czwartek, 1 lutego 2018

CLXII



        Jeśli mogłem czymś… Czymkolwiek, kiedykolwiek, zasłużyć na radość dla tej niepozornie delikatnej, kruchej dziewczyny, nie wiedziałem czym mogło to być. Teraz, kiedy cały niemożliwy do opisania słowami wyraz zniknął z jej twarzy miałem wrażenie, że to mnie ktoś kopnął w splot słoneczny. Oto, czym byłem. Posłańcem złych wieści, stalową dłonią, która miała wykonać rozkazy nie bacząc przy tym na własne poglądy, na własne przekonania. I kiedyś, kiedy nie dane było mi jej znać byłem przekonany, że do takiego wykonywania rozkazów zostałem stworzony. Przerażający, brutalny, bez względu na jednostkę. Obserwując jak życie w jednej chwili gaśnie na twarzy Esji z drżeniem palców u obu dłoni przekonałem się natychmiast, jak bardzo zawiodłem nie tylko ją, ale przede wszystkim siebie. Jak skazałem nas swoją słabością na ten los, sam, dobrowolnie. Jeśli czymś zasłużyłem sobie na potępienie, to nie własną niewiarą. Nie setkami tysięcy odebranych żyć, do których nikt nie dał mi prawa rościć sobie własności. Nawet nie odwróceniem się plecami do własnego nazwiska, własnego rodu. Na zagładę skazała mnie ta mała, niepozorna istota. Moim potępieniem będzie to, jak blisko pozwoliłem jej się zbliżyć i jak chętną i częstą stało się to praktyką. To, jak kazałem jej cierpieć. Przez własną egoistyczną myśl.
        Że czymkolwiek mógłbym zasłużyć na to, by nazwać Esję swoją.
        Nawet w ciemności zauważyłem, jak kolory znikają z jej twarzy, jak drżenie na moment nasila się, a później zupełnie gaśnie. Jakby nie zostało jej już nic, tylko ta wiadomość. Jej pierwsze słowa zupełnie nie miały dla mnie sensu, ale następujący po nich dotyk sprawił, że pamięć o nich zelżała. Skoncentrowany na każdym kawałku skóry, który muskały drobne dłonie i palce kapłanki przymknąłem oczy, chcąc zapamiętać tą chwilę. Ten ciemny namiot przepełniony tyloma emocjami i pragnieniem, którego nie chciałem nawet formułować w myśl, ani tym bardziej w czyn. Esja nie była moja. Był ktoś inny. Ktoś, komu ją przeznaczono. Musiałem zdobyć się na uszanowanie tej makabrycznej świętości.
        W milczeniu słuchałem jej słów. Ba, prawie oddałem im wiarę! Chciałem zgodzić się na ten plan, chciałem przystać na cokolwiek, co uczyniłoby tą sytuację łatwiejszą. Prawie pozwoliłem sobie na ukłucie zwodniczej nadziei. Na szczęście dyscyplina, twarda i niezależna od osądów umysłu przejętego namiętnością nadal stanowiła mój kręgosłup moralny. Nadal definiowała mnie człowiekiem takim, jakim stworzył mnie świat i to wojsko.
        Chciałbym ci wierzyć, Esjo. Powiedzieć, że możemy uciec razem, że możemy decydować sami o sobie. Chciałbym cię chronić przed tym, co na ciebie czeka. Kto na ciebie czeka. Przed salą sypialną i tronową, przed arystokracją i twoim nowym mężem.
         Cień uśmiechu na ułamek sekundy rozświetlił moją twarz. Z bliska jej oczy były tak jasne i tak łagodne, nawet kiedy przybierała tą hardą postawę. W jej oczach była stanowczość i oboje musieliśmy zdawać sobie sprawę, że jeśli tylko bym się na to zgodził, ona byłaby w stanie to zrobić. I tylko dlatego odsunąłem ją od siebie. Niespiesznie, ale zdecydowanie. Stłumiłem zalążek kiełkującej obcej emocji.
        — Nie — kiedy odezwałem się w końcu, w moim głosie nie było żadnej ciepłej emocji. Nie było wcześniejszej czułości ani troski, nie było bliskości. Był rozkaz, twardy, jakby wykuty ze stygnącej stali. — Nie uciekniesz. Nie odwrócisz się od swojego przeznaczenia. Nigdy nie pozwolę ci uciec — z tymi słowami na ustach podniosłem się z posłania, odwrócony plecami. Musiała spodziewać się tej odpowiedzi. Wiedziała, że nastąpi. Prawda? Była w tym jednak obietnica, pokrętna, niebezpieczna, taka, która wbrew wcześniejszym myślom jeszcze silniej wiązała mnie z nią samą. — Pamiętasz? Nigdy już się ode mnie nie uwolnisz — głos zamienił się w złowrogi wręcz szept, kiedy podszedłem do niewielkiej komody. Ale nie miał na celu jej straszyć.
        Nie mogłem teraz dopuszczać do siebie zbyt wielu emocji. Nie mogłem dać się im złamać, bo byłbym jeszcze gotów dać nam obu nadzieję. Na ucieczkę, na kilka szczęśliwych dni. Ale później co? Żadne z nas nie było stworzone do ucieczki i życia niczym zaszczute zwierzęta, do bestialskiej śmierci zbiegów i dezerterów. Oboje mamy swoją historię do napisania. Oboje stawimy jej czoła, lepiej lub gorzej zapominając o bólu, który rodził się w sercu wraz z taką świadomością.
        Wyciągnąwszy jeden płaszcz obszyty futrem i górę od munduru odwróciłem się ponownie do łóżka. Widziałem na nim zarys Esji, bez wielu szczegółów. Nie zapaliłem mimo tego świecy. Nie chciałem, żeby któryś z przechodzących patroli pomyślał, że nie śpię.
        — Taka musisz już być, co? — zacząłem, przystając tuż nad krawędzią łóżka. Ton mojego głosu teraz złagodniał zdecydowanie. Położyłem na futrach płaszcz, a na siebie zarzuciłem drugą część garderoby. — Wysyłają cię gdzieś, gdzie nigdy wcześniej nie byłaś, targują się o ciebie niczym o bydło, a ty nadal stawiasz cudze cierpienie ponad swoim. — Pochyliłem się, nie dbając teraz o zapinanie licznych szlufek i guzików, ani odpowiednie zawiązanie rzemyków munduru. Dłonią odnalazłem jej twarz, wilgotną od pojedynczego śladu spłyniętej wcześniej łzy. — Wiesz, ilu ludzi nazwałoby takie zachowanie głupotą? — zapytałem retorycznie, znowu zniżając głos, mrużąc oczy, jakby to mogło pomóc mi dostrzec więcej detali w ciemności. — A ty czym to nazywasz?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/