Kiedy byłem już pewny, że Esji nie uda
się zobaczyć mojej twarzy bez uprzedniego energicznego ruchu głową, przymknąłem
powieki I trwałem tak. Tak długo, jak dziewczyna zarządziła ciszy trwać, nie
przerywając, nie pytając. Cierpliwie, z wewnętrznym spokojem czekałem na to, aż
będzie gotowa się odezwać albo coś zrobić, zupełnie niewzruszony tym, że może
powinno być mi teraz wstyd. Może powinienem prosić bogów o przebaczenie. Tyle
tylko, że oni nie byli moimi bogami i nie zamierzałem tego robić ani teraz, ani
nigdy. W zupełnej, przenikliwej ciszy bez grama niecierpliwości czekałem na to,
co miało nadejść, a czymkolwiek będą te słowa, wiedziałem, że nic się nie
zmieni. Nic nie zmieni tej sytuacji ani tego, co mamy.
Wraz z pierwszymi sylabami uchyliłem
powieki; wzrok przyzwyczajony do ciemności trafił na skraj łóżka i na kawałek
drewnianej podłogi. Błądził tam przez chwilę, bo umysł zupełnie go nie śledził,
skupiony na znaczeniu przekazu formułowanego przez blondwłosą kapłankę.
Jeśli ktoś kiedyś stwierdziłby, że świat
tworzy dwa rodzaje mężczyzn; tych, którzy potrafią walczyć i tych, którzy
pięknie mówią, to swoim przykładem przyznałbym mu całą rację. Słowa Esji, tak
potwornie prawdziwe i przerażające, zarysowujące perspektywę tego, co nas
czeka, kiedy tylko przyślą list ze stolicy z oficjalnym przyzwaniem do niej
kapłanki, były też jedocześnie piękne. Na ile piękny może być potwór, który
właśnie zamachnął się, żeby jednym precyzyjnym ciosem pozbawić cię głowy rzecz
jasna. Pokiwałem głową w jedynym potwierdzeniu jej słów. Uważałem, że dodanie
czegokolwiek z mojej strony może przyczynić się jedynie do uproszczenia sprawy
do najprostszych słów i prawd. A te oboje znaliśmy już bardzo dobrze. Dlatego
pozwoliłem jej mówić, ponownie przymykając oczy i ciesząc się tą chwilą
bliskości.
Zaprzeczyć? Powiedzieć, że jest coś, co
mogłaby mi dać. Siebie. Ale nie miałem prawa. Inaczej wszystko, co do tej pory
zrobiłem zostałoby skreślone. Wiedziałem, że to karkołomny i rodzący nadzieję
pomysł, dlatego zasznurowałem usta na wypadek, gdyby te tak samo jak wcześniej
chciały same z siebie powiedzieć za wiele.
Uśmiechnąłem się wręcz, słysząc jej
kolejne słowa, te odmienne, tak pełne spokojnej, uśpionej mocy, że łatwo byłoby
ją przeoczyć. Przekręciłem się na bok, a później na plecy i obróciłem głowę
tak, żeby jeszcze móc patrzeć na zarys jej twarzy w delikatnym świetle, które
filtrowane przez poły namiotu dostawało się do środka. Nie było wystarczająco
silne, żeby widzieć detale, ale wystarczało, żeby w mojej pamięci został taki
obraz, jakby wymalowany miękkim pędzlem na ciemnym płótnie.
— Ich przeklinam, odkąd posiadam
możliwość rozsądnego osądzania sytuacji — odezwałem się powoli, sącząc słowa z
niedestylowanych myśli. Każde obracając w głowie, nad każdym zastanawiając się
chwilę. Nie dotarła jeszcze nawet godzina, kiedy księżyc nocy zaczyna się
chylić ku zachodowi. Nie spieszyło się nam. Do rana mieliśmy jeszcze dużo
czasu. — To więc raczej się nie zmieni, w przeciwieństwie do innej rzeczy. Będę
za to przeklinał każdego, kto położy na tobie swoje parszywe ręce. Zgodnie z
prawem czy nie, zgodnie z tradycją albo jakąkolwiek inną wartością, w świetle
prawdziwej sprawiedliwości nikomu innemu już się to nie będzie należało. — I w
moich słowach drzemała spokojna złość. Łagodna i ukojona niczym przestronne
morze podczas spokojnego dnia, ale posiadająca swoją niezbadaną głębię.
Ostrzeżenie, ale nie kierowane do blondynki; chciałbym, żeby pamiętała o tych
słowach, kiedy będzie wychodziła za mąż. Kiedy ten mężczyzna weźmie ją w
małżeńskiej komnacie, kiedy będzie zmuszona rodzić jego synów. Chciałbym, żeby
świadomość mojego gniewu dla tego mężczyzny, którego nawet nie przyjdzie mi
bliżej poznać była jak pierwotny instynkt, który wyznacza drogę.
W końcu podniosłem dłoń i wyciągnąłem
spod siebie płaszcz, a następnie zarzuciłem go na siebie niczym przykrycie na
noc. To była niema zgoda na to, żeby została tutaj do rana i oboje zdawaliśmy
sobie z tego sprawę bez dalszego komentarza.
Obudziłem się zanim jeszcze zrobiło się
jasno. Tknięty nieznanym przeczuciem od razu odwróciłem się w lewo, choć
podskórnie przecież wiedziałem, że tam będzie. Moja dłoń trafiła na kosmyk
miękkich włosów, a później na drobne ramię dziewczyny. Nigdy żadna nie została
w moim łożu do rana. Och tak, może bywało ich wiele w moim łożu zwłaszcza za
czasów, kiedy próbowałem usilnie udowodnić, jak bardzo dojrzały jestem, ale
nigdy żadna nie miała pozwolenia zostać w nim do rana. Budząc się z żywą istotą
obok czułem się niebezpiecznie; jakby sam fakt oddychającej osoby obok
świadczył o mojej słabości. Teraz jednak wcale nie było tak, jak tego oczekiwałem.
Poza ziejącą pustką gdzieś na poziomie żołądka nie było ani niecierpliwości ani
nawet iskry złości albo niewygody. Przez chwilę wdychałem zapach jej włosów,
koszuli nocnej i skóry, aż zdecydowałem się wstać. Nie budząc kapłanki z
lekkiego snu wyszedłem na zewnątrz, kiedy tylko założyłem i zapiąłem poprawnie
garnitur, wraz z płaszczem, rękawicami i wysokimi do połowy łydki butami od
munduru. Żadna nieprawidłowość nie będzie przepuszczona. Ogromna hipokryzja,
biorąc pod uwagę, kto jeszcze leży w ciepłym łóżku, nie pozwalając chłodowi
poranka zabrać wspomnienia minionej nocy.
Obchód po terenie obozu nie zajął dużo
czasu. Zatrzymałem się jedynie na dłużej przy stajni, gdzie zaraportowano mi o
obecności kilku grupek dzikich porozrzucanych po tych terenach i widzianych w
nocy, ale poza tym nic się nie działo. Żadnych listów. Żadnych wieści. Nic. A
więc tak będą wyglądały kolejne dni? W nieprzyjemnym napięciu oczekiwania na
pożółkły pergamin i uldze na wieść, że to jeszcze nie ten dzień, że jeszcze dzisiaj
go nie ma. Otrząsnąłem się z nieprzyjemnych myśli i skierowałem kroki do
namiotu kapłanki.
Równo ze świtem stanąłem przed nim,
wydając odpowiednie rozkazy pilnującym go żołnierzom, a później wszedłem do
środka. Odliczywszy do pięciu z powrotem stanąłem przed wartownikami.
— Gdzie najświętsza?
Mój głos był spokojny, ale mężczyźni
musieli wiedzieć, że to może być tylko pozór. Żadnego z nich nie kojarzyłem z twarzy,
a więc musieli zaciągnąć się całkiem niedawno. Na pewno zanim moje myśli
zaczęły krążyć wokół jednego tematu. A to z kolei uświadomiło mi, jak
niebezpieczne było moje przesadne zaangażowanie w… W to, czymkolwiek było to
między mną a Esją.
W każdym razie oni mnie kojarzyli, a
przynajmniej widzieli odznaki na mundurze i połączyli fakty.
— Nie wychodziła, oficerze.
— Więc rozpłynęła się w powietrzu,
szeregowy?
To spowodowało konsternację. Mężczyzna
wbrew wszelkiej etykiecie odwrócił się i zaglądnął do namiotu dziewczyny.
Niedowierzanie szybko zamieniło się w złość.
— Następnym razem pilnujcie jej lepiej
— warknąłem, nachylając się nad nim i korzystając z przewagi wzrostu — albo
wasze głowy będą częścią ozdoby obozu w dole tego wąwozu.
Odszedłem z tymi słowami na wargach;
choć wcale nie miałem ich na myśli, to tamta dwójka nie musiała o tym wiedzieć.
Faktem było, że gdyby lepiej wykonywali swoje obowiązki, to nic z wczorajszych
wydarzeń nie miałoby miejsca. Odchodząc uśmiechnąłem się pod nosem jednym
kącikiem ust i wróciłem do swojej siedziby. Gdy wchodziłem do namiotu, Esja
nadal spała. Otworzyłem więc mały sekretarzyk i zacząłem pisać na skrawku
papieru krótką wiadomość z informacją, co powinna zrobić, ale kiedy tylko
podszedłem do łóżka zauważyłem, że śledzi mnie czujne spojrzenie jasnych tęczówek.
— Nie śpisz — zauważyłem, przez chwilę
balansując na piętach, a później zmiąłem kartkę w dłoni. — Czaisz się z
jakiegoś powodu?
Starałem się, żeby w moim głosie nie
dało się zbyt łatwo odczytać żadnej emocji. Chwilę później ugiąłem kolana i
przykucnąłem przy pryczy. Niestety, dziewczyna była całkiem uważnie przykryta
grubym pledem. Odetchnąłem cicho, przez chwilę walcząc ze sobą. W końcu jednak
moje spojrzenie spoczęło na jej oczach. Czy w perspektywie tej nocy było
jeszcze coś, co uda mi się przed nią ukryć?
— Będziesz musiała sama znaleźć sobie
dzisiaj zajęcie. Nie przyszła żadna informacja odnośnie wyjazdu, ale nie
powinnaś opuszczać obozu. Każdy żołnierz ma ściśle rozdzielone zadania, więc trudno
by było znaleźć ci jakąś odpowiednią wartę — zauważyłem, unosząc jedną brew, a
później dodałem szybko: — W razie, gdybyś zastanawiała się, czy możesz sobie
tutaj swobodnie sama spacerować, od razu zabraniam.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz