piątek, 2 lutego 2018

CLXV



       Z jakiegoś stanu otępienia wyrwały mnie jego słowa, a może zrobiło to już chrząknięcie. W pierwszej chwili chyba nie zrozumiałam co miał na myśli. Lekcja? Zrobiłam coś nie tak, bez wątpienia posunęłam się za daleko i teraz czeka mnie wykład, o tym, co wolno, a czego nie. Musiałam się przygotować, znieść to z dumą, nie pokazać jak bardzo rozczarowana jestem, że moje czyny nie spotkały się z jego aprobatą. Uniosę podbródek i nie będę żałować. Nie, tego nie zrobię. Kierowałam się tym, czego chciałam... tylko, że w chwili, w której ja zbierałam się w sobie po ciosie, on całkowicie zmienił wydźwięk wypowiedzi. Już zapomniałam o uniesionej brodzie, głowa mi opadła, oczy omiotły uda, których faktycznie nie pokrywał materiał. Rumieniec, jeszcze większy, gdy w pośpiechu i odruchowo złapałam za koszulę, chcąc naprawić swój błąd. Wydawało mi się, że robię to szybko, a jednak nie zdążyłam. Nie przed zagraniem Tealvasha. 
        Zachłysnęłam się nagłym pocałunkiem, całkiem innym, niż ten w jaskini, czy ten, który sama przed chwilą skradłam. Jego wargi były miękkie, upajające i zdawały się obejmować całą moją świadomość. Nie wiem, kiedy mnie położył, kiedy byłam na powrót pod jego ciałem, kiedy znów obezwładniło mnie jego ciepło. W pierwszej chwili, chociaż chętna wszystkiego, co mi dawał, zacisnęłam dłonie na skórach, bojąc się ruszyć, jakbym miała coś zepsuć, jakby mój brak wprawy miał zaburzyć idealność tej chwili. Zaraz jednak zapragnęłam uczestniczyć w tym bardziej i bardziej. Nie patrząc na to, jak złe są moje gesty, uniosłam dłonie, potknęłam twardych ramion, zjechałam palcami na łopatki, silne, rozbudowane. Westchnęłam, ciesząc się, że po tym wieczorze nie tylko obraz jego twarzy będzie znany moim palcom. 
       Zadrżałam, czując jego dłoń na swoim udzie. Pierwszy raz ktoś mnie tak dotykał, ktoś przekazywał mi takie emocje. Nie był to mój mąż, nie był to nawet mój narzeczony. Miałam gęsią skórkę, wiedziałam o tym doskonale. Czułam łaskotanie, które prosiło o więcej, uciszało wyrzuty sumienia i rozsądek. Sprawiało, że obręcz na szyi stała się lekka, jak piórko, a znak na plecach nie istniał, wtopił się w skórę, jakby nigdy na niej nie wykwitł. 
        Kiedy się odsunął, potrzebowałam chwili, by zrozumieć dlaczego jego ciało nie przylega już ściśle do mojego. Jak dziecko wybudzone za wcześnie z pięknego snu. Uniosłam powieki, odnalazłam jego twarz w ciemności, widząc z każdą mijającą chwilą więcej szczegółów jego twarzy. On jednak nie patrzył mi w oczy, zatrzymał się niżej, doskonale wiedziałam na czym. Znów wrócił ciężar, który przypomina o sobie przy każdym przełknięciu śliny. Teraz na moment przestałam się poruszać, gdy jego palce wsunęły się pod obręcz, gdzie miejsca wcale nie było tak wiele. Drgnęłam dopiero w chwili, gdy się odezwał, gdy jego oddech objął moje ucho i polik, gdy nosem przeczesał moje włosy. Chętnie, odruchowo wtuliłam się w te słowa, w niego. Wyobrażając sobie, jakby to wyglądało, gdybym jej nie miała na sobie. Może... może gdyby na świątynie napadli zanim by mnie wydano, może wtedy... nie, nie wolno mi. To nic nie da. Takie myślenie sprawi jedynie, że zaboli mocniej, a i tak ból, mimo przyjemności jest nie do zniesienia. Wiem też, że będzie znacznie większy. 
       Gdy zakończył, gdy piękne słowa przykryły prawdy tego świata, znów patrzyłam w jego oczy. W moich musiała czaić się walka. Z jednej strony to, co muszę. Wiem, kim jestem, wiem, że bogowie baczą na każdy mój krok, że mam swoje zadanie, powinność. Z drugiej... poznałam smak marzeń. Poznałam jego smak, zapach, ciepło. Och, gdybym mogła mieć jedno i drugie, gdyby się dało, tak jak mówił. Gdybym mogła urodzić się normalną dziewczyną, to wówczas... wówczas nigdy bym go nie poznała. Los tak z nas zakpił, byśmy nieśli sobie cierpienie. 
       Tym razem, gdy jego dłoń przemierzała moje ciało, gdy zatrzymał się wyżej, niż wcześniej, nie zadrżałam. Może zbyt przytłoczona tą nagłą, ale przecież nieuniknioną zmianą klimatu, jaki panował w namiocie? Przeceniał mnie, czy może na ustach miał prawdę, której tak naprawdę jeszcze żadne z nas nie rozumie. 
       Zwilżyłam wargi, jakbym miała coś powiedzieć, ale nie odezwałam się. Zapanowała chwila ciszy, bo wiedziałam, że mój głos nie zabrzmi pewnie. Wiedziałam, że jak nie dam sobie czasu, to załamię się już przy drugim wypowiedzianym słowie, jeśli uda mi się przebrnąć przez pierwsze. Sekundy więc mijały, przełykałam ślinę, ale nic nie mogłam z siebie wykrzesać. Dopiero po dłuższym czasie, w którym jak się okazało opuszkiem wskazującego palca gładziłam delikatnie jego lewą pierś, uznałam, że muszę coś powiedzieć. 
       - Masz rację... oficerze - bolało. Jakbym wypowiadała rozżarzone węgle, a nie proste słowa. Nie potrafiłam spojrzeć na jego twarz, tylko na mój palec i całe szczęście tors niebędący przebitym. Chociaż swoją wypowiedzią chciałam pokazać, że poradzę sobie z powrotem na odpowiednie tory, to zaraz, jak tylko ciepło mojego oddechu wygasło, zbliżyłam się bardziej, wtuliłam w niego pewniej. Był tutaj dowódcą, nikt bez jego zgody nie wtargnie do namiotu. Mieliśmy chociaż to. Skrawek pewności, przez całym życiem w niedopowiedzeniach i utraconych pragnieniach. 
       - Chciałabym coś zostawić, jakiś ślad po sobie, tak jak ty dałeś mi broń, zbroję... mówisz, że mogę zakończyć wojnę, a nie mogę nawet dać ci czegoś, co ma dla mnie znaczenie... bo nie mam nic - przełknęłam ciężką gulę, zamykając oczy, uspakajając się, nie pozwalając sobie na rozklejenie. - Bo urodziłam się z niczym, tylko ze znakiem, a teraz... jeszcze z obrożą. Taka mam być. Nie wolno mi posiadać, bo wówczas tak jak teraz, nachodzi mnie grzeszna myśl, że mam prawo decydować... a to prawo... - schowałam twarz w jego pierś, przykładając ucho tak, by móc słyszeć bicie jego serca. - Nigdy nie będzie mi dane. 
       Tym razem to ja pogładziłam nosem jego skórę, a gdy zdobyłam się na to, by unieść głowę, już nie byłam smutna. Chociaż oczy świeciły się od łez, które nigdy nie spłyną, to usta wykrzywiłam w uśmiechu, a brodę wsparłam na jego torsie. 
       - Byłoby łatwiej, gdybym wtedy umarła w tej jaskini - przechyliłam lekko głowę na bok, mówiąc lekko, jak o spacerze po lesie. - Pocierpiałbyś nieco, spalilibyście moje ciało, nie modliłbyś się za mnie, prawda? A tak... ja będę się za ciebie modlić każdego dnia, a ty? Boję się, że będziesz ich przeklinał - wzniosłam na moment oczy wyżej, by wiedział, o kim mówię. - Chcę tu zostać do rana. Zasnąć przy tobie i obudzić się patrząc ci w oczy... do męża będę spała tyłem, by nigdy po przebudzeniu nie zobaczyć jego oczu, zanim w pamięci nie odnajdę twoich - powiedziałam spokojnie, już byłam spokojna. Na tą chwilę, na ten moment. Teraz musimy cieszyć się tym, co mamy. Bo mamy tak niewiele... 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/