcze dla mnie ważna. Nadstawiłem uszu,
nasłuchując otoczenia, ale odpowiedziała jedynie cisza. Zjechałem spojrzeniem
na jej wargi. Doskonale pamiętałem ich fakturę. Wiedziałem, że nie uda mi się
jej zapomnieć.
Rozluźniłem uścisk, a w końcu zupełnie
go zniwelowałem. Wolna dłoń powoli odsunęła włosy, które zaplątały się między
rozchylone usta w niemal czułym geście.
Nie wiem, w którym momencie i dlaczego
kolejne słowa opuściły moje usta. Bez konsultacji z rozsądkiem i logiką, po
prostu wypłynęły w ciemną przestrzeń namiotu, w którym opadł już kurz po wcześniejszym
nieoczekiwanym ataku.
— Odnaleziono go.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz