Jakże cudownie byłoby go w tej chwili znienawidzić, nazbierać w usta jadu i splunąć nim prosto w niego. Wypisać w głowie wszystkie okropieństwa na które sam siebie skazuje, dopisać i moje i wziąć drugą kartkę, na której widniałaby jedynie cena mojego życia. Wówczas może zobaczyłby ile poświęca dla tego rozkazu, a ile mógłby nam dać, gdyby nie twarda odmowa. Gdyby sam jeden, kilka minut temu przeciął moje gardło, to owszem, plan nie byłby idealny, ale jeśli uciekłabym... byłby kryty, nie zawiniłby, a ja czy torturowana, czy bita, czy palona, nigdy złego słowa bym o nim nie powiedziała. A teraz? Skazuje mnie na życie. Całe życie, w trakcie którego będę się budzić myśląc o tej chwili i zasypiać z nią na ustach. Tyle dni, że nie sposób zliczyć, jak więc może nam to robić? Że też w tej chwili przypomniał sobie, jaka jest jego i moja rola, a przecież sam mnie uczył, by wybiegać dalej. No to jestem, wybiegłam tak daleko i nie chcę się wracać. Nie chcę patrzeć jedynie na horyzont, wyobrażając sobie, co mogłoby tam mnie spotkać.
Chociaż chciałam być na niego zła, to nie mogłam. Jeszcze przyjdzie czas na złość... nie raz i nie dwa. Jeszcze będę się miotać, krzyczeć, obrażać, ale nie teraz. Już na pewno nie w chwili, gdy składa takie deklaracje, w tym namiocie, stojącym pośrodku niczego.
Patrzyłam, jak wyciąga płaszcz i mogłam się jedynie zastanawiać. Panicznie wręcz nie chciałam kończyć tej dzisiejszej rozmowy, nie chciałam stąd wychodzić, oddalać się, zostawać sama. Płaszcz przerażał mnie bardziej, niż sen, który zmusił nogi do przyprowadzenia mnie tutaj. A jednak nic nie powiedziałam, tylko w ciszy obserwowałam, jak się zbliża. Kiedy był w tym stanie, kiedy był żołnierzem, a nie jedynie mężczyzną, nie tak łatwo było mu się sprzeciwić. Wiedział o tym doskonale, miał świadomość swojej potęgi i to sprawiało, że ludzie się go bali. Nawet ja, chociaż równocześnie... moje uczucia były całkiem inne. Ciągnęło mnie do niego, jak ćmę do ognia. Nigdy nie bałam się spalić i nie zacznę się bać. Boję się natomiast zimna, które nadejdzie wraz z chwilą, gdy mi go odbiorą.
Zatrzymał się nade mną, a ja bezczelnie już powiodłam wzrokiem po jego torsie. Tak prosta myśl... podobał mi się. Fizycznie. Po prostu. Wcześniej... umykało to między porankiem, a zmierzchem. Nie było czasu na takie prostoty. Może zwyczajnie nie wiedziałam co to znaczy, że coś ci się podoba, nie sądziłam, że mogę mieć gust, ja wyuczona wszystkiego. Stworzono ze mnie ideał, co miał światu objawiać się pięknem niezarysowanym, a Nevan sprawił, że pokochałam każdą rysę tego świata. Był nieoszlifowany, niczym krzemień, potrafił kaleczyć dłonie, wskrzesić ogień, ogrzać. Los zabawnie z nas zakpił, śmiał się pewnie okrutnie oglądając nasze poczynania. Teraz jednak, kiedy stał przede mną nie dbałam o to, ile bogów nas ogląda. Nie dbałam o nic, tylko o słowa, płynące z jego ust, do mych uszu.
Czy to uśmiech zagościł na mojej twarzy? Chociaż przez łzy i trudy świata. Nie odpowiedziałam, nie oczekiwał tego. Pochylił się nade mną, a mnie ogarnął jego zapach. Zawahałam się, podparłam dłońmi za plecami, jedną układając na płaszczu, który jeszcze chwilę temu tak przykuwał moją uwagę. Cóż, teraz już tego nie robił. Teraz był tylko Nevan, dotykający mojej twarzy, zmniejszający dystans między nami i wypowiadający kolejne pytanie, które sprawiło, że zakuło mnie w piersi.
Rozchyliłam wargi, a w powietrzu dało się usłyszeć mój nierówny oddech. Dotychczas obręcz na szyi jeszcze nigdy aż tak mi nie ciążyła. Nie powinnam mu nigdy odpowiadać na to pytanie. To była moja szansa na opamiętanie się. Wstań, załóż płaszcz, wyjdź. Wstań, załóż płaszcz, wyjdź. ESJO! Jesteś kartą, symbolem, masz rolę, pilnuj się jej. Urodziłaś się dla jakiejś sprawy, dla większej, niż inni, masz swoje zadanie. Nie jesteś dla niego, on ciebie omamił. Zrzuć na niego winę, oczyść się w ten sposób. Bogowie ci to wybaczą. Bogowie przymkną oko... ale ja nie przymknę.
Moje ramiona poruszyły się i odzyskałam równowagę. Pochyliłam się sama w przód, jeszcze bardziej zmniejszając dystans, trzęsąc się jak dziecko, które chce, ale wie, że nie może i nie potrafi, ale mimo to próbuje. Nie umiałam znaleźć słów, gdy moje dłonie uniosły się, by zacisnąć palce na brzegach rozpiętej koszuli, by odnaleźć stabilizację.
- Nie nazywam tego wcale, bo wiesz dobrze, że mi nie wolno - wyszeptałam, niepewnie zaglądając mu w oczy. Był tak blisko. - Łatwiej udawać przed sobą, że nie wiem, nie rozumiem i tego nie widzę. Tak łatwiej zasnąć - słowa te wypuściłam praktycznie w jego wargi, niemalże czując już ich dotyk, smak. - Ale dziś to ty wyrwałeś mnie ze snu i twoim zadaniem jest sprawić, że spokojnie zasnę. Uspokój mnie więc, nim nastanie dla mnie czas bezsenności - dodałam jeszcze, a potem delikatnie dotknęłam jego warg. Znów moja twarz, mimo przeżyć zarumieniła się znacznie.
Byłam zaskoczona, że się na to zdobyłam. Odsunęłam zaraz twarz, jakbym zrobiła coś złego. Nie potrafiłam tak jak on, jak wtedy w jaskini. Nie wiedziałam tak wiele, ale wiedziałam, czego pragnę. Chciałabym móc wyciągnąć ramiona, uchwycić się marzeń i nie puszczać. Dlatego moje nogi nie zamierzały mnie podnieść i wynieść z namiotu. Tam czeka rzeczywistość, a tutaj jeszcze unosi się sen. Piękny, taki, jakim chcę go widzieć.
- Wybacz... znów to na tobie wymusiłam - chciałam jakoś przerwać ciszę, a to były pierwsze słowa, jakie przyszły mi do głowy, chociaż wcale nie czułam się winna, jeśli miałabym być szczera. Mimo to bałam się spojrzeć na jego twarz, jakbym nie miała tam dostrzec tego, co w moim odczuciu powinno się na niej czaić. Czegoś, co chciałabym widzieć tylko w jego oczach, żadnych innych, nie w oczach tego, co mnie kupił i który rości do mnie prawo. Bo ja będę żoną, ale nie własnością swego męża.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz