piątek, 16 lutego 2018

CLXXII



        Obserwowałem ją uważnie, kątem oka. Spojrzenie wbiłem gdzieś pomiędzy nią a łóżko. Dla ostrożności. I to nie swojej. Nie chciałbym zrobić czegoś… Nie chciałbym posunąć się o ten krok za daleko, którego mógłbym później żałować. Prawda; zacisnąłem dłonie najmocniej, jak mi się udało i założyłem ramiona za plecami, zachowałem nawet poważny, oficjalny wyraz twarzy jak i postawę godną takiej sytuacji. Wewnątrz mnie jednak buchały snopy iskier niczym z wielkiego pieca, w którym wypala się stal na broń i oręż. Dlatego dla jej bezpieczeństwa przeniosłem spojrzenie na bok. Jakby mnie to nie dotyczyło. Jakby ona nie próbowała mówić mi, jak mam rozporządzać swoimi ludźmi, sobą. Mi! Moim wojskiem! Walką po to, żeby szlachta w stolicy mogła grzać swoje ciepłe posady, żeby ludzie tacy jak ona mogli siedzieć tam bezpiecznie!
        W końcu umilkła i cisza trwała wystarczająco długo, żebym zdążył zebrać swoje myśli. Z wierzchu skuty lodem o wnętrzu, które chciałoby wybuchnąć postawiłem dwa kroki w jej kierunku, a później kucnąłem przed nią. Nie wiem, o czym myślała. Nie wiem, jak się czuła. Nigdy nie byłem na jej miejscu, nigdy nie musiałem się martwić o więcej, niż samego siebie i ochronę własnych pleców.
        Półleżała więc na ziemi niczym zagadka, której nie potrafiłem ugryźć. Roztrzęsiona, słaba, pokonana. A jednocześnie pełna tej siły, którą chciała prezentować z każdym swoim słowem. Byłem zły. Byłem wściekły za ten wybuch, do którego w mojej ocenie nie miała prawa. Nie łączyło nas nic więcej niż kilka chwil; nic oficjalnego, żadna wspólna wypowiedziana obietnica. Nic, co dawałoby jej w mojej ocenie prawo podnosić na mnie głos w ten sposób.
        A jednocześnie była moją małą kapłanką, słodką i naiwną Esją. Złość napotykała więc na barykadę, jak rozszalałe morze napotyka falochron.
        — I co powiedziałabyś mi na pożegnanie, dzisiaj rano w namiocie? Jakimi słowami zakończyłabyś moje życie, gdybyś chciała przygotować się na wieczną rozłąkę? — Mój głos był spokojny. Pełen siły, ale nie chłodny jak zwykle. Nie był nawet twardy; z zaskoczeniem zaobserwowałem to opanowanie w podobnej sytuacji. — Co takiego zrobiłabyś, żeby chronić mnie przed śmiercią? Co byś zmieniła?
        Wiedziałem, jaka jest odpowiedź. Nie było na tym świecie nic, co powstrzymałoby mnie przed udziałem w walce tej i każdej innej. Nawet ona nie byłaby w stanie stanąć na mojej drodze ku wypełnieniu obowiązków i rozkazów.
        — Twoja ingerencja jest w tym wypadku bez znaczenia — uciąłem, sucho i prosto. Podniosłem się na proste nogi, a później obrzuciłem ją jednym, ostatnim spojrzeniem. — Nie powiedziałem ci, bo wiedziałem, co będziesz chciała zrobić. Powstrzymać mnie przed walką. A może nawet wpadłabyś na pomysł, żeby jechać z nami? Nie możesz stanąć między mną a tym, co muszę… Co chcę robić. Nie pozwolę ci stanąć na tej drodze, która prowadzi mnie na bitwę — mój głos zadrżał, zdradził niechcianą emocję. Był to jednak ułamek sekundy, rzecz, na którą nie zwróciła uwagi.
        Rozlew krwi był jedynym, czemu się poświęciłem. Był moim życiem, integralną częścią, którą nawet Esja nie będzie. Zostanie wydana za mąż, wyrwana z moich rąk, skradziona, rozszarpana… A bitwa? Zawsze będzie o co walczyć, zawsze będzie o co przelewać krew wroga.
        — Jeśli jesteś na tyle naiwna, obiecuj i wierz, w co tylko chcesz. Jeśli chcesz, żeby twoje istnienie nie miało żadnego znaczenia… Sama jesteś jego panią. I jeśli jesteś na tyle głupia, żeby odebrać sobie życie w imię wartości, która nie ma prawa bytu, sądzisz że będę się temu sprzeciwiał? — Odwróciłem się, gotowy odejść. Jej szantaż emocjonalny pobudził tą strunę, która odpowiadała za złość i rozdrażnienie. Nic, jedynie może czas, pozwoli mi ukoić nerwy. Lepiej było tutaj w ogóle nie przychodzić.
        Podszedłem do wyjścia z namiotu. Ta dziewczyna, służąca, na pewno stała tuż obok niego. Z resztą nawet bez specjalnego podsłuchiwania dałoby się usłyszeć krzyki kapłanki i o kilka namiotów odległości.
        Z premedytacją jednak nie obiecałem tego, co starała się wymusić. Słowa nie mają takiego znaczenia, jeżeli w głębi serca naprawdę nie potrafi się potwierdzić ich prawdziwości. A więc kolejne oszczerstwo z moich ust byłoby o jedno za wiele. Potrafiłem oczerniać bogów, z którymi ludzie wiązali sobie życie, ale nie potrafiłem świadomie jej okłamać. Słowa nie mają wartości. Ale czyny tak. Czasami trzeba się zdobyć na coś, na co nikt inny nie potrafiłby.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/