Triumf, euforia I to przyjemne, nagłe
poczucie jedności nie trwało niestety w nieskończoność. Nie zdążyłem przenieść
uważnego spojrzenia poza twarz Eliaha, nie zauważyłem więc, że ktoś zbliża się
w naszą stronę. Właściwie nie oczekiwałem, żeby ktokolwiek zrobił to zanim
nasza dwójka nieco się od siebie odsunie, dlatego początkowo na mojej twarzy
rozrysowało się zdziwienie. Esja. Tak powiedział blondyn i faktycznie, ona sama
znalazła się zaraz obok nas.
Była także cała i zdrowa.
Westchnąłem, czując jak po same czubki
palców wypełnia mnie spokojne uczucie ulgi. Teraz mogłem oddać się w ręce
zmęczenia, wiedząc, że dziewczyna nie zrobiła nic głupiego, że niczym nie
naraziła się na niebezpieczeństwo. Nie byłem nawet skłonny sądzić, że postąpi
inaczej. Odprowadziłem ją spojrzeniem poza krąg światła, a wraz ze mną nie
tylko stojący obok zastępca, ale także cała reszta towarzystwa zebranego przy
ognisku. Zorientowałem się, że wszyscy ucichli, kilka osób rozpierzchło się;
prawdopodobnie w poszukiwaniu bliskich, którzy udali się na tą wyprawę. Kobiety
zamierzały sprawdzić, czy mężczyźni wrócili cali i zdrowi. Medycy zostali
wezwani do swojego zajęcia. Przy ognisku została jednak zupełnie spokojna,
niewzruszona Aelnea i kilku innych ludzi. Ona z pewnością nie miała w gronie
żołnierzy nikogo, o czyj los mogłaby i chciała się troszczyć.
Dlatego niezbyt pasował mi do tego
wzoru fakt, że Esja również udała się gdzieś w głąb obozu, skoro ja byłem
tutaj. Mimo konsternacji przeniosłem spojrzenie na twarz podwładnego i
przyjaciela, szukając na niej odpowiedzi na to pytanie.
— Nie wychodziła poza granice obozu?
Eliah spokojnie pokręcił głową, ale
radość na jego twarzy zgasła. Stała się taka, jaką pamiętałem ją ostatnimi
czasy. Z pewnością martwił się o dziewczynę, nie było w tym może nawet nic
dziwnego. Mógł ją traktować jak swoje własne dziecko, którego nigdy nie dostał
od losu.
— W takim razie mamy dzisiaj co
świętować — powiedziałem równie spokojnie. Brawura i adrenalina odpływały z
nurtem, a ciepło ogniska i zapach strawy zapraszał do odpoczynku. — Niech ten
wieczór uniesie się zapachem mięsa i piwa, niech wypełni się modlitwami za
tych, którzy wrócili i za tych, którzy polegli. — Uniosłem ramiona odrobinę w
górę.
I zaiste, tak właśnie się stało.
Wydawało mi się nawet, że Eliah rozpromienił się odrobinę. Przy ognisku szybko
znalazła się większość mężczyzn z oddziału, którzy jak muchy do surowego mięsa
lgnęli do rozrywki, chwili przerwy, odpoczynku. Którzy choć na chwilę chcieli
zapomnieć, że jutro przyniesie kolejną walkę ze śmiercią, że ich los nadal leży
w tej samej kapryśnej gamie, że nic się nie zmieniło. Przez jeden wieczór
chcieli być potężnymi zwycięzcami, którzy nie są zmuszeni do myślenia o
przyszłości, a ja zamierzałem im na to pozwolić.
Uniosłem kufel do ust. Zaskakującym
rozczarowaniem było, że ten jest już pusty.
— Dzisiaj wyjątkowo pozwalasz sobie na
więcej, niż zwykle Nevanie — odezwał się Eliah, który musiał dostrzec błysk
niezadowolenia na mojej twarzy.
Zanim zdecydowałem się na odpowiedź,
westchnąłem głęboko i oparłszy dłoń na drewnianej ławce zerknąłem na niego.
Dookoła było stosunkowo gwarnie; mężczyźni rozmawiali podniesionymi głosami,
zapewne opowiadali o dzisiejszej potyczce. Ich nastrój udzielał mi się
zaskakująco łatwo, jakby zmęczenie i alkohol odarły mnie z jednej z wielu
barier.
— Skoro tak twierdzisz — odparłem
zdawkowo.
Między nami zapadła przyjemna cisza.
Trwała dobrych kilka minut, aż w końcu blondyn zdecydował się ją przerwać.
— Esja nie przyłączyła się do
świętowania — zauważył, a później, jakby oczekując jakiejś konkretnej reakcji,
przyglądnął się uważnie mojej twarzy. Nie doczekał się niczego więcej, niż
skinienia głową. Patrzyłem prosto przed siebie, na buchający ciepłem ogień,
niekoniecznie świadom tego, że naprzeciwko mnie siedzi skryba w swojej odważnie
wyciętej sukni, z pewnością skrojonej zgodnie z nową modą. — Podobno siedzi w
namiocie medycznym, pomaga zająć się rannymi.
Z łatwością wychwyciłem w jego głosie
nieznajomą nutę. Jakby obawę.
—
To chyba dobrze — odezwałem się w końcu, przenosząc spojrzenie na jego twarz.
Zniósł ten ciężki wzrok z zadziwiającą łatwością. — Sam wcześniej mówiłeś, że
nudziła się większość dnia. Teraz przynajmniej ma co robić. Zdaje mi się, że
zawsze nie cierpiała bezczynności i traktowania ją tak, jak jej stopień
nakazuje innym ją traktować.
Mojemu rozmówcy albo nie spodobała się
ta odpowiedź (może jej ton?), albo nie widział konieczności odpowiedzi, bo
zamilkł, zajął się ponownie swoim jedzeniem.
We mnie jednak ta wymiana zdań zasiała
niechciane ziarno, które drażniło mnie niczym kawałek szkła wbitego pod
paznokieć. To sprawiało jedynie, że niecierpliwość narastała we mnie z każdą
kolejną chwilą spędzoną przy ognisku. Do tego stopnia, że późnym wieczorem,
kiedy część biesiadujących albo upiła się do nieprzytomności, albo zniknęła z
zasięgu wzroku, sam zdecydowałem się podnieść. Bez słowa wyjaśnienia, na które
i tak nikt ode mnie nie czekał, udałem się w stronę swojego namiotu. Racjonalna
część mnie wyraźnie wskazywała na to, że powinienem się wyspać, bo jutro czeka
mnie trudny dzień, podobny do tego. Ale kiedy tylko znalazłem się we wnętrzu
swojego namiotu, jedno spojrzenie w stronę łóżka dosadnie uświadomiło mi, że
nie będę tu w stanie zasnąć, dopóki nie porozmawiam z Esją i nie zrozumiem jej
problemu.
Energicznym i zaskakująco sprężystym
krokiem dotarłem do jej namiotu, przy którym nie było żadnej straży. Odwołałem
żołnierzy dzisiaj rano. Od teraz nie było kontroli przy jej namiocie. Skoro
nawet ona sama potrafiła wymknąć się ich uwadze, najwyraźniej warta sama w
sobie udowodniła swoją nieprzydatność.
Zatrzymałem się na podeście na krótką
chwilę. Mógłbym wejść bez słowa. Nawet zrobiłbym to, gdyby nie ciche
westchnienie, które niespodziewanie rozległo się za moimi plecami.
Odwróciłem się i moje spojrzenie
trafiło prosto na twarz służki. Zadarłem nieco głowę i z wyraźną pogardą
oceniłem jej stan. Wyglądała lepiej, niż kiedy ją kupowałem. Esja musiała
dobrze się nią opiekować.
— Wejdź i powiedz swojej pani, że chcę
złożyć jej wizytę — wyrzuciłem z siebie, nie patrząc już nawet na nią.
Dziewczyna dygnęła zgodnie z jej
pozycją, po czym prześlizgnęła się obok mnie i weszła do namiotu. Stłumiłem
irytację, którą wzbudziła konieczność czekania. Nienawidziłem marnować w ten
sposób swojego cennego czasu, ale dziewczyna w końcu wychyliła się zza poły
namiotu i lekko skinęła głową. Odsunąłem ją jak i pled jednym zdecydowanym
ruchem, a kiedy znalazłem się w środku, Esja stała przy misce z wodą w słabo
oświetlonym wnętrzu.
Nie uszło mojej uwadze, że jej strój
jest częściowo w krwi, podobnie jak woda w misce była zabarwiona na karminowo.
A więc faktycznie musiała pomagać w namiocie medycznym.
Przez długą chwilę stałem prosto, kilka
kroków od niej, tuż za wejściem do namiotu. Nie zastanawiałem się przez ten
czas, co jej powiedzieć. Nie, strawiłem go na zrozumienie motywów własnego
postępowania. Trudno było dojść jednak do jakichkolwiek wniosków, zwłaszcza
kiedy kapłanka stała tak, prosto, bez żadnego wyrazu na twarzy.
— Jutro będzie wyglądało tak samo —
odezwałem się w końcu, a mój głos był cichy. Dosłyszalny, ale nic ponadto.
Służąca stała pochylona lekko w przód po mojej prawej stronie, jakby niepewna,
czy wyjść, czy zostać. Sam nie wiedziałem, czego tutaj oczekiwać, dlatego nie
rozkazałem jej niczego. W gruncie rzeczy nie należała teraz nawet do mnie. —
Pojutrze, dzień później, codziennie. Od teraz to rutyna tego obozu. Warunki z
dzisiejszego poranka się nie zmieniają.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz