piątek, 2 lutego 2018

CLXVI



        Kiedy byłem już pewny, że Esji nie uda się zobaczyć mojej twarzy bez uprzedniego energicznego ruchu głową, przymknąłem powieki I trwałem tak. Tak długo, jak dziewczyna zarządziła ciszy trwać, nie przerywając, nie pytając. Cierpliwie, z wewnętrznym spokojem czekałem na to, aż będzie gotowa się odezwać albo coś zrobić, zupełnie niewzruszony tym, że może powinno być mi teraz wstyd. Może powinienem prosić bogów o przebaczenie. Tyle tylko, że oni nie byli moimi bogami i nie zamierzałem tego robić ani teraz, ani nigdy. W zupełnej, przenikliwej ciszy bez grama niecierpliwości czekałem na to, co miało nadejść, a czymkolwiek będą te słowa, wiedziałem, że nic się nie zmieni. Nic nie zmieni tej sytuacji ani tego, co mamy.
        Wraz z pierwszymi sylabami uchyliłem powieki; wzrok przyzwyczajony do ciemności trafił na skraj łóżka i na kawałek drewnianej podłogi. Błądził tam przez chwilę, bo umysł zupełnie go nie śledził, skupiony na znaczeniu przekazu formułowanego przez blondwłosą kapłankę.
        Jeśli ktoś kiedyś stwierdziłby, że świat tworzy dwa rodzaje mężczyzn; tych, którzy potrafią walczyć i tych, którzy pięknie mówią, to swoim przykładem przyznałbym mu całą rację. Słowa Esji, tak potwornie prawdziwe i przerażające, zarysowujące perspektywę tego, co nas czeka, kiedy tylko przyślą list ze stolicy z oficjalnym przyzwaniem do niej kapłanki, były też jedocześnie piękne. Na ile piękny może być potwór, który właśnie zamachnął się, żeby jednym precyzyjnym ciosem pozbawić cię głowy rzecz jasna. Pokiwałem głową w jedynym potwierdzeniu jej słów. Uważałem, że dodanie czegokolwiek z mojej strony może przyczynić się jedynie do uproszczenia sprawy do najprostszych słów i prawd. A te oboje znaliśmy już bardzo dobrze. Dlatego pozwoliłem jej mówić, ponownie przymykając oczy i ciesząc się tą chwilą bliskości.
        Zaprzeczyć? Powiedzieć, że jest coś, co mogłaby mi dać. Siebie. Ale nie miałem prawa. Inaczej wszystko, co do tej pory zrobiłem zostałoby skreślone. Wiedziałem, że to karkołomny i rodzący nadzieję pomysł, dlatego zasznurowałem usta na wypadek, gdyby te tak samo jak wcześniej chciały same z siebie powiedzieć za wiele.
        Uśmiechnąłem się wręcz, słysząc jej kolejne słowa, te odmienne, tak pełne spokojnej, uśpionej mocy, że łatwo byłoby ją przeoczyć. Przekręciłem się na bok, a później na plecy i obróciłem głowę tak, żeby jeszcze móc patrzeć na zarys jej twarzy w delikatnym świetle, które filtrowane przez poły namiotu dostawało się do środka. Nie było wystarczająco silne, żeby widzieć detale, ale wystarczało, żeby w mojej pamięci został taki obraz, jakby wymalowany miękkim pędzlem na ciemnym płótnie.
        — Ich przeklinam, odkąd posiadam możliwość rozsądnego osądzania sytuacji — odezwałem się powoli, sącząc słowa z niedestylowanych myśli. Każde obracając w głowie, nad każdym zastanawiając się chwilę. Nie dotarła jeszcze nawet godzina, kiedy księżyc nocy zaczyna się chylić ku zachodowi. Nie spieszyło się nam. Do rana mieliśmy jeszcze dużo czasu. — To więc raczej się nie zmieni, w przeciwieństwie do innej rzeczy. Będę za to przeklinał każdego, kto położy na tobie swoje parszywe ręce. Zgodnie z prawem czy nie, zgodnie z tradycją albo jakąkolwiek inną wartością, w świetle prawdziwej sprawiedliwości nikomu innemu już się to nie będzie należało. — I w moich słowach drzemała spokojna złość. Łagodna i ukojona niczym przestronne morze podczas spokojnego dnia, ale posiadająca swoją niezbadaną głębię. Ostrzeżenie, ale nie kierowane do blondynki; chciałbym, żeby pamiętała o tych słowach, kiedy będzie wychodziła za mąż. Kiedy ten mężczyzna weźmie ją w małżeńskiej komnacie, kiedy będzie zmuszona rodzić jego synów. Chciałbym, żeby świadomość mojego gniewu dla tego mężczyzny, którego nawet nie przyjdzie mi bliżej poznać była jak pierwotny instynkt, który wyznacza drogę.
        W końcu podniosłem dłoń i wyciągnąłem spod siebie płaszcz, a następnie zarzuciłem go na siebie niczym przykrycie na noc. To była niema zgoda na to, żeby została tutaj do rana i oboje zdawaliśmy sobie z tego sprawę bez dalszego komentarza.

        Obudziłem się zanim jeszcze zrobiło się jasno. Tknięty nieznanym przeczuciem od razu odwróciłem się w lewo, choć podskórnie przecież wiedziałem, że tam będzie. Moja dłoń trafiła na kosmyk miękkich włosów, a później na drobne ramię dziewczyny. Nigdy żadna nie została w moim łożu do rana. Och tak, może bywało ich wiele w moim łożu zwłaszcza za czasów, kiedy próbowałem usilnie udowodnić, jak bardzo dojrzały jestem, ale nigdy żadna nie miała pozwolenia zostać w nim do rana. Budząc się z żywą istotą obok czułem się niebezpiecznie; jakby sam fakt oddychającej osoby obok świadczył o mojej słabości. Teraz jednak wcale nie było tak, jak tego oczekiwałem. Poza ziejącą pustką gdzieś na poziomie żołądka nie było ani niecierpliwości ani nawet iskry złości albo niewygody. Przez chwilę wdychałem zapach jej włosów, koszuli nocnej i skóry, aż zdecydowałem się wstać. Nie budząc kapłanki z lekkiego snu wyszedłem na zewnątrz, kiedy tylko założyłem i zapiąłem poprawnie garnitur, wraz z płaszczem, rękawicami i wysokimi do połowy łydki butami od munduru. Żadna nieprawidłowość nie będzie przepuszczona. Ogromna hipokryzja, biorąc pod uwagę, kto jeszcze leży w ciepłym łóżku, nie pozwalając chłodowi poranka zabrać wspomnienia minionej nocy.
        Obchód po terenie obozu nie zajął dużo czasu. Zatrzymałem się jedynie na dłużej przy stajni, gdzie zaraportowano mi o obecności kilku grupek dzikich porozrzucanych po tych terenach i widzianych w nocy, ale poza tym nic się nie działo. Żadnych listów. Żadnych wieści. Nic. A więc tak będą wyglądały kolejne dni? W nieprzyjemnym napięciu oczekiwania na pożółkły pergamin i uldze na wieść, że to jeszcze nie ten dzień, że jeszcze dzisiaj go nie ma. Otrząsnąłem się z nieprzyjemnych myśli i skierowałem kroki do namiotu kapłanki.
        Równo ze świtem stanąłem przed nim, wydając odpowiednie rozkazy pilnującym go żołnierzom, a później wszedłem do środka. Odliczywszy do pięciu z powrotem stanąłem przed wartownikami.
        — Gdzie najświętsza?
        Mój głos był spokojny, ale mężczyźni musieli wiedzieć, że to może być tylko pozór. Żadnego z nich nie kojarzyłem z twarzy, a więc musieli zaciągnąć się całkiem niedawno. Na pewno zanim moje myśli zaczęły krążyć wokół jednego tematu. A to z kolei uświadomiło mi, jak niebezpieczne było moje przesadne zaangażowanie w… W to, czymkolwiek było to między mną a Esją.
        W każdym razie oni mnie kojarzyli, a przynajmniej widzieli odznaki na mundurze i połączyli fakty.
        — Nie wychodziła, oficerze.
        — Więc rozpłynęła się w powietrzu, szeregowy?
        To spowodowało konsternację. Mężczyzna wbrew wszelkiej etykiecie odwrócił się i zaglądnął do namiotu dziewczyny. Niedowierzanie szybko zamieniło się w złość.
        — Następnym razem pilnujcie jej lepiej — warknąłem, nachylając się nad nim i korzystając z przewagi wzrostu — albo wasze głowy będą częścią ozdoby obozu w dole tego wąwozu.
        Odszedłem z tymi słowami na wargach; choć wcale nie miałem ich na myśli, to tamta dwójka nie musiała o tym wiedzieć. Faktem było, że gdyby lepiej wykonywali swoje obowiązki, to nic z wczorajszych wydarzeń nie miałoby miejsca. Odchodząc uśmiechnąłem się pod nosem jednym kącikiem ust i wróciłem do swojej siedziby. Gdy wchodziłem do namiotu, Esja nadal spała. Otworzyłem więc mały sekretarzyk i zacząłem pisać na skrawku papieru krótką wiadomość z informacją, co powinna zrobić, ale kiedy tylko podszedłem do łóżka zauważyłem, że śledzi mnie czujne spojrzenie jasnych tęczówek.
        — Nie śpisz — zauważyłem, przez chwilę balansując na piętach, a później zmiąłem kartkę w dłoni. — Czaisz się z jakiegoś powodu?
        Starałem się, żeby w moim głosie nie dało się zbyt łatwo odczytać żadnej emocji. Chwilę później ugiąłem kolana i przykucnąłem przy pryczy. Niestety, dziewczyna była całkiem uważnie przykryta grubym pledem. Odetchnąłem cicho, przez chwilę walcząc ze sobą. W końcu jednak moje spojrzenie spoczęło na jej oczach. Czy w perspektywie tej nocy było jeszcze coś, co uda mi się przed nią ukryć?
        — Będziesz musiała sama znaleźć sobie dzisiaj zajęcie. Nie przyszła żadna informacja odnośnie wyjazdu, ale nie powinnaś opuszczać obozu. Każdy żołnierz ma ściśle rozdzielone zadania, więc trudno by było znaleźć ci jakąś odpowiednią wartę — zauważyłem, unosząc jedną brew, a później dodałem szybko: — W razie, gdybyś zastanawiała się, czy możesz sobie tutaj swobodnie sama spacerować, od razu zabraniam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/