Ile czasu minęło od chwili, w której opuściłam ognisko? Całkowicie straciłam jego poczucie, skupiając się na rannych. Robiłam wszystko, aby nie myśleć o Nevanie. Cały ten dzień spędziłam na czynnościach tak błahych, kiedy on ryzykował życie! Powinnam była modlić się o niego, opiekować nim tak, jak on opiekuje się mną, ale nie mogłam, bo zwyczajnie mi nie powiedział, że pod wieczór może już nie wrócić, że istnieje ryzyko, że przyniosą jego ciało na noszach, że następnie będziemy je obmywać, a o świcie spalimy, pozwalając, by jego dusza wraz z popiołem odpłynęła na wietrze. Och, jak on mógł? Nie ma prawa! Nie ma prawa umrzeć przede mną. Teraz to do mnie dotarło, że tak niechętnie myślał o mojej śmierci, a do własnej podchodził tak spokojnie. Czy to nie była hipokryzja? Sama myśl o tym sprawiała, że nie mogłam się uspokoić, a chociaż dłonie miałam już czyste, to nadal je szorowałam, byleby czymś się zająć. Ta cisza w niczym nie pomagała, ale kiedy weszła Mila nie było łatwiej, tym bardziej, gdy usłyszałam jaką informacje przynosi.
Patrzyłam na nią nieco dłużej, niż wymagała tego sytuacja. Wiedziałam, jaką decyzję podejmę, przynajmniej przyszedł. Dziwne, że nie wszedł, że nagle zdobył się na kurtuazję i poprosił służkę o zapowiedź jego osoby. Nie zamierzałam jednak być tak naiwna, aby sądzić, że zaszła w nim jakaś zmiana. W innej sytuacji możliwe, że taka byłaby moja reakcja, ale teraz... teraz byłam zła. Nie znałam tego uczucia, przyznaję, było nowe, może się w nim gubiłam? Jeszcze zła akurat na niego. Tak! Byłam zła na niego za to, że zmusił mnie do bycia na niego złą. Czy to ma sens? Sama nie wiem, ale w zasadzie właśnie tak wyglądała ta sytuacja.
- Zaproś oficera - odezwałam się w końcu i nie musiałam długo czekać, aby zobaczyć Nevana w swoim namiocie. Część mnie chciała do niego podbiec i jeszcze raz sprawdzić, czy wszystko z nim dobrze. Chciała się wtulić i cieszyć jego widokiem. Musiałam uciszyć tą część mnie. Ta część była bowiem częścią ślepego dziecka, a to właśnie Tealvash mnie uczył, że nie mogę nim być. Może odczuwać zatem dumę, bo jak na uczennicę przystało zamierzałam uczynić postęp.
Jego słowa. Och, co to były za słowa! To przyszedł powiedzieć? Zacisnęłam dłonie w pięści do tego stopnia, że poczułam, jak wbijam sobie paznokcie w skórę. Spojrzałam na Milę, a ona skinęła głową. Zrozumiała i opuściła namiot, w którym nastąpiła cisza. Nie odwróciłam jednak spojrzenia. Mierzyliśmy się wzrokiem, jak ogień z wodą. Nie mogłam mu pozwolić, by zamienił mnie w parę. Nie tym razem.
- Dziękuję oficerze - odezwałam się w końcu, a mój głos chyba jeszcze nigdy nie był tak chłodny. To, jak zakończył swoją wypowiedź, tak rzeczowo, jakby chciał mi przypomnieć, że teraz, kiedy już wiem, to mam nie robić głupot, że ja nadal mam być grzeczna, bo grać wbrew zasadom można tylko i wyłącznie jemu! - Że raczyłeś mnie poinformować o planach obozowych. Ostatecznie jestem przecież tylko i wyłącznie waszym gościem, więc nie masz obowiązku nic mi zdradzać. Jestem zatem zaszczycona, że teraz już wiem, co się z wami będzie działo - mówiłam, ale z każdym moim słowem spokój ustępował, powolne tempo przyspieszało. Miałam wrażenie, że przyjemny chłód powietrza również odchodził pod naporem kipiących we mnie emocji.
Nie wytrzymałam. Musiałam się ruszyć, ale namiot nie był duży, więc przeszłam bez celu kilka kroków do łóżka i z powrotem. Tak kilka razy, układając sobie wszystko w głowie. Musiałam oddychać, to najważniejsze. oddychaj. Tylko, że w chwili, w której myślałam, że już jest dobrze, kiedy zatrzymałam się przy swoim posłaniu i spojrzałam na niego, znów się we mnie coś poderwało. Myśl, że mogłoby tu go nie być! Że jedyne, co go tu przywiodło to szczęście, którego widocznie miałam dziś więcej, niż rozumu.
- Tylko to przyszedłeś powiedzieć? Po całym tym dniu naprawdę tylko to chcesz mi powiedzieć? Że jutro będzie wyglądało tak samo? Mylisz się! Jutro będzie całkiem innym dniem, bo będę wiedziała, co się dzieje! Bo nikt nie będzie przede mną zatajał prawdy! Całe życie żyłam pod kopułom niedopowiedzeń! - zawołałam, nie mogąc się powstrzymać. Jego widok, takiego formalnego tylko podnosił mi ciśnienie. Nie wiedziałam, jak sobie z tym radzić. Byłam zwyczajnie roztrzęsiona.
Zatrzymałam na nim spojrzenie. Zjechałam niżej, na ślady krwi na jego ubraniu. Nie jego krwi, ale co jeśli wyglądałoby to inaczej? Bogowie, ta myśl powracała w każdej sekundzie i nie radziłam z nią sobie. Nie umiałam jej ubrać w słowa, załagodzić, uciszyć.
- Gdybyś nie wrócił... - powiedziałam w końcu, niby spokojniej, ale wtedy moja dłoń porwała coś, co miała pod ręką. Jak się okazało, była to poduszka, która zaraz poleciała w jego stronę. Wpadłam w jakąś furię. - Gdybyś nie wrócił, nie miałabym nawet okazji się pożegnać!!! Zostawiłbyś mnie na tym świecie z myślą, że może dało się temu zapobiec, że może moja ingerencja coś by zmieniła! Nigdy bym ci tego nie wybaczyła, rozumiesz? Jak mogłeś mi nie powiedzieć? Dlaczego mi nie powiedziałeś?! Gdybym ciebie straciła... jak mogłabym spojrzeć w lustro, jak miałabym żyć? - w międzyczasie do poduszki dołączył jeszcze jakiś bukłaczek z wodą, niezapalona świeczka, kilka papierów, które nie doleciały do celu. Nawet buciki zdążyłam zdjąć i cisnąć nimi w niego, a kiedy amunicji zwyczajnie zabrakło wrzasnęłam głośno i niewiele myśląc klęknęłam na ziemi, chowając twarz w kolanach.
Te emocje, które przy rannych udało mi się tak świetnie opanować, teraz wzięły nade mną górę. Byłam zmęczona, na pewno nie tak jak on, ale jednak. Poza tym nie tyle fizycznie, co psychicznie. Myśl, że mogłabym go stracić właśnie teraz, gdy przed bogami bezwstydnie przyznawałam w myślach, że już go mam. Gdyby wiedział ile kosztowało mnie to, żeby go minąć tam przy ognisku. Jak ciężka była dla mnie ta sytuacja. Czy coś by to zmieniło?
- Kazałeś mi dziś rano obiecać, że będę uważna. Nie zrobiłam tego - powiedziałam wplątując swoje dłonie we włosy. Mój głos nie był już jednak tak poniesiony i waleczny, sączyła się jednak z niego gorycz. Gorycz i jakaś siła, która nakazywała nie bagatelizować tego, co ma nadejść. Czułam sama, że nie mówię byle tam frazy, ale, że to, co zaraz opuści moje usta będzie miało moc sprawczą. Klnę się na bogów, że nie są to zdania wypowiadane w akcje rozgoryczenia. Dlatego też zdobyłam się do tego, by unieść głowę. - Teraz jednak złożę ci obietnicę, biorąc na świadków ciebie i całe boskie grono. Przysięgam, że w chwili, w której dowiem się o twojej śmierci, niezależnie kiedy to nastąpi, natychmiast odbiorę sobie własne życie. Nie pozwolę ci odejść bez słowa, bez pożegnania. Nie pozwolę ci umrzeć z myślą, że przynajmniej ja jestem bezpieczna i tak, to jest okrutna kara, więc przysięgnij, że wrócisz... jutro, pojutrze, dzień później, codziennie - zacytowałam jego własne słowa. A kiedy zebrało się już zbyt dużo, gdy zaczęło ulatywać, a ja poczułam się taka słaba w tym wszystkim, załamałam ręce, wykrzywiając twarz. - Przysięgnij, że zawsze do mnie wrócisz i że już nigdy nie odejdziesz bez pożegnania - zakończyłam, czując, że tak naprawdę ta obietnica nie zastąpi mi myśli, że jest bezpieczny.
Czy właśnie tak będę karana? W chwili w której dostałam tyle szczęścia, los pokazał mi, że szczęście nie jest nam pisane, że za każdą przeszkodą stoją już dwie następne. Mimo to nie poddam się. Choćbym miała brodzić w tysiącach kłód rzucanych mi pod nogi, nie ulegnę! Nie chcę iść na łatwiznę, nie chcę wygody i tego, co na wyciągnięcie ręki. Bogowie, mogę cierpieć, mogę mieć życie wypełnione milionem nieprzyjemności, jeśli jedynym szczęściem ma być on, zniosę wszystko. Tylko niech będzie. Dla mnie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz