sobota, 17 lutego 2018

CLXXIV



        Przymknąłem oczy. W namiocie było stosunkowo ciemno, ale mój wzrok zdążył przyzwyczaić się do mroku. Mimo wszystko przymknąłem oczy, jakby to mogło mi pomóc ze wszystkim, co właśnie się wydarzyło, jakby ciemność przed oczami mogła sprawić, że się od tego skutecznie odetnę. Cóż… Nie stało się tak. Kiedy tylko zamknąłem powieki, przed oczami stanął mi widok różnych rzeczy bezczelnie ciskanych w moją stronę, a wtedy powracała złość. Żywa, świeża, odmładzająca wręcz. Dodawała mi siły, żeby stąd wyjść, zanim padnie odpowiedź na którekolwiek z moich pytań.
        Najwidoczniej zgubna ciekawość i niepewność o niezrozumiałym źródle zatrzymały mnie w miejscu odrobinę za długo.
        Faktycznie, Esja udzieliła odpowiedzi. I to takiej, której obawiałem się bardziej niż krzyków i manifestacji złości. Czułem, że powie coś takiego, przed czym sam nie będę potrafił się obronić, że nie będę mógł schować się za fasadą chłodu, wściekłości, które tak doskonale do tej pory stanowiły moją tarczę przed innymi emocjami. Uniesiona do poły wyjścia z namiotu dłoń opadła powoli, jakby w spowolnieniu i grotesce prawdziwego, zdecydowanego ruchu. Obróciłem lekko głowę tak, żeby móc kątem oka spojrzeć na nią i na cały bałagan, który jeszcze kilka chwil temu sama stworzyła, a teraz siedziała pośród niego jak szmaciana lalka, którą ktoś porzucił, przetrząsając namiot do góry nogami.
        Czy do tej pory uważałem, że robię coś złego? Nie. Może głupotą i zniewagą byłoby uznanie, że robię to dla jej dobra, ale z pewnością nie sądziłem, że spotka mnie taka reakcja. A więc czy teraz to się zmieniło? Nie potrafiłem ocenić. Właściwie trudno było mi pojąć cokolwiek z tego, co właśnie się wydarzyło. Najłatwiej byłoby wyjść w złości. Najprostsze rozwiązanie było jeszcze chwilę temu na wyciągnięcie ręki, ale teraz wściekłość i wzburzenie wyblakły, rozwiały się.
        Bałem się przywiązania. Jak i poczucia, że mam do kogo wrócić. To wydzierało z moich szponów chęć walki, to wszystko do czego zostałem stworzony.
        Obróciłem się powoli w jej stronę i ponownie stanąłem prosto. Zbroja zazgrzytała nieprzyjemnie. Była cała brudna, zacinała się w niektórych stawach. Cały czułem się jak wykuty z kamienia, który ktoś nieudolnie starał się wprowadzić w ruch. Zesztywniałe mięśnie dawały o sobie znać. Wypity wcześniej alkohol i zjedzona solidna kolacja także.
        — Nigdy nie możesz tego powiedzieć.
        Nie sądziłem, że znajdę w sobie jeszcze tyle siły, żeby odeprzeć ten widok zupełnie załamanej blondynki, własnego serca, które… Które bolało niczym pogrążone w nieznanej chorobie i które podpowiadało głupie scenariusze. Rozsądek wiedział, że tak będzie lepiej. Nieważne, że to boli. Tak po prosu musi być.
        — Nigdy nie możesz dawać mi tak swobodnie nadziei na to, że mogę do ciebie wracać. Że jesteś moja, że możemy… — głos powoli  niekontrolowanie podnosił się, zmieniał tempo, niestabilnie falował. Ale później uspokoiłem się na tyle, żeby powrócić do swojej bezpiecznej skorupy, do przestrzeni, która była moja. Tylko moja, bez wyjątków. — Nie możemy. Nie ma nas i nigdy nie będzie, a jedyne co wspólnie będziemy kiedykolwiek posiadać, to kilka skradzionych momentów, jak złoczyńcy wyjęci spod prawa.
        W końcu coś we mnie pękło. Może poczucie, że tu, gdzie jestem, wewnątrz siebie, to jedyne miejsce, gdzie naprawdę jestem szczęśliwy, że ta skorupa broni mnie przed całym innym złem… I odcina od tego, co mogłoby być przecież piękne. Przestąpiłem nad rozrzuconym pod moimi stopami materiałem. Stal ponownie zgrzytnęła, jakby chciała postawić barierę, na którą nawet nie zwróciłem uwagi. Przeszedłem nad rozrzuconymi papierami, pustymi i zapisanymi, świeczkami i jej butami. Zatrzymałem się ponownie tuż przed nią, spoglądając prosto na zmęczoną, brudną twarz.
      Wyciągnąłem przed siebie dłoń. Prosty gest. Oboje chowaliśmy w cieniu z pewnością więcej niewypowiedzianych słów i żali, więcej ostrych mieczy, którymi moglibyśmy w siebie rzucić. Teraz jednak wyciągnąłem do niej dłoń, bo wręcz namacalnym bólem przeszywał mnie ten widok bezbronnego zwierzątka, które choć jeszcze chwilę temu wierzgało się w klatce, nie mogło przegryźć żadną siłą stalowych prętów. Nie wiem, czy potrafiłem je rozchylić. Ale mogłem wyciągnąć dłoń i dać jej siłę, żeby podniosła się na nogi. Mogłem użyć swojej siły dla nas dwojga, bo chociaż nigdy oficjalnie nie będzie „nas”, to los uczynił nas w swojej ironii złodziejami.
        — Wstań — rozkazałem krótko, i cicho. Moja ręka nawet nie drgnęła, w oczekiwaniu na wypełnienie tego polecenia.
      Powodem do życia? Jeśli mam być powodem jej śmierci, czy nie powinienem także być i tym? W głowie nie potrafiłem ułożyć odpowiedzi do jej słów. Obietnicy, przytaknięcia. Wszystko wydawało mi się puste i płaskie w perspektywie zaplanowanej dla nas przyszłości. Każde słowo było zbędne w obliczu paskudnego żartu losu, który mnie i ją wybrał na swoje ofiary.
      Wydawało mi się, że nagle zrobiło się zimno. Zupełnie, jakby z rozpalonej słońcem w zenicie pustyni znaleźlibyśmy się w jednej z przestronnych, chłodnych i ponurych komnat. Wyraz na mojej twarzy nie zmienił się, za to zmieniła się cała moja postawa. I wszystko wskazywało na to, że naprawdę złość spłowiała. Straciła na wartości. Nie odwróciłem wzroku od jej twarzy nawet, kiedy obok namiotu z charakterystycznym stukotem przeszła jedna ze straży patrolujących obóz nocą.
        — Będę, czym chcesz żebym został, ale tylko pod jednym warunkiem. — Nie musiała się na to zgadzać. Teraz, dla odmiany, to ja dyktowałem zasady, chociażby dlatego, że stałem wyżej i mogłem patrzeć na nią z góry. — Cofniesz wszystkie bzdury dotyczące tego, że zabijesz się jeśli ja zginę na froncie. Może tobie wydaje się to romantycznie, ale dla mnie jest niczym kajdany, do których nie zamierzam się przyzwyczajać. Jeśli zginę… Będziesz wolna od wszystkiego, co ci narzuciłem. — Nabrałem więcej powietrza w płuca, ale nie zamierzałem jednocześnie dać się jej wtrącić. Gdyby mi przerwała, mógłbym nigdy nie dokończyć tego, co chciałem powiedzieć. — Jeśli umrę, będziesz wolna. Musimy się co do tego umówić. Będziesz mogła przestać uciekać. Będziesz tym, czym świat chciał cię uczynić, zanim spotkałaś mnie na swojej drodze.
        Nagle pochyliłem się, złapałem ją za ramiona, jakby nawet to niedługie czekanie wyprowadziło mnie z cierpliwości. W gruncie rzeczy tak nie było; czułem, że ponownie emocje wzbierają na sile. Że chcę uwierzyć, że mogę do niej wrócić, że możemy być szczęśliwi w takim układzie, w którym jesteśmy. Chciałbym być wystarczająco słaby, żeby przystać na takie warunki. Niestety, nie byłem.
        Podniosłem ją do pionu, zaciskając palce na ramionach jeszcze długą chwilę i tym samym pomagając jej ustać, gdyby nogi odmówiły jej posłuszeństwa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/