Miałam wrażenie, że każda sekunda ciągnie się w nieskończoność, a ostrze, chociaż nie drgnęło, to jednak o jakieś części setne milimetrów zatapia się coraz bardziej w mojej szyi. Oddychałam więc ciężko, gdy dotarło do mnie, że ta sytuacja mimo wszystko nie jest bezpieczna, że moje zachowanie mogło doprowadzić do katastrofy i, co najgorsze, nie byłby to pierwszy raz, kiedy katastrofa wywołana moją samowolą miałaby miejsce. Teraz jednak oboje musieliśmy oswoić się z tą sytuacją i nie traciłam zaufania, jedynie cierpliwość podupadała, ale nie zaufanie. Wiedziałam, że z jego ręki krzywda mnie nie spotka, bo wszystko, co było w zasięgu mojego wzroku należało do niego. Nie był marą senną, ani okrutnikiem, który przejął jego oczy.
Gdy stal upadła, przełknęłam swobodnie ślinę, czując się tak, jakby przed chwilą ktoś co najmniej mnie dusił. Na więcej poczynań z mojej strony nie było już czasu, bo oto nadeszła godzina, w której Nevan decydował, co się z nami będzie działo. Otworzyłam szerzej oczy, nie zabraniając mu niczego. Był ciepły i nie wiedziałam, że jest mi zimno do chwili, w której nie poczułam na ciele jego skóry. Gdyby nie drżenie, to pewnie nie ruszałabym się wcale, tak zaskoczona bliskością, na którą nie powinniśmy sobie pozwalać. Nawet teraz rumieniec wypłynął na moją twarz, ale osobiście wcale o nim nie myślałam, odkrywając każdy aspekt tej sytuacji na nowo. Tonęłam. W czymś miękkim, obejmującym mnie całą. W czymś co przyjemnie parzyło.
Przymknęłam oczy, odnajdując przy nim ukojenie, bezpieczeństwo. Kiedy był tak blisko wiedziałam, że jest zdrowy, że nic złego go nie spotka, a już na pewno nie z moich rąk. Koszmar odchodził w niepamięć, byłam po prostu zmęczoną, roztrzęsioną jeszcze, ale zmierzającą ku dobremu dziewczyną. Dawał mi to poczucie... aż do chwili, w której sam się odezwał. Z początku byłabym nawet gotowa się uśmiechnąć, podziękować, powiedzieć, że już dość się mnie napilnował, już wystarczająco wiele razy musiał mnie ochraniać. Dopiero kolejne wypowiedziane przez niego zdania odebrały mi głos. No tak, nasze życie, nawet gdy oboje siebie obejmujemy, dalekie jest od czegoś, co można by było nazwać prostym.
Pozwoliłam mu siebie odsunąć, chociaż skłamałabym mówiąc, że cieszyłam się na taką zmianę bliskości. Był to jednak rozsądne, nawet jeśli zam zainicjował zbliżenie, to też sam był w stanie się opamiętać, podczas gdy mnie brakowało zdolności tak trzeźwego myślenia. Nie sądziłam, jednak, że w tym wszystkim może być coś jeszcze gorszego. Nie teraz, kiedy oddychałam szybciej, widząc, jak patrzy na moje wargi i miałam wrażenie, że doskonale słyszę we własnej głowie jego myśli. Pamiętałam. Znów się rumieniłam, ale nie odwróciłam wzroku. Pamiętałam nasz pierwszy pocałunek, mój pierwszy, a jego pewnie jeden z wielu, z liczby, której ja nigdy nie nadgonię.
Serce zabiło mi mocniej, gdy zabrał z mojej twarzy ten natrętny kosmyk włosów, o którym przyznam szczerze zapomniałam na moment. Wszystko było takie nierealne, że bałam się swobodnie ruszać, patrzeć, czy nawet oddychać. A jednak równocześnie strach podpowiadał, bym czerpała garściami, bo kiedy, jak nie teraz? Ponownie więc, nim sama wykonałam jakikolwiek ruch, odezwał się on, a serce, tak jak biło szalone, tak zamilkło w sekundzie. Poliki, z różowych, soczystych, rozpalonych, zbladły natychmiast, niczym zdmuchnięta świeca.
Patrzyłam na niego, jak dziecię, miesięczne może do którego dorosły mówi pełnymi zdaniami. Nie rozumiałam, chociaż było to takie naturalne. Oczy moje musiały być większe, niż kiedykolwiek, a gdy zasłona opadła całkowicie, gdy gra nie mogła już dalej trwać, usłyszałam swój chichot. Sama byłam nim zaskoczona.
- Więc jeździec, to mój mąż... - powiedziałam nie czując potrzeby, by cokolwiek mu tłumaczyć. Śmiech jednak ustał, brwi wykrzywiły się nieco. Teraz dotarło do mnie, że opuściłam głowę, więc podniosłam ją ponownie, zaglądając w oczy. Był wyższy, musiałam więc, mając teraz kontrolę nad sobą, wysunąć nogi spod jego ciała, klęknąć na kolanach, by móc zrównać swoją twarz z jego, albo przynajmniej przybliżyć ich poziomy.
W ciszy i dla równowagi ułożyłam trzęsące się palce na jego ramionach. Bojąc się każdego dotyku przejechałam nimi wyżej, wyczuwając silnie zarysowaną szczękę. Robiłam coś, czego mi nie wolno było. Łamałam pewne prawa, świadomie i dla samej siebie. Chciałam jednak zapamiętać. Chciałam już nigdy nie pomylić tej twarzy z żadną inną. Dotknęłam włosów, przyjemnie łaskoczących skórę, skroni, polików. Opuszkami delikatnie rozsunęłam jego wargi i nawet w chwili takiej, jak ta, uśmiechnęłam się niezręcznie, na wspomnienie pocałunku, który na zawsze pozostanie w mojej pamięci. A kiedy moje dłonie zbadały już jego twarz, znów ciężar świata wykrzywił moją twarz, gdy czoło wsparłam na tym, które należało do niego. Czy tym gestem skazałam swoją duszę na boską pogardę? Jeśli tak, to tym bardziej będę grzesznikiem, uznając, że był on tego warty.
- Ucieknę - powiedziałam w końcu, nie odrywając od niego spojrzenia. Nie pytałam, nie konsultowałam. Ten pomysł narodził się szybko, bo jeśli nie będzie mi dane go pilnować, to muszę zrobić wszystko, by odmienić los, który gra sobie z nami okrutnie. - Nikt nigdy się nie dowie, że wiedziałeś. Wezmę konia, w najgorszym razie złapią mnie i nawet jeśli będą wycinać z mojego ciała boski symbol kawałek po kawałku, to będzie to lepsze, niż stać się cudzą własnością, symbolem w klatce, po tym, jak pokazałeś mi, jak może smakować wolność - wyjaśniłam. Wiedziałam, że nie spodoba mu się ten pomysł, w zasadzie w tej chwili uznałam, że lepiej było mu nie mówić, ale kiedy tak na mnie patrzył, nie potrafiłam zapanować nad językiem. Już jednak czułam niemalże, że zbiera się na odmowę, że mogę zapomnieć i nigdy nie zgodzi się na ten pomysł. Zrobiłam minę boleśnie waleczną. Nim choćby się odezwał.
- Ja też mogę umrzeć dla sprawy... pozwól mi umrzeć dla sprawy... To moja decyzja, nie podważysz jej, pozwolisz mi, prawda? - znów złapałam jego twarz w dłonie, nie odsuwając się jednak. Miałam wrażenie, że tracę wzrok, ale to łzy napłynęły mi do oczu. - Czuję, że jeśli spotkam się z moim mężem, sprowadzi to na ciebie cierpienie... proszę, jeśli moja śmierć ciebie od tego uratuje, to daj mi konia i pozwól uciec...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz