Tak, jak to miałam w zwyczaju, zarumieniłam się na samą myśl o tym, że miałabym w koszuli nocnej wyjść do ludzi. Szczególnie teraz, kiedy Nevan mnie tak widział czułam, że pokazywanie się w ten sposób przed innymi byłoby czymś wielce nieodpowiednim. Zbyt długo nie musiałam siebie zadręczać tą myślą, bo atmosfera diametralnie się zmieniła. Przy tym mężczyźnie chyba już tak to będzie wyglądać. W pierwszej kolejności był szalonym i przerażającym oficerem, a dopiero w drugiej był... kimś ważnym dla mnie.
Dobrze, że byłam przykryta, bo mimo, iż to miejsce do chłodnych nie należało to przeszły mnie dreszcze. Widocznie nawet po nocy takiej, jaką mieliśmy za sobą zawsze będzie potrafił mnie przestraszyć. Mimo to miałam teraz powody, aby z tym walczyć. Chciałam się nie bać, stawiać mu czoła. Ostatecznie był też tym człowiekiem przy którym czułam się najbezpieczniej, a równocześnie jedynym, który nie traktował mnie z nieco wymuszonym szacunkiem. Nawet teraz, z tak przyjemnie niezręcznej i żartobliwej atmosfery, przeszedł do chłodnego wyrazu. Chociaż jego słowa nie do końca były rozkazem, to oboje wiedzieliśmy, że to nie jest sugestia. Powinnam obiecać... Słowem, powinnam siedzieć grzecznie tam gdzie wskażą mi palcem. Czy czuł się niepewnie, obawiał, że to, co się między nami dzieje równocześnie może mnie zachęcać do przeciągania struny? Wyznaczał granicę? Trudno było mi od razu wszystko zrozumieć, w przeciwieństwie do niego, nie miałam doświadczenia, nie było nic, do czego mogłabym się odnieść. Błądziłam nieco na ślepo, ale właśnie to doprowadziło mnie tu, gdzie jestem teraz, więc może nie byłam na aż tak straconej pozycji.
Jego spojrzenie mnie przygniatało, a kiedy dodatkowo podniósł się nad łóżkiem, czułam się, jak maleńka mrówka, która w walce z kimś takim nie miałaby najmniejszych szans. Przyszła więc mi do głowy pewna myśl, że rozsądnie jest stać z tym gigantem po jednej stronie, ale prawda była taka, że nie chciałam w taki sposób rozgrywać sporów. Lubiłam własne decyzje, poznałam ich smak dzięki niemu, więc teraz bycie całkowicie potulną... byłoby, jak cofanie się w czasie. Do chwili, kiedy byliśmy sobie całkowicie obcy.
Nie powiedziałam mu nic. Nie zdążyłam się pożegnać, chociaż gdybym spróbowała, to czas by się na to znalazł. Teraz jednak miałam wrażenie, że tego nie potrzebujemy. Pożegnania nie są miłe, więc nie chcę by było ich między nami więcej, niż potrzeba. Dlatego też, wbrew temu wszystkiemu, co właśnie powiedział uniosłam delikatnie dłoń, uśmiechając się do niego, nieśmiało i delikatnie, ale było to ostatnim, co zobaczył przed wyjściem na... spotkanie? Nie wiem nawet gdzie poszedł, nie miałam czasu by zapytać, ale pewnie nie było to niczym interesującym, skoro mi nie powiedział sam z siebie.
- "Na litość boską"? Hmm... przynajmniej jestem czynnikiem, który zmusza go do jakiejś interakcji z wami - mruknęłam patrząc w górę, po czym opadłam z powrotem na plecy wzdychając ciężko. Leżałam tak jeszcze całkiem długo, pozwalając sobie na tę chwilę lenistwa. Wstałam ociężale, rozglądając się dookoła, czerpiąc z nowej sytuacji całkiem sporo. Przeżywałam każdy moment budzenia się w jego namiocie. Nim wyszłam zdążyłam kilka razy obejść dookoła każdy kąt. Niegrzecznie poukładałam papiery na stoliku, potem uznałam, że to źle, więc ułożyłam je na powrót w lekkim rozgardiaszu. Ostatecznie uznając, że teraz zobaczy, że je ruszałam, znów je uporządkowałam. Pościeliłam też łóżko i sięgnęłam po płaszcz. Bałam się nieco tego, jak będzie wyglądało moje wyjście, ale ostatecznie po wychyleniu głowy dotarło do mnie, że obóz opustoszał.
***
Nic mi się tu dzisiaj nie składało. Kiedy zapytałam Eliaha gdzie wszyscy się podziali wydawał się zaskoczony moim pytaniem, a potem wolał uciąć temat. Kazał mi się nie martwić i poczekać na powrót żołnierzy. Umywał więc ręce. Miałam złe przeczucia, ale przy tym blondyn zachowywał się przy mnie swobodnie, a poza tym Nevan odszedł z podobnym spokojem. Dzień jednak dzieliłam na różne stadia swojego humoru. Był ten leniwy, gdy grzecznie trzymałam się obozu i zajmowałam tym, co ten mógł mi zaoferować. Był też drugi humor, przeplatający się z tym pierwszym. Ten, który rodził się, gdy dochodziłam do granic obozowiska, bądź gdy stawałam przy rzece. Ten który krzyczał, że skoro go tutaj nie ma, to sama mogę podejmować decyzję. Skoro ja nie wiem, co dzieje się z nim w tej chwili to i on nie musi wiedzieć, co dzieje się ze mną. Mogę być panią własnego losu, dlaczego mam być posłuszna? Nie jestem jego żołnierzem, bo żołnierze wiedzą więcej, a dla mnie informacje są filtrowane.
Teraz była ta chwila złego humoru. Kiedy stałam nad brzegiem rzeki, dokładnie w tym miejscu, w którym Nevan wczorajszego wieczoru brał kąpiel. Zrzuciłam ze stóp buty i weszłam najpierw po kostki. Nie tak ciepła jak myślałam, ale też nie lodowata. W zasadzie przyjemna. Uniosłam nieco materiał sukni i z wyrazem wojowniczej pewności siebie zaczęłam przeć na przód, aby zamoczyć się do kolan, a potem, jeśli będę miała ochotę, to jeszcze bardziej. Nie jestem dzieckiem, umiem się bić, umiem jeździć konno, potrafię znieść widok martwych ciał i potworów, więc jeśli chcę, to nauczę się pływać!
- Odradzałabym przeć tak na przód! - niemalże krzyknęłam z przerażania, kiedy do moich uszu dotarł czyjś głos. Odwracając się, szybko i nieuważnie, odruchowo puściłam materiał spódnicy, a ten zamoczył się od kolan w dół. Teraz jednak nie było to istotne. W zasadzie przez chwilę nie potrafiłam znaleźć w swojej głowie żadnych słów i musiałam wyglądać na przerażoną, bo moja towarzyszka zaśmiała się podchodząc bliżej brzegu. - Spokojnie, nie zamierzam cię wydać - rzuciła nonszalancko, a ja w końcu ruszyłam się z miejsca.
- Nie robię nic złego, więc nie boję się tego, czy ktoś się dowie, czy nie - rzuciłam, gdy wyszłam już z wody. Czy była to prawda? Cóż, póki co wolałam się nad tym nie zastanawiać. Zamiast tego spojrzałam w oczy Aelnei, przypominając sobie, co dziś rano mówił o niej Nevan.
- Faktycznie, tutaj pozwala ci się na więcej, warto więc korzystać, tym bardziej, że niebawem wyjedziesz - jej słowa, jak ciężki głaz uderzyły we mnie boleśnie, chociaż znałam ich treść już od wczoraj. Pokiwałam spokojnie głową, a potem, wbrew rozsądkowi zgodziłam się udać z nią na spacer.
Rozmowa nie kleiła nam się z początku. Może to moja wina, bo nie potrafiłam jej do końca wyczuć. Aelnea jednak się nie zrażała i w którymś momencie mi samej zaczęło być łatwiej. Rozmowa z kobietą, nie sądziłam, że tak mi tego brakuje. Oczywiście nie zamierzałam jej zawierzać w sprawach łatwych, ale tych błahych. Gdy pytała czego się obawiam, czy jest coś o co chciałabym zapytać. Nie musiałam się długo zastanawiać.
- Nie wiem jak... obchodzić się z mężczyznami - przyznałam bez bicia i chociaż ona mogła sądzić, że na myśli mam swego męża, to prawda była taka, że po każdym zamknięciu oczu na ciemnym tle własnych myśli widziałam twarz Tealvasha. W pierwszej chwili odpowiedział mi jej śmiech, więc się speszyłam, ale nie kazała mi długo czekać.
- Nie ma jednego sprawdzonego przepisu - powiedziała luźno, nie szukając długo tych słów. - To wszystko zależy od tego, jaką chcesz być żoną.
- A jaką powinnam być? - kolejne pytanie z mojej strony padło szybko.
- Oni chcą byś była idealna, piękna i posłuszna. Mężczyźni, jak kobiety, są różni. Jedno jednak ich łączy, każdy w jakimś stopniu pożąda władzy. Po to im żony. Jeśli w każdej innej dziedzinie życia im się nie powiedzie, to przynajmniej nad kobietą mogą sobie panować i reperować własne ego - nie brzmiało to zbyt pięknie. W zasadzie skrzywiłam się na myśl o takiej wizji. Nie wiedziałam co powiedzieć, chyba to zauważyła, bo zaraz poczułam jej dłoń na swojej brodzie. Zmusiła mnie do tego, abym spojrzała jej w oczy. Teraz było to jakoś wyjątkowo hipnotyzujące i ciężkie. - Można jednak obejść ten schemat... nie uginać zawsze posłusznie karku. Stawiać własne wymagania. W jednej chwili być delikatnym kwiatuszkiem, usypiać czujność... - mówiła spokojnie, teraz poprawiając kosmyk moich włosów. - ... a w drugiej pokazywać, że kwiatuszki mogą chować się w cierniach, gdy przyjdzie potrzeba - puściła mnie w końcu. - Teraz wybacz mi najświętsza, muszę odnaleźć swego męża i uraczyć go kwiecistym wydaniem - skinęła mi głową i zostawiła mnie samą. Z myślami. Miałam jej nie ufać, wiem doskonale, ale jej słowa... do końca dnia nie potrafiłam się od nich uwolnić. Stale je rozważałam, zastanawiając się, jak najlepiej odnieść je do mojej sytuacji. Gdyby całkowicie nie dało się tego połączyć, byłoby znacznie łatwiej
***
Godziny mijały, a ja nie czułam się lepiej. Nie miałam ochoty już nigdzie chodzić, chciałam jedynie wiedzieć gdzie są wszyscy, ale jedyna osoba do której śmiałam się odezwać, nie udzieliła mi tyle informacji, ile bym chciała. Eliah świetnie potrafił mącić mi w głowie, uśmiechem i miłymi słowami zmuszał mnie do zmiany tematu, nim zdążyłam przejść do rzeczy. Ostatecznie zabronił mi budować w sobie złości, kiedy zaszyłam się w swoim namiocie i niemalże wbrew mojej woli przyciągnął mnie na ognisko. Niektórzy żartowali, inni rozmawiali, a ja wiedziałam, że coś jest nie tak. Było ciemno, a ich nie było! Nadal! To nie był jakiś tam objazd, bez wątpienia! Kiedy już nogi zaczynały mnie boleć od ciągłego podrygiwania usłyszałam ludzi. Bez wątpienia naszych. Największa część mnie chciała się zerwać i biec do stajni, odszukać wśród twarzy tą jedną jedyną, tą do której było mi tak tęskno. Tylko, że wtedy natrafiłam na spojrzenie skryby Tealvasha. To ono sprawiło, że zostałam w miejscu. Czekałam.
Każda sekunda zdawała się trwać dłużej, niż cały ten dzień, a kiedy w końcu się pojawił, wiedziałam, że to on nadchodzi, zanim jeszcze w powietrzu dało się usłyszeć jakikolwiek odgłos kroków. Eliah zerwać się pierwszy, a ja po prostu patrzyłam. Cali i zdrowi? CALI I ZDROWI? Że też o tym nie pomyślałam, że też nie połączyłam faktów. Jego widok, cały we krwi, a jednak stał, do chwili, w której nie miałam pewności, że nic mu nie jest, nie mogłam oddychać. Po chwili zdałam sobie sprawę, że sam jest w jednym kawałku. A co jeśli by nie był? Co jeśliby nie wrócił? Wówczas żyłabym z myślą, że nawet się z nim nie pożegnałam! Jak mógł to zrobić? Dlaczego nikt mi nie powiedział? Teraz stał tutaj, taki dumny, bo wrócił cały.
Podniosłam się z miejsca i ruszyłam w ich kierunku. Akurat gdy byłam już bardzo blisko, Eliah odsunął się nieco od oficera i spojrzał a mnie z uśmiechem. Ja jednak nie uśmiechałam się.
- Widzisz Esjo, mówiłem, żebyś cierpliwie czekała - zażartował, ale mi do śmiechu nie było. Nawet na nich nie spojrzałam. Gdybym spojrzała, mogłoby się coś we mnie złamać, dlatego nie uniosłam spojrzenia, które wlepione było gdzieś przede mną.
- Raduję się z waszego powrotu, pójdę powitać pozostałych - oznajmiłam bez cienia emocji, jakby mój głos został z nich całkowicie wyprany, ale czułam, że była to zapowiedź przed burzą. teraz jednak nie zatrzymawszy się dotarłam do stajni, a tam, chociaż wszyscy byli tej samej świeżości, co Nevan, to niektórzy nie mogli narzekać jedynie na zmęczenie.
- Na bogów! - wrzasnęłam, widząc Lance'a, który właśnie z innym żołnierzem brał pod boki jeszcze jednego, z rozciętym bokiem z którego sączyła się krew.
- Spokojnie najświętsza, to tylko draśnięcie - wybełkotał ranny, dławiąc się przy tym.
- Esjo, to nie jest widok dla ciebie - rzucił Lance, ale ja nie słuchałam, zamiast tego podniosłam hełm, który wypadł żołnierzowi.
- Co wam się stało, ktoś was napadł? - zapytałam, ignorując jego słowa.
- Pfffu, jeszcze czego. To my napadliśmy ich... świetnie to było zaplanowane, to też szkody takie małe - odpowiedział blondyn buńczucznie, a ja otwarłam szerzej oczy. Czyli jednak... nie powiedział mi nic. Miał plany i nic nie powiedział.
Udałam się do medyka wraz z rannymi. Nawet wtedy, gdy zdrowi żołnierze postanowili udać się do ogniska, aby coś zjeść, ja odmówiłam i pomagałam. Mając zajęcie czułam, że złość nie przejmuje nade mną kontroli. Byłam jednak zła. Nie było to wcale takie znane mi uczucie, więc musiałam coś robić, aby się w tym nie zatracić.
Z własnych myśli wybił mnie cudzy dotyk. Podskoczyłam czując dłoń na ramieniu i zaraz zerknęłam na Febiasza.
- Tak?
- Najświętsza. Nie mam prawa ci się sprzeciwiać, więc pozwoliłem ci pomóc, jednak chodzeniem i zamartwianiem się nie poprawisz już ich kondycji. Myślę, że będzie lepiej, jak wrócisz do ogniska - powiedział spokojnie. W zasadzie miał rację. Od piętnastu minut niewiele poza chodzeniem z jednego kąta w drugi zrobiłam. Dlatego nie potrafiłam zaprzeczyć. Spojrzałam na swoje dłonie, krzywiąc się nieco. Nieczęsto miewałam krew na rękach.
- Masz rację. Jakbyś potrzebował pomocy, poślij po mnie - skinęłam mu głową, po czym go wyminęłam, ale nie ruszyłam do ogniska. Coś we mnie buzowało. Był cały, był cały... ale co jeśli by taki nie wrócił? Czy mogłabym mu to wybaczyć? Wróciłam do własnego namiotu, a tam zaraz podeszłam do miski z wodą, pochylając się nad nią.
Dłonie mi się trzęsły. Cała się trzęsłam. Kiedy obmywałam palce wodą, gdy ta barwiła się na czerwono, czułam się jak dziecko, które faktycznie było potulne. Nie wymagało. Nigdy nie wymagałam! Można mnie było trzymać w ramionach, a potem podniesionym tonem przywołać do pionu. Ale ja też mam prawo unosić głos.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz