sobota, 10 lutego 2018

CLXX



        Triumf, euforia I to przyjemne, nagłe poczucie jedności nie trwało niestety w nieskończoność. Nie zdążyłem przenieść uważnego spojrzenia poza twarz Eliaha, nie zauważyłem więc, że ktoś zbliża się w naszą stronę. Właściwie nie oczekiwałem, żeby ktokolwiek zrobił to zanim nasza dwójka nieco się od siebie odsunie, dlatego początkowo na mojej twarzy rozrysowało się zdziwienie. Esja. Tak powiedział blondyn i faktycznie, ona sama znalazła się zaraz obok nas.
        Była także cała i zdrowa.
        Westchnąłem, czując jak po same czubki palców wypełnia mnie spokojne uczucie ulgi. Teraz mogłem oddać się w ręce zmęczenia, wiedząc, że dziewczyna nie zrobiła nic głupiego, że niczym nie naraziła się na niebezpieczeństwo. Nie byłem nawet skłonny sądzić, że postąpi inaczej. Odprowadziłem ją spojrzeniem poza krąg światła, a wraz ze mną nie tylko stojący obok zastępca, ale także cała reszta towarzystwa zebranego przy ognisku. Zorientowałem się, że wszyscy ucichli, kilka osób rozpierzchło się; prawdopodobnie w poszukiwaniu bliskich, którzy udali się na tą wyprawę. Kobiety zamierzały sprawdzić, czy mężczyźni wrócili cali i zdrowi. Medycy zostali wezwani do swojego zajęcia. Przy ognisku została jednak zupełnie spokojna, niewzruszona Aelnea i kilku innych ludzi. Ona z pewnością nie miała w gronie żołnierzy nikogo, o czyj los mogłaby i chciała się troszczyć.
        Dlatego niezbyt pasował mi do tego wzoru fakt, że Esja również udała się gdzieś w głąb obozu, skoro ja byłem tutaj. Mimo konsternacji przeniosłem spojrzenie na twarz podwładnego i przyjaciela, szukając na niej odpowiedzi na to pytanie.
        — Nie wychodziła poza granice obozu?
        Eliah spokojnie pokręcił głową, ale radość na jego twarzy zgasła. Stała się taka, jaką pamiętałem ją ostatnimi czasy. Z pewnością martwił się o dziewczynę, nie było w tym może nawet nic dziwnego. Mógł ją traktować jak swoje własne dziecko, którego nigdy nie dostał od losu.
        — W takim razie mamy dzisiaj co świętować — powiedziałem równie spokojnie. Brawura i adrenalina odpływały z nurtem, a ciepło ogniska i zapach strawy zapraszał do odpoczynku. — Niech ten wieczór uniesie się zapachem mięsa i piwa, niech wypełni się modlitwami za tych, którzy wrócili i za tych, którzy polegli. — Uniosłem ramiona odrobinę w górę.
        I zaiste, tak właśnie się stało. Wydawało mi się nawet, że Eliah rozpromienił się odrobinę. Przy ognisku szybko znalazła się większość mężczyzn z oddziału, którzy jak muchy do surowego mięsa lgnęli do rozrywki, chwili przerwy, odpoczynku. Którzy choć na chwilę chcieli zapomnieć, że jutro przyniesie kolejną walkę ze śmiercią, że ich los nadal leży w tej samej kapryśnej gamie, że nic się nie zmieniło. Przez jeden wieczór chcieli być potężnymi zwycięzcami, którzy nie są zmuszeni do myślenia o przyszłości, a ja zamierzałem im na to pozwolić.
        Uniosłem kufel do ust. Zaskakującym rozczarowaniem było, że ten jest już pusty.
        — Dzisiaj wyjątkowo pozwalasz sobie na więcej, niż zwykle Nevanie — odezwał się Eliah, który musiał dostrzec błysk niezadowolenia na mojej twarzy.
        Zanim zdecydowałem się na odpowiedź, westchnąłem głęboko i oparłszy dłoń na drewnianej ławce zerknąłem na niego. Dookoła było stosunkowo gwarnie; mężczyźni rozmawiali podniesionymi głosami, zapewne opowiadali o dzisiejszej potyczce. Ich nastrój udzielał mi się zaskakująco łatwo, jakby zmęczenie i alkohol odarły mnie z jednej z wielu barier.
        — Skoro tak twierdzisz — odparłem zdawkowo.
        Między nami zapadła przyjemna cisza. Trwała dobrych kilka minut, aż w końcu blondyn zdecydował się ją przerwać.
        — Esja nie przyłączyła się do świętowania — zauważył, a później, jakby oczekując jakiejś konkretnej reakcji, przyglądnął się uważnie mojej twarzy. Nie doczekał się niczego więcej, niż skinienia głową. Patrzyłem prosto przed siebie, na buchający ciepłem ogień, niekoniecznie świadom tego, że naprzeciwko mnie siedzi skryba w swojej odważnie wyciętej sukni, z pewnością skrojonej zgodnie z nową modą. — Podobno siedzi w namiocie medycznym, pomaga zająć się rannymi.
        Z łatwością wychwyciłem w jego głosie nieznajomą nutę. Jakby obawę.
        — To chyba dobrze — odezwałem się w końcu, przenosząc spojrzenie na jego twarz. Zniósł ten ciężki wzrok z zadziwiającą łatwością. — Sam wcześniej mówiłeś, że nudziła się większość dnia. Teraz przynajmniej ma co robić. Zdaje mi się, że zawsze nie cierpiała bezczynności i traktowania ją tak, jak jej stopień nakazuje innym ją traktować.
        Mojemu rozmówcy albo nie spodobała się ta odpowiedź (może jej ton?), albo nie widział konieczności odpowiedzi, bo zamilkł, zajął się ponownie swoim jedzeniem.
        We mnie jednak ta wymiana zdań zasiała niechciane ziarno, które drażniło mnie niczym kawałek szkła wbitego pod paznokieć. To sprawiało jedynie, że niecierpliwość narastała we mnie z każdą kolejną chwilą spędzoną przy ognisku. Do tego stopnia, że późnym wieczorem, kiedy część biesiadujących albo upiła się do nieprzytomności, albo zniknęła z zasięgu wzroku, sam zdecydowałem się podnieść. Bez słowa wyjaśnienia, na które i tak nikt ode mnie nie czekał, udałem się w stronę swojego namiotu. Racjonalna część mnie wyraźnie wskazywała na to, że powinienem się wyspać, bo jutro czeka mnie trudny dzień, podobny do tego. Ale kiedy tylko znalazłem się we wnętrzu swojego namiotu, jedno spojrzenie w stronę łóżka dosadnie uświadomiło mi, że nie będę tu w stanie zasnąć, dopóki nie porozmawiam z Esją i nie zrozumiem jej problemu.
        Energicznym i zaskakująco sprężystym krokiem dotarłem do jej namiotu, przy którym nie było żadnej straży. Odwołałem żołnierzy dzisiaj rano. Od teraz nie było kontroli przy jej namiocie. Skoro nawet ona sama potrafiła wymknąć się ich uwadze, najwyraźniej warta sama w sobie udowodniła swoją nieprzydatność.
        Zatrzymałem się na podeście na krótką chwilę. Mógłbym wejść bez słowa. Nawet zrobiłbym to, gdyby nie ciche westchnienie, które niespodziewanie rozległo się za moimi plecami.
        Odwróciłem się i moje spojrzenie trafiło prosto na twarz służki. Zadarłem nieco głowę i z wyraźną pogardą oceniłem jej stan. Wyglądała lepiej, niż kiedy ją kupowałem. Esja musiała dobrze się nią opiekować.
        — Wejdź i powiedz swojej pani, że chcę złożyć jej wizytę — wyrzuciłem z siebie, nie patrząc już nawet na nią.
        Dziewczyna dygnęła zgodnie z jej pozycją, po czym prześlizgnęła się obok mnie i weszła do namiotu. Stłumiłem irytację, którą wzbudziła konieczność czekania. Nienawidziłem marnować w ten sposób swojego cennego czasu, ale dziewczyna w końcu wychyliła się zza poły namiotu i lekko skinęła głową. Odsunąłem ją jak i pled jednym zdecydowanym ruchem, a kiedy znalazłem się w środku, Esja stała przy misce z wodą w słabo oświetlonym wnętrzu.
        Nie uszło mojej uwadze, że jej strój jest częściowo w krwi, podobnie jak woda w misce była zabarwiona na karminowo. A więc faktycznie musiała pomagać w namiocie medycznym.
        Przez długą chwilę stałem prosto, kilka kroków od niej, tuż za wejściem do namiotu. Nie zastanawiałem się przez ten czas, co jej powiedzieć. Nie, strawiłem go na zrozumienie motywów własnego postępowania. Trudno było dojść jednak do jakichkolwiek wniosków, zwłaszcza kiedy kapłanka stała tak, prosto, bez żadnego wyrazu na twarzy.
        — Jutro będzie wyglądało tak samo — odezwałem się w końcu, a mój głos był cichy. Dosłyszalny, ale nic ponadto. Służąca stała pochylona lekko w przód po mojej prawej stronie, jakby niepewna, czy wyjść, czy zostać. Sam nie wiedziałem, czego tutaj oczekiwać, dlatego nie rozkazałem jej niczego. W gruncie rzeczy nie należała teraz nawet do mnie. — Pojutrze, dzień później, codziennie. Od teraz to rutyna tego obozu. Warunki z dzisiejszego poranka się nie zmieniają.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/