Przymknąłem oczy. W namiocie było
stosunkowo ciemno, ale mój wzrok zdążył przyzwyczaić się do mroku. Mimo
wszystko przymknąłem oczy, jakby to mogło mi pomóc ze wszystkim, co właśnie się
wydarzyło, jakby ciemność przed oczami mogła sprawić, że się od tego skutecznie
odetnę. Cóż… Nie stało się tak. Kiedy tylko zamknąłem powieki, przed oczami
stanął mi widok różnych rzeczy bezczelnie ciskanych w moją stronę, a wtedy
powracała złość. Żywa, świeża, odmładzająca wręcz. Dodawała mi siły, żeby stąd
wyjść, zanim padnie odpowiedź na którekolwiek z moich pytań.
Najwidoczniej zgubna ciekawość i
niepewność o niezrozumiałym źródle zatrzymały mnie w miejscu odrobinę za długo.
Faktycznie, Esja udzieliła odpowiedzi.
I to takiej, której obawiałem się bardziej niż krzyków i manifestacji złości.
Czułem, że powie coś takiego, przed czym sam nie będę potrafił się obronić, że
nie będę mógł schować się za fasadą chłodu, wściekłości, które tak doskonale do
tej pory stanowiły moją tarczę przed innymi emocjami. Uniesiona do poły wyjścia
z namiotu dłoń opadła powoli, jakby w spowolnieniu i grotesce prawdziwego,
zdecydowanego ruchu. Obróciłem lekko głowę tak, żeby móc kątem oka spojrzeć na
nią i na cały bałagan, który jeszcze kilka chwil temu sama stworzyła, a teraz
siedziała pośród niego jak szmaciana lalka, którą ktoś porzucił, przetrząsając
namiot do góry nogami.
Czy do tej pory uważałem, że robię coś
złego? Nie. Może głupotą i zniewagą byłoby uznanie, że robię to dla jej dobra,
ale z pewnością nie sądziłem, że spotka mnie taka reakcja. A więc czy teraz to
się zmieniło? Nie potrafiłem ocenić. Właściwie trudno było mi pojąć cokolwiek z
tego, co właśnie się wydarzyło. Najłatwiej byłoby wyjść w złości. Najprostsze
rozwiązanie było jeszcze chwilę temu na wyciągnięcie ręki, ale teraz wściekłość
i wzburzenie wyblakły, rozwiały się.
Bałem się przywiązania. Jak i poczucia,
że mam do kogo wrócić. To wydzierało z moich szponów chęć walki, to wszystko do
czego zostałem stworzony.
Obróciłem się powoli w jej stronę i
ponownie stanąłem prosto. Zbroja zazgrzytała nieprzyjemnie. Była cała brudna,
zacinała się w niektórych stawach. Cały czułem się jak wykuty z kamienia, który
ktoś nieudolnie starał się wprowadzić w ruch. Zesztywniałe mięśnie dawały o
sobie znać. Wypity wcześniej alkohol i zjedzona solidna kolacja także.
— Nigdy nie możesz tego powiedzieć.
Nie sądziłem, że znajdę w sobie jeszcze
tyle siły, żeby odeprzeć ten widok zupełnie załamanej blondynki, własnego
serca, które… Które bolało niczym pogrążone w nieznanej chorobie i które
podpowiadało głupie scenariusze. Rozsądek wiedział, że tak będzie lepiej.
Nieważne, że to boli. Tak po prosu musi być.
— Nigdy nie możesz dawać mi tak
swobodnie nadziei na to, że mogę do ciebie wracać. Że jesteś moja, że możemy… —
głos powoli niekontrolowanie podnosił
się, zmieniał tempo, niestabilnie falował. Ale później uspokoiłem się na tyle,
żeby powrócić do swojej bezpiecznej skorupy, do przestrzeni, która była moja.
Tylko moja, bez wyjątków. — Nie możemy. Nie ma nas i nigdy nie będzie, a jedyne
co wspólnie będziemy kiedykolwiek posiadać, to kilka skradzionych momentów, jak
złoczyńcy wyjęci spod prawa.
W końcu coś we mnie pękło. Może
poczucie, że tu, gdzie jestem, wewnątrz siebie, to jedyne miejsce, gdzie
naprawdę jestem szczęśliwy, że ta skorupa broni mnie przed całym innym złem… I
odcina od tego, co mogłoby być przecież piękne. Przestąpiłem nad rozrzuconym
pod moimi stopami materiałem. Stal ponownie zgrzytnęła, jakby chciała postawić
barierę, na którą nawet nie zwróciłem uwagi. Przeszedłem nad rozrzuconymi
papierami, pustymi i zapisanymi, świeczkami i jej butami. Zatrzymałem się
ponownie tuż przed nią, spoglądając prosto na zmęczoną, brudną twarz.
Wyciągnąłem przed siebie dłoń. Prosty
gest. Oboje chowaliśmy w cieniu z pewnością więcej niewypowiedzianych słów i
żali, więcej ostrych mieczy, którymi moglibyśmy w siebie rzucić. Teraz jednak
wyciągnąłem do niej dłoń, bo wręcz namacalnym bólem przeszywał mnie ten widok
bezbronnego zwierzątka, które choć jeszcze chwilę temu wierzgało się w klatce,
nie mogło przegryźć żadną siłą stalowych prętów. Nie wiem, czy potrafiłem je
rozchylić. Ale mogłem wyciągnąć dłoń i dać jej siłę, żeby podniosła się na
nogi. Mogłem użyć swojej siły dla nas dwojga, bo chociaż nigdy oficjalnie nie
będzie „nas”, to los uczynił nas w swojej ironii złodziejami.
— Wstań — rozkazałem krótko, i cicho.
Moja ręka nawet nie drgnęła, w oczekiwaniu na wypełnienie tego polecenia.
Powodem do życia? Jeśli mam być powodem
jej śmierci, czy nie powinienem także być i tym? W głowie nie potrafiłem ułożyć
odpowiedzi do jej słów. Obietnicy, przytaknięcia. Wszystko wydawało mi się
puste i płaskie w perspektywie zaplanowanej dla nas przyszłości. Każde słowo
było zbędne w obliczu paskudnego żartu losu, który mnie i ją wybrał na swoje
ofiary.
Wydawało mi się, że nagle zrobiło się
zimno. Zupełnie, jakby z rozpalonej słońcem w zenicie pustyni znaleźlibyśmy się
w jednej z przestronnych, chłodnych i ponurych komnat. Wyraz na mojej twarzy
nie zmienił się, za to zmieniła się cała moja postawa. I wszystko wskazywało na
to, że naprawdę złość spłowiała. Straciła na wartości. Nie odwróciłem wzroku od
jej twarzy nawet, kiedy obok namiotu z charakterystycznym stukotem przeszła
jedna ze straży patrolujących obóz nocą.
— Będę, czym chcesz żebym został, ale
tylko pod jednym warunkiem. — Nie musiała się na to zgadzać. Teraz, dla
odmiany, to ja dyktowałem zasady, chociażby dlatego, że stałem wyżej i mogłem
patrzeć na nią z góry. — Cofniesz wszystkie bzdury dotyczące tego, że zabijesz
się jeśli ja zginę na froncie. Może tobie wydaje się to romantycznie, ale dla
mnie jest niczym kajdany, do których nie zamierzam się przyzwyczajać. Jeśli zginę…
Będziesz wolna od wszystkiego, co ci narzuciłem. — Nabrałem więcej powietrza w
płuca, ale nie zamierzałem jednocześnie dać się jej wtrącić. Gdyby mi
przerwała, mógłbym nigdy nie dokończyć tego, co chciałem powiedzieć. — Jeśli
umrę, będziesz wolna. Musimy się co do tego umówić. Będziesz mogła przestać
uciekać. Będziesz tym, czym świat chciał cię uczynić, zanim spotkałaś mnie na
swojej drodze.
Nagle pochyliłem się, złapałem ją za
ramiona, jakby nawet to niedługie czekanie wyprowadziło mnie z cierpliwości. W
gruncie rzeczy tak nie było; czułem, że ponownie emocje wzbierają na sile. Że
chcę uwierzyć, że mogę do niej wrócić, że możemy być szczęśliwi w takim
układzie, w którym jesteśmy. Chciałbym być wystarczająco słaby, żeby przystać
na takie warunki. Niestety, nie byłem.
Podniosłem ją do pionu, zaciskając
palce na ramionach jeszcze długą chwilę i tym samym pomagając jej ustać, gdyby
nogi odmówiły jej posłuszeństwa.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz