piątek, 16 lutego 2018

CLXXIII



       Czego się po nim spodziewałam? Myślałam, że się pode mną ugnie? Cóż, liczyłam na to, chyba zapominając na jakiś czas kim tak naprawdę jest ten mężczyzna. Jak on to robił? Jak tak doskonale to w sobie zabijał? Po prostu, bez cienia tęsknoty na twarzy, przestawiał się, wygaszał coś, co w danej chwili nie miało prawa rozświetlać mroków, w których żył, które znał i które lubił. Bezlitosny. Co najgorsze, też dla samego siebie. Musiał kochać, to co wybudował. Pewnie kochał i nienawidził po prawdzie, ale to nieistotne. Ważne, że pokochał... mury, a tam rowy z kolcami i doły ze smołą i fosy, ostre kołki, kolejne mury, baszty, przeszkody. Stawiał je perfekcyjnie, kiedy chciał, zaszywał się w nich, a kiedy tego potrzebował, to kilometry przeszkód przekraczał jednym, lekkim krokiem. A ja? Gdzie mnie w tym wszystkim postawił? W chwili, w których gorycz zbierała się na usta, chciałam wmówić sobie, że tkwię w tej cholernej smole. Brodzę w niej do brzegu, a on czeka z zapaloną strzałą i jeśli będzie trzeba, to spali mnie żywcem. Była to jednak zasługa złości, której potęgi jeszcze nie znałam i która targała emocjami wewnątrz mnie. Byłam już w środku. Byłam bardziej w środku, niż on sam. Odstąpił mi środek i jeszcze wczoraj kochałam to miejsce. Jeszcze wczoraj nie wiedziałam, że gdy będzie chciał tak po prostu zniknie, a ja? Ja nawet pierwszego muru nie przeskoczę? Muszę tkwić w środku... bo środek dla niego i środek dla mnie wygląda inaczej. Jego to po prostu miejsce, mój to pal, który sama objęłam z nabożeństwem, gdy mnie związywał. 
       Jeśli tego wymagałaby sytuacja, czy pozwoliłby mi uschnąć na tym palu? Mogłabym czekać, nawet całe życie, w nadziei, że w końcu wróci, ale bez niej? Prędzej trzaskałabym czołem o drewno tak długo, aż krew nie wylałaby się w dostatecznej ilości. Czy to naprawdę czyniło mnie głupią? Naiwną? Wiedział, jaka jestem. Cisnęło mi się, by wypluć mu w twarz, że widocznie kiepski z niego nauczyciel, albo, że być może sam jest głupcem, skoro w takich kobietach gustuje. Och, wiele niemiłych zdań i słów krążyło mi po głowie, ale tak naprawdę zdławił we mnie całkowicie chęć walki. 
       Nie dotknął mnie, a wgniótł bardziej w podłoże. Tylko po to do mnie podszedł? By mnie tak ukarać? Pokazać, że nie musi krzyczeć, ani niczym rzucać, a może wygrać? Myślał, że nie wiedziałam? 
       Wartość, która nie ma prawa bytu? 
       Nie uniosłam głowy. Ta była ciężko zwieszona, włosy opadały falami, a ich końcówki szurały po nierównej drewnianej podłodze. Dłonie mnie bolały, od małych ziarenek, które musiałam nanieść tu na butach, a które teraz wypełniały przestrzeń między podłożem, a moją skórą. Wisiałam tak, nie zważając zarówno na ból kolan, kręgosłupa, głowy, tych już wspomnianych dłoni... Jedynie słyszałam jak odchodzi. Bez obietnicy. Po prostu. Mogłabym mu pozwolić. Mogłabym znów pozwolić mu wyjść bez pożegnania. Byłoby to tym, na co chciał sobie zasłużyć. Mógłby wtedy w złości powrócić do siebie, a ja mogłabym płakać i nie przespać nocy. Wystarczyłoby, żeby przekroczył próg, ale nim to zrobił, pozbierałam się. 
       Uniosłam głowę. Zwilżyłam usta. Zacisnęłam powieki mocno, po czym otworzyłam je szybko. Paznokcie wgniotłam w drewno pod nimi. Jakbym miała upaść, chociaż już byłam na kolanach. 
       - Powiedziałabym ci, że będę wyczekiwać twojego powrotu, że masz do kogo wrócić - mój głos nie był głośny. W zasadzie był tak boleśnie zachrypnięty po tych wszystkich wrzaskach. Nie. Nie było to niczym odkrywczym, niczym, co mogłoby bez wątpienia odmienić losy świata. Było jednak prawdą. Było prostym pożegnaniem dwójki prostych ludzi, bez ról i wielkich celów. Po prostu. Było to pożegnaniem, jakie chciałabym mu dać, by wiedzieć, nawet gdyby nie wrócił, że umierał nie sam, a z myślą o powrocie do mnie. By nigdy nie myślał, że jest sam. To by wystarczyło mojej duszy, by patrzeć w lustro bez obrazy. 
        Czy chciałabym go powstrzymać przed wymarszem? Oczywiście. Czy chciałabym również jechać? Oczywiście. Czy niezależnie od moich argumentów i tego, że jestem kapłanką, koniec końców i tak zostałabym w tym obozie, a on by pojechał? Oczywiście. 
       - Może moja ingerencja byłaby bez znaczenia. Może jednak... zostałbyś trzydzieści sekund dłużej ze mną i o tyle samo czasu później być wyjechał. W chwili oddania przez wroga śmiercionośnego ciosu nie byłbyś na jego linii, byłbyś pół minuty wcześniej w przestrzeni. Wówczas przeżyłbyś dzięki mnie, chociaż nigdy żadnemu z nas nie przeszłoby przez myśl, że w ogóle śmierć ci groziła. Żadne z nas nie rozważałoby potęgi tych kilkudziesięciu sekund, kilku wymienionych słów przed twoim wyjściem. Po prostu byłbyś, jak teraz. Jeśli jednak nie stałbyś tu teraz przede mną, rozpatrywałabym każdy gest dzisiejszego poranka po stokroć, każdy powiew włosa na wietrze. Wszystko miałoby znaczenie, gdyby mogło oskarżyć mnie we własnych oczach za to, że nie żyjesz. Za to, że nie zrobiłam nic - otarłam dłonią policzek. Było mi ciężko. Cała moja głowa wydawała się ważyć więcej, niż zwykle. 
       - Uznaj więc za głupotę to, że zamiast tutaj czekać, aż moje życie nabierze sensu, aż umrę jako ktoś istotny, wolałabym umrzeć, by szukać czegoś, co w moim odczuciu ma prawo bytu - zakończyłam. Bałam się, że wyjdzie. Bałam się też, że się nie ruszy. Bałam się w zasadzie wszystkiego, bo nie wiedziałam, co teraz. Nie wiedziałam co dalej i jak mam się zachować. 
       Nie wstałam, ale uniosłam nieco mocniej głowę. 
       - Jeśli... jeśli mam znieść to, co na mnie czeka w stolicy, muszę wiedzieć, po co to robię. Nie możesz proszę... nie możesz być moim powodem do życia? Kochasz walkę, masz ją. Ja mam kochać męża i żyć dla niego. Może by mi się to udało, ale sam zniweczyłeś ten plan. Weź odpowiedzialność za to, że odebrałeś mi szansę na moją "ucieczkę" - powiedziałam przez zęby ostatnie słowo. Nagle zyskując nieco na sile. Na pewności. On miał łatwiej! Miał tytuł i w czym się zatracić. Ja miałam bogów, a przez niego grzeszyłam przeciw nim! Miałabym więc męża, może dobrego, może wiodłabym szczęśliwe życie, ale oboje wiemy, że tak się nie stanie! Oboje wiemy, że dla mojego męża nie ma miejsca, czy raczej ja nie mam jak znaleźć się przy miejscu, jakie przygotował żonie. Bo tkwię wciąż przy drewnianym palu. 
       Bo mimo, że chce teraz opuścić mój namiot, to nie chce mnie od niego odwiązać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/