Zanim zdążyłem się zastanowić, dałem
już porwać się tej ulotnej chwili, bo unosiła się nade mną ciężka świadomość,
że to jedna z niewielu, do jakich mam prawo. I okazję. Spontaniczna część mnie
o której istnieniu do tej pory nie miałem pojęcia wyrwała się z solidnej ramy,
w którą musiała być wcześniej wciśnięta i pognała naprzód, galopem, w obawie że
oprawca zjawi się i ponownie ją zamknie pod kluczem.
Spojrzenie na moment z jasnych,
opalizujących w ciemności oczu otoczonych ciemną oprawą zjechało na dół, na
połyskującą nawet w nieoświetlonym namiocie obręcz zaciśniętą dookoła szyi
swojej właścicielki. To był tylko krótki, nic nie znaczący moment. Teraz mogłem
udawać, że ta ozdoba nie istnieje, że ciało blondynki jest obleczone jedynie w
cienką, białą koszulę nocną normalnie sięgającą zapewne do kostek. Teraz
materiał w wyniku wcześniejszego ataku podwinął się i oboje najwyraźniej nie
poświęcaliśmy temu faktu należnej uwagi.
Krew zaszumiała mi przyjemnie w uszach,
kiedy dziewczyna zbliżyła się gwałtownie, a na mojej twarzy pojawił się krótki,
drapieżny uśmiech. Czy to była prowokacja z mojej strony? Bardzo możliwe.
Patrzyłem prosto, już nie pozwalając sobie na odwrócenie spojrzenia. Esja z
łatwością odbiła rzuconą wcześniej piłeczkę i skierowała kontratak kolejnym
swoim pytaniem. Zanim jednak zdążyłem chociaż zastanowić się na odpowiednią
odpowiedzią na te bezczelne bądź co bądź słowa, ona wykonała kolejny krok. Ten,
na który ja się nie zdobyłem. I być może gdyby nie ta drobna, krótka zachęta nie
zdobyłbym się już wcale.
Westchnąłem cicho, przeciągle. Jej usta
były dokładnie takie same, jak wtedy, ale teraz w całej tej sytuacji było coś
innego. Coś jeszcze.
Ekscytacja, napięcie, które zaczynało
sięgać granic? Pewna swoboda, jaką dawała nam późna pora nocna, samotny, cichy
i ciemny namiot oraz swojego rodzaju bezpieczeństwo. Tego nikt nie zrobił już
dlatego, że wisiało nad nami widmo śmierci. Tego nie można było usprawiedliwić
już w żaden sposób, nie było niczego, za czym jedno z nas mogłoby schować
własne motywy. Tutaj w metaforycznym sensie oboje byliśmy nadzy, zupełnie
szczerzy.
Odchrząknąłem, jeszcze niezupełnie
gotowy, żeby ocknąć się z tego snu, żeby wrócić na jawę, do przykrej, szarej
rzeczywistości, kiedy właśnie tutaj naszej dwójce zdawało się być najlepiej.
— Pozwól, że nauczę cię jeszcze jednej,
bardzo cennej lekcji — przeniosłem akcent na przedostatnie słowo, nie cofnąwszy
się nawet o długość włosa. — Jakiej może udzielić ci mężczyzna taki, jak ja.
Będzie krótko o konsekwencjach wyzywających słów, podczas kiedy siedzi się w
łóżku u tego właśnie mężczyzny z zupełnie odkrytymi nogami niemal do całej
połowy ud.
Zanim te słowa zdążyły zawisnąć w
powietrzu między nami, zanim zdążyły wywołać jakikolwiek efekt, albo chociażby
wygasnąć w przestrzeni, pochyliłem się w przód. Nie czekałem na pozwolenie,
jakby pewny, że albo go dostanę, albo wcale go nie potrzebuję. Materiał dopiero
co ubranego munduru zsunął się z moich ramion, kiedy popchnąłem Esję do tyłu,
tak, żeby zrobiła miejsce dla mnie na twardym posłaniu. Moje usta bez problemu
odnalazły jej wargi, chętne, wilgotne i gorące powodowały, że krew pulsowała
szybko w moim ciele, że zaczynało brakować mi oddechu, a każdy następny
pocałunek był pogłębiony naporem mojego ciała na jej. Wahałem się tylko krótką
chwilę, a później moja chłodna dłoń znalazła się na jej w moim odczuciu
rozpalonym, gorącym udzie. Odruchowo zacisnąłem palce na delikatnej skórze, nie
dbając przy tym o delikatność, zupełnie zapominając, że oto mam przed sobą
filigranową kapłankę. Moje zmysły dotarły do granicy wytrzymałości, a z każdą
natężającą się sekundą eksplodowały coraz bardziej. Uniosłem powieki w gruncie
rzeczy tylko po to, żeby upewnić się co do tego, kto siedzi naprzeciwko mnie,
kto tak chętnie przylega do mojego ciała i wydaje się brać z tej sytuacji co
najmniej tyle, co ja.
Powietrze między nami zgęstniało i
miałem wrażenie, że każde miejsce, którego dotyka Esja wręcz parzy przyjemnie
moją skórę. Uniosłem się lekko, na tyle, by móc nad nią górować, a chwilę
później odsunąłem się nieco i mój wzrok ugrzęzł na wysokości jej szyi, na
błyszczącej ozdobie i symbolu jej niewolnictwa. Moje palce wślizgnęły się
pomiędzy metal a skórę, wypełniając tym samym jedyną przestrzeń, jaka się tam
znajdowała.
Choć oddech jeszcze wcale się nie
ustabilizował, to wiedziałem, że nie mogę wziąć więcej. Że mógłbym sprawić, że
wykrzykiwałaby moje imię, że nie zapomniałaby tej nocy do końca swoich dni, że
byłby to symbol, pamiątka. Ale wiedziałem, że nie mogę posunąć się dalej, bo
inaczej cała jej wartość straci na znaczeniu, a całe nasze poświęcenie stanie
się tylko decyzją dwóch głupców. Nie wiem, dlaczego to przeklęte sumienie i
rozsądek odzywały się w chwilach takich jak ta, ale to robiło się kurewsko
niewygodną praktyką.
— Mógłbym ją rozłupać — szepnąłem
prosto w bok jej twarzy, oddechem muskając ucho i skórę na szyi. — Roznieść na
kawałki, przetopić, rozrzucić niczym stertę złomu — kontynuowałem, sam nie
zastanawiając się, do czego właściwie zmierzam. Czy to było ciągle tylko
fizyczne pragnienie jej posiadania czy może kryło się za tym coś o znacznie
cięższej wartości? — Moglibyśmy próbować na tyle sposobów wyswobodzić cię ze
wszystkiego, ze wszystkich konsekwencji tej ozdoby — podniosłem spojrzenie tak,
żeby znalazło się na wysokości jej oczu. W jasnych oczach krył się trudny do
odczytania dla mnie wyraz. — Ale z nią możesz znacznie więcej.
Głos niemal mi się nie załamał, kiedy
wypowiadałem te ostatnie słowa. Jaką miały wartość i znaczenie teraz, kiedy nie
mogę dostać tego, czego naprawdę pragnę? Co z tego, że możemy uratować setki
tysięcy istnień, podczas gdy sami skażemy się tym samym na cierpienie?
— Możesz położyć kres tej wojnie —
podniosłem dłoń z jej ciepłej skóry na udzie nieco wyżej, niemal na biodro. Nie
zatrzymał mnie przy tym żaden materiał. Drugim ramieniem podpierałem się na
płaszczu wcześniej niedbale rzuconym na posłanie. — W stolicy możesz zakończyć
ten bezsensowny rozlew krwi. Własne szczęście przy tym nie jest wielką ceną —
zakończyłem znacznie pewniejszym tonem głosu.
Naprawdę wierzyłem w to, że mówię
prawdę i mówiłem ją prosto z głębi siebie; wprost od tego małego chłopaczka,
który niegdyś chciał naprawić tory, po których nadal toczył się nasz świat. Nie
umniejszało to jednak wcale konsekwencji, które były przymocowane na tym samym
sznurku. Jeśli go pociągnąć, nie da uratować się żadnej ze składowych, które
się na niego złożyły.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz