piątek, 9 lutego 2018

CLXVIII



        Przez długą chwilę patrzyłem prosto przed siebie, zastanawiając się co też takiego skłoniło ją do tego stwierdzenia. W pierwszym odruchu nie odpowiedziała ani na to, co jej powiedziałem, ani właściwie nawet nie nawiązała do tego, wypominając inną drobną rzecz. W końcu zmarszczyłem ledwo zauważalnie brwi, jakby cisza w namiocie przeciągała się za bardzo, jakby oczywiste już stało się to, że Esja wytrąciła mnie z równowagi tymi prostymi słowami.
        — To normalne, że człowiek przed wyjściem z namiotu najpierw się ubiera — zauważyłem zupełnie poważnie, choć zamierzałem nieco się z nią podrażnić. Zwłaszcza dlatego, że tak swobodnie odparła mój wcześniejszy rozkaz. — Choć ja jeszcze mógłbym chodzić tak po obozie i nie wzbudzać sensacji. Za godzinę znowu zacznie się upał nie do zniesienia. Co innego z tobą, kapłanko, jeśli wyjdziesz tak do moich ludzi, nie sądzę żeby plotkom kiedykolwiek przyszedł po tym kres.
        Po tych słowach podniosłem z ziemi płaszcz, rzucony tam wczorajszej nocy i położyłem go bez poświęcania szczególnej uwagi jego stanowi na łóżku tuż za blondynką.
        Przechyliłem głowę nieco na bok, obserwując jak Esja przekręca się na bok, a później z kolei na plecy, jakby coś nagle zaczęło ją dręczyć. Przy niej wszystkie problemy, poranna narada z moją Gwardią i plany, które zamierzamy wprowadzić w życie już dzisiaj nagle stawały się błahe. Dawała mi niebezpieczną nadzieję, a także jeszcze gorszą chęć na powrót do domu. Doskonale wiedziałem, do czego prowadzi takie przywiązanie i dlaczego żołnierz taki jak ja powinien się go wystrzegać. Wyraz na mojej twarzy zmiękł znacznie, czego ona nie mogła teraz dostrzec, patrząc na sufit. Przyłapałem się na tym, że nie podążam uważnie za jej słowami.
        — Powinnaś obiecać, że będziesz uważna — odezwałem się w końcu, tym razem zupełnie innym tonem, niż wcześniej.
        Tamten był lekki, miał droczyć się z nią, a ten… Bliżej mu było do stalowego miecza, który opadał z łoskotem na ziemię. Zapanowała nieprzyjemna cisza, prawdopodobnie spowodowana moimi słowami. Na twarzy odbiła się surowość tego polecenia, jakby to miało ostatecznie oznaczać, że żarty tutaj się skończyły. Patrzyłem na nią twardo. Jeszcze zanim wszedłem do namiotu, zapadła moja decyzja, że po prostu oświadczę, że nie będzie mnie cały dzień, że nie powiem o żadnym szczególe. Intuicja podpowiadała mi, że tak będzie lepiej. Bezpieczniej dla mnie, dla niej, ale przede wszystkim dla powodzenia zaplanowanej na dzisiaj misji. A wbrew wszystkiemu, co działo się ostatnimi tygodniami rozkazy i dyscyplina nadal były dla mnie wartościami nadrzędnymi. Wbrew temu, że wewnątrz mnie rodziło się powoli coś, co przy odpowiednim traktowaniu i trosce mogło stanowić groźną konkurencję.
        — Zostawiam w obozie kilku zaufanych ludzi, do których możesz się zwrócić, gdybyś coś potrzebowała — powiedziałem, prostując się. Górowałem znacznie nad łóżkiem, tak było mi łatwiej odepchnąć niepotrzebne dla tej sytuacji uczucia. — Gdyby… Nie ufaj Aelnei. Ale jeśli będzie chciała z tobą porozmawiać, powinnaś na to przystać. Może mieć informacje, które będą dla ciebie przydatne.
        Z tymi słowami na ustach odwróciłem się do łóżka. Z prowizorycznego blatu, na którym była rozciągnięta mapa okolic i kilka dokumentów zapisanych moim pismem podniosłem hełm ozdobiony dwoma dużymi, czarnymi rogami. Po raz kolejny zatrzymałem się przy wyjściu z namiotu.
        — I, na litość boską, to nie jest zabawa, Esjo. Nie jesteśmy już na swoich terenach. Tutaj nie jest bezpiecznie — powiedziałem twardo, po raz ostatni mierząc ją długim spojrzeniem. Mój głos nie znosił sprzeciwu.
        Zdradzić mnie mogły jednak oczy, w których błyszczała poszlaka emocji. Przyglądałem się jej długo, bez pośpiechu, choć czas przecież naglił. Żołnierze na pewno zaczęli zbierać się już przy północnym szlaku prowadzącym w stronę granicy, gdzie się wybieraliśmy. Wolałem jednak zapamiętać ten obrazek dokładnie takim, jakim był. Niezakłócony żadną złą emocją, sielankowy, spokojny.
        Wolałem pamiętać, że teraz przecież mam do czego wracać.
        Wyszedłem bez dalszego słowa, a poła namiotu zafalowała pod wpływem silnego odrzucenia. Nie odwróciłem się nawet, kiedy dosięgnąłem stajni. Miałem nadzieję, że Esja wykaże się odpowiednim rozsądkiem i zostanie w namiocie jeszcze jakiś czas, wystarczający, żeby moja jednostka opuściła ulice. Wtedy będzie mogła bezpiecznie udać się do swojego namiotu bez ryzyka, że ktoś nakryje ją w koszuli nocnej, na którą narzuciła mój płaszcz. Przez długą chwilę pozwoliłem sobie jeszcze rozpatrywać jej widok na moim posłaniu, a później przymknąłem powieki. Otoczył mnie gwar i zapach stajni. Kiedy otwierałem oczy, w czerwonych tęczówkach nie zostało nic z ciepła i troski.
        Przywdziawszy lekką zbroję, która umożliwiała poruszanie się wierzchem bez dodatkowego obciążenia i skontrolowawszy swój oddział byłem gotowy do wyjazdu.
        — Oficerze.
        Lance zasalutował niedbale. Wszystko zawsze robił niedbale.
        — Odzyskałeś pełną sprawność ręki? — Złapałem wodze wierzchowca, które mi podał. Był już osiodłany i przygotowany do podróży. Sprawdziłem, czy jego zbroja została poprawnie założona, a później przeniosłem niecierpliwe spojrzenie na żołnierza. — Miałeś zostać w obozie, a tymczasem jesteś tutaj, w pełnej zbroi. Co powiedział medyk?
        Na jego twarzy pojawił się charakterystyczny uśmieszek. On zawsze wszystko bagatelizował. Tak też było teraz, nie miałem wątpliwości.
        — Wszystko ze mną w porządku, to było tylko draśnięcie.
        — Takie które rozdarło ci pół mięśnia — przypomniałem, unosząc jedną brew ku górze.
        — Drobnostki. Jestem gotowy, żeby walczyć, oficerze. Chcę jechać.
        Obszedłem konia dookoła, a później wsadziłem nogę w strzemiono i podniosłem się sprawnie na grzbiet zwierzęcia. Dopiero stamtąd ponownie poświęciłem nieco więcej uwagi blondynowi. Był młody. Porywczy. Zawsze robił coś głupiego, kiedy najmniej tego potrzebowaliśmy. A jednak czułem, że w tej sytuacji go potrzebuję. Nie będzie Eliaha, który ma nadzorować obóz podczas naszej pierwszej, najniebezpieczniejszej wyprawy i wiedziałem, że obecność tego kurewskiego idioty, Lance’a, doda mi swoistej pewności siebie.
        — Zwijaj się, bo cały oddział nie będzie na ciebie czekać.

        Czułem, że boli mnie każdy mięsień mojego ciała, jaki mógłbym sobie wyobrazić. Nawet głowa pulsowała bólem, choć oprócz tępego uderzenia łokciem w hełm nic poważnego mi się nie stało. Koń spokojnie stawiał kopyto za kopytem, a kampania, choć zmęczona również do granic możliwości, jakie może przenieść ludzkie ciało, śpiewała od czasu do czasu wesoło, a nastroje po wygranej bitwie jak zwykle były czymś, dla czego mógłbym żyć. Choć ciało sprzeciwiało się każdemu ruchowi, moja świadomość była ostra niczym nowo wykuty miecz. Ekscytacja zmieszana z adrenaliną sprawiała, że utrzymywałem się prosto na siodle, marząc o porządnej kolacji i kuflu dobrego piwa. Na mojej twarzy nawet wymalował się krzywy uśmiech, kiedy ktoś na przedzie zawołał, że widzi światło z obozu.
        Byłem spokojny. Wiedziałem, że nic złego nie miało prawa się tam stać, kiedy Eliah sprawował władzę, ale dopiero kiedy na własne oczy dostrzegłem kształty namiotów zupełnie się rozluźniłem. A więc to światło ognia z ogniska, a nie płonących namiotów. A więc Esja jest tam i czeka, być może znudzona całodniowym lenistwem?
        Z zadziwiającą lekkością zeskoczyłem z siodła tuż przy stajni. Żołnierze pojawili się na niewielkim, prowizorycznym planu na chwilę po mnie, wypełniając go w zupełności. Znowu powstała przyjemny gwar, stęk żelaza i zbroi, pełen rżenia koni i ludzkich głosów, a nawet śmiechów.
        Zmęczeni, ale nie pokonani.
        Oddałem wierzchowca pod opiekę koniuszego, a później nie czekając na nikogo, ani nie zdejmując zbroi, udałem się w stronę centrum obozowiska.
        Zdjąłem jedynie hełm, a kiedy znalazłem się w zasięgu poświaty ognia rozglądnąłem się dookoła, w poszukiwaniu tych jasnych włosów rozsypujących się w powietrzu, jasnej sukienki i dziewczęcego śmiechu.
        Na moim napierśniku i spodniach, butach oraz rękawicach były wyraźne ślady zastygłej krwi. Teraz jednak nie robiło to na mnie żadnego wrażenia. Byłem głodny jak sami diabli, a w powietrzu unosił się wspaniały zapach. Kucharze przynieśli jedzenie do ognia, a obok stały beczki pełne złocistego napoju. Eliah musiał wszystko przygotować pod naszą nieobecność.
        — Nevanie! — zawołał mężczyzna. Blondyn jako pierwszy spośród ludzi zebranych wkoło ogniska zauważył moje pojawienie się na placyku. Była też Aelnea, jej mąż, a nawet służka Esji. Ona sama siedziała nieco dalej. Cała i zdrowa. Ten widok sprawił, że adrenalina zupełnie ze mnie spłynęła, zostawiając po sobie jedynie zmęczenie. — Jesteście cali i zdrowi — rzucił radośnie Eliah, podchodząc do mnie i kładąc dłoń na ramieniu.
        Był uśmiechnięty, wręcz rozpromieniony. Wszelkie troski, które ostatnio udało mi się zauważać na jego pociętej niewielkimi zmarszczkami twarzy zupełnie zniknęły, rozproszyły się jak chmury pod naciskiem jasnego słońca. Wyglądał na teraz bardziej na młodszego, niż kiedykolwiek wcześniej.
        — Wróciliśmy — potwierdziłem, skinąwszy głową. Odwzajemniłem jego znak i położyłem dłoń na jego ramieniu.
        Trwaliśmy tak przez chwilę, niczym bracia. Niczym kompani połączeni ze sobą stalowym łańcuchem losu. Zaiste, traktowałem go jako kogoś o wiele bliższego memu sercu niż własnego, rodzonego brata.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/