Jeśli mogłem czymś… Czymkolwiek,
kiedykolwiek, zasłużyć na radość dla tej niepozornie delikatnej, kruchej
dziewczyny, nie wiedziałem czym mogło to być. Teraz, kiedy cały niemożliwy do
opisania słowami wyraz zniknął z jej twarzy miałem wrażenie, że to mnie ktoś
kopnął w splot słoneczny. Oto, czym byłem. Posłańcem złych wieści, stalową
dłonią, która miała wykonać rozkazy nie bacząc przy tym na własne poglądy, na
własne przekonania. I kiedyś, kiedy nie dane było mi jej znać byłem przekonany,
że do takiego wykonywania rozkazów zostałem stworzony. Przerażający, brutalny,
bez względu na jednostkę. Obserwując jak życie w jednej chwili gaśnie na twarzy
Esji z drżeniem palców u obu dłoni przekonałem się natychmiast, jak bardzo
zawiodłem nie tylko ją, ale przede wszystkim siebie. Jak skazałem nas swoją
słabością na ten los, sam, dobrowolnie. Jeśli czymś zasłużyłem sobie na
potępienie, to nie własną niewiarą. Nie setkami tysięcy odebranych żyć, do
których nikt nie dał mi prawa rościć sobie własności. Nawet nie odwróceniem się
plecami do własnego nazwiska, własnego rodu. Na zagładę skazała mnie ta mała,
niepozorna istota. Moim potępieniem będzie to, jak blisko pozwoliłem jej się
zbliżyć i jak chętną i częstą stało się to praktyką. To, jak kazałem jej
cierpieć. Przez własną egoistyczną myśl.
Że czymkolwiek mógłbym zasłużyć na to,
by nazwać Esję swoją.
Nawet w ciemności zauważyłem, jak
kolory znikają z jej twarzy, jak drżenie na moment nasila się, a później
zupełnie gaśnie. Jakby nie zostało jej już nic, tylko ta wiadomość. Jej
pierwsze słowa zupełnie nie miały dla mnie sensu, ale następujący po nich dotyk
sprawił, że pamięć o nich zelżała. Skoncentrowany na każdym kawałku skóry,
który muskały drobne dłonie i palce kapłanki przymknąłem oczy, chcąc zapamiętać
tą chwilę. Ten ciemny namiot przepełniony tyloma emocjami i pragnieniem,
którego nie chciałem nawet formułować w myśl, ani tym bardziej w czyn. Esja nie
była moja. Był ktoś inny. Ktoś, komu ją przeznaczono. Musiałem zdobyć się na
uszanowanie tej makabrycznej świętości.
W milczeniu słuchałem jej słów. Ba,
prawie oddałem im wiarę! Chciałem zgodzić się na ten plan, chciałem przystać na
cokolwiek, co uczyniłoby tą sytuację łatwiejszą. Prawie pozwoliłem sobie na
ukłucie zwodniczej nadziei. Na szczęście dyscyplina, twarda i niezależna od
osądów umysłu przejętego namiętnością nadal stanowiła mój kręgosłup moralny.
Nadal definiowała mnie człowiekiem takim, jakim stworzył mnie świat i to
wojsko.
Chciałbym ci wierzyć, Esjo. Powiedzieć,
że możemy uciec razem, że możemy decydować sami o sobie. Chciałbym cię chronić
przed tym, co na ciebie czeka. Kto na ciebie czeka. Przed salą sypialną i
tronową, przed arystokracją i twoim nowym mężem.
Cień uśmiechu na ułamek sekundy
rozświetlił moją twarz. Z bliska jej oczy były tak jasne i tak łagodne, nawet
kiedy przybierała tą hardą postawę. W jej oczach była stanowczość i oboje
musieliśmy zdawać sobie sprawę, że jeśli tylko bym się na to zgodził, ona
byłaby w stanie to zrobić. I tylko dlatego odsunąłem ją od siebie.
Niespiesznie, ale zdecydowanie. Stłumiłem zalążek kiełkującej obcej emocji.
— Nie — kiedy odezwałem się w końcu, w
moim głosie nie było żadnej ciepłej emocji. Nie było wcześniejszej czułości ani
troski, nie było bliskości. Był rozkaz, twardy, jakby wykuty ze stygnącej
stali. — Nie uciekniesz. Nie odwrócisz się od swojego przeznaczenia. Nigdy nie
pozwolę ci uciec — z tymi słowami na ustach podniosłem się z posłania, odwrócony
plecami. Musiała spodziewać się tej odpowiedzi. Wiedziała, że nastąpi. Prawda?
Była w tym jednak obietnica, pokrętna, niebezpieczna, taka, która wbrew
wcześniejszym myślom jeszcze silniej wiązała mnie z nią samą. — Pamiętasz?
Nigdy już się ode mnie nie uwolnisz — głos zamienił się w złowrogi wręcz szept,
kiedy podszedłem do niewielkiej komody. Ale nie miał na celu jej straszyć.
Nie mogłem teraz dopuszczać do siebie zbyt
wielu emocji. Nie mogłem dać się im złamać, bo byłbym jeszcze gotów dać nam obu
nadzieję. Na ucieczkę, na kilka szczęśliwych dni. Ale później co? Żadne z nas
nie było stworzone do ucieczki i życia niczym zaszczute zwierzęta, do
bestialskiej śmierci zbiegów i dezerterów. Oboje mamy swoją historię do
napisania. Oboje stawimy jej czoła, lepiej lub gorzej zapominając o bólu, który
rodził się w sercu wraz z taką świadomością.
Wyciągnąwszy jeden płaszcz obszyty
futrem i górę od munduru odwróciłem się ponownie do łóżka. Widziałem na nim
zarys Esji, bez wielu szczegółów. Nie zapaliłem mimo tego świecy. Nie chciałem,
żeby któryś z przechodzących patroli pomyślał, że nie śpię.
— Taka musisz już być, co? — zacząłem,
przystając tuż nad krawędzią łóżka. Ton mojego głosu teraz złagodniał
zdecydowanie. Położyłem na futrach płaszcz, a na siebie zarzuciłem drugą część
garderoby. — Wysyłają cię gdzieś, gdzie nigdy wcześniej nie byłaś, targują się
o ciebie niczym o bydło, a ty nadal stawiasz cudze cierpienie ponad swoim. —
Pochyliłem się, nie dbając teraz o zapinanie licznych szlufek i guzików, ani
odpowiednie zawiązanie rzemyków munduru. Dłonią odnalazłem jej twarz, wilgotną
od pojedynczego śladu spłyniętej wcześniej łzy. — Wiesz, ilu ludzi nazwałoby
takie zachowanie głupotą? — zapytałem retorycznie, znowu zniżając głos, mrużąc
oczy, jakby to mogło pomóc mi dostrzec więcej detali w ciemności. — A ty czym
to nazywasz?

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz