Obserwowałem ją uważnie, kątem oka. Spojrzenie
wbiłem gdzieś pomiędzy nią a łóżko. Dla ostrożności. I to nie swojej. Nie
chciałbym zrobić czegoś… Nie chciałbym posunąć się o ten krok za daleko,
którego mógłbym później żałować. Prawda; zacisnąłem dłonie najmocniej, jak mi
się udało i założyłem ramiona za plecami, zachowałem nawet poważny, oficjalny
wyraz twarzy jak i postawę godną takiej sytuacji. Wewnątrz mnie jednak buchały
snopy iskier niczym z wielkiego pieca, w którym wypala się stal na broń i oręż.
Dlatego dla jej bezpieczeństwa przeniosłem spojrzenie na bok. Jakby mnie to nie
dotyczyło. Jakby ona nie próbowała mówić mi, jak mam rozporządzać swoimi
ludźmi, sobą. Mi! Moim wojskiem! Walką po to, żeby szlachta w stolicy mogła
grzać swoje ciepłe posady, żeby ludzie tacy jak ona mogli siedzieć tam
bezpiecznie!
W końcu umilkła i cisza trwała
wystarczająco długo, żebym zdążył zebrać swoje myśli. Z wierzchu skuty lodem o
wnętrzu, które chciałoby wybuchnąć postawiłem dwa kroki w jej kierunku, a
później kucnąłem przed nią. Nie wiem, o czym myślała. Nie wiem, jak się czuła.
Nigdy nie byłem na jej miejscu, nigdy nie musiałem się martwić o więcej, niż
samego siebie i ochronę własnych pleców.
Półleżała więc na ziemi niczym zagadka,
której nie potrafiłem ugryźć. Roztrzęsiona, słaba, pokonana. A jednocześnie
pełna tej siły, którą chciała prezentować z każdym swoim słowem. Byłem zły.
Byłem wściekły za ten wybuch, do którego w mojej ocenie nie miała prawa. Nie
łączyło nas nic więcej niż kilka chwil; nic oficjalnego, żadna wspólna
wypowiedziana obietnica. Nic, co dawałoby jej w mojej ocenie prawo podnosić na
mnie głos w ten sposób.
A jednocześnie była moją małą kapłanką,
słodką i naiwną Esją. Złość napotykała więc na barykadę, jak rozszalałe morze
napotyka falochron.
— I co powiedziałabyś mi na pożegnanie,
dzisiaj rano w namiocie? Jakimi słowami zakończyłabyś moje życie, gdybyś
chciała przygotować się na wieczną rozłąkę? — Mój głos był spokojny. Pełen
siły, ale nie chłodny jak zwykle. Nie był nawet twardy; z zaskoczeniem zaobserwowałem
to opanowanie w podobnej sytuacji. — Co takiego zrobiłabyś, żeby chronić mnie
przed śmiercią? Co byś zmieniła?
Wiedziałem, jaka jest odpowiedź. Nie
było na tym świecie nic, co powstrzymałoby mnie przed udziałem w walce tej i
każdej innej. Nawet ona nie byłaby w stanie stanąć na mojej drodze ku
wypełnieniu obowiązków i rozkazów.
— Twoja ingerencja jest w tym wypadku
bez znaczenia — uciąłem, sucho i prosto. Podniosłem się na proste nogi, a
później obrzuciłem ją jednym, ostatnim spojrzeniem. — Nie powiedziałem ci, bo
wiedziałem, co będziesz chciała zrobić. Powstrzymać mnie przed walką. A może
nawet wpadłabyś na pomysł, żeby jechać z nami? Nie możesz stanąć między mną a
tym, co muszę… Co chcę robić. Nie pozwolę ci stanąć na tej drodze, która
prowadzi mnie na bitwę — mój głos zadrżał, zdradził niechcianą emocję. Był to
jednak ułamek sekundy, rzecz, na którą nie zwróciła uwagi.
Rozlew krwi był jedynym, czemu się
poświęciłem. Był moim życiem, integralną częścią, którą nawet Esja nie będzie.
Zostanie wydana za mąż, wyrwana z moich rąk, skradziona, rozszarpana… A bitwa?
Zawsze będzie o co walczyć, zawsze będzie o co przelewać krew wroga.
— Jeśli jesteś na tyle naiwna, obiecuj
i wierz, w co tylko chcesz. Jeśli chcesz, żeby twoje istnienie nie miało
żadnego znaczenia… Sama jesteś jego panią. I jeśli jesteś na tyle głupia, żeby
odebrać sobie życie w imię wartości, która nie ma prawa bytu, sądzisz że będę
się temu sprzeciwiał? — Odwróciłem się, gotowy odejść. Jej szantaż emocjonalny
pobudził tą strunę, która odpowiadała za złość i rozdrażnienie. Nic, jedynie
może czas, pozwoli mi ukoić nerwy. Lepiej było tutaj w ogóle nie przychodzić.
Podszedłem do wyjścia z namiotu. Ta
dziewczyna, służąca, na pewno stała tuż obok niego. Z resztą nawet bez
specjalnego podsłuchiwania dałoby się usłyszeć krzyki kapłanki i o kilka
namiotów odległości.
Z premedytacją jednak nie obiecałem
tego, co starała się wymusić. Słowa nie mają takiego znaczenia, jeżeli w głębi
serca naprawdę nie potrafi się potwierdzić ich prawdziwości. A więc kolejne
oszczerstwo z moich ust byłoby o jedno za wiele. Potrafiłem oczerniać bogów, z
którymi ludzie wiązali sobie życie, ale nie potrafiłem świadomie jej okłamać. Słowa
nie mają wartości. Ale czyny tak. Czasami trzeba się zdobyć na coś, na co nikt
inny nie potrafiłby.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz