sobota, 17 lutego 2018

CLXXV




       Każda sekunda zdawała się ciągnąć dłużej, niż powinna. Wyjdzie, czy zostanie? Powie coś, czy każe mi tu tkwić w ciszy? Coś się zmieni? Jeśli tak, to czy na dobre, czy na gorsze? Chyba zamartwianie się, to najlepsze, co potrafię robić. 
       Odwrócił się. Miałam wrażenie, że czas zwolnił, a on mechanicznie marł naprzód. Mimo to ze swobodą omijał każdą z przeszkód, które w szale porozrzucałam po namiocie. W zasadzie nie wiem, czy kiedykolwiek doprowadziłam do większego bałaganu, niż w chwili obecnej. Zarówno w sensie fizycznym, jak i psychicznym. 
       Skrzywiłam się. 
        "Zawsze będę to mówić" zatańczyło w mojej głowie niebezpiecznie. Nie wypowiedziałam tych słów, ale wiedziałam, że spojrzenie zrobiło to za mnie. Mimo, że miał rację. Nie mogłam, nie miałam prawa i nie powinnam nawet chcieć z tym walczyć. Jednakże prawda, wypowiedziana na głos, czy zachowana w głowie wciąż ma tą samą wartość, wciąż jest rzeczywistością. 
       Głos mu się zaciął na niedokończonej myśli. Musiałam mocniej zadrzeć głowę, teraz, gdy nade mną stał. Nie możemy. Nigdy nie mogliśmy, wtedy, gdy wykradaliśmy te momenty nie mogliśmy tak samo, jak nie możemy teraz i nie będziemy mogli potem. Zasady dla naszej dwójki zawsze były te same. One są niezmienne, to my się zmieniamy, pod wpływem czegoś, co nie powinno się pojawić. Czynnik wiszący w powietrzu, wdychany z każdym oddechem. Czego się więc spodziewał? Że nauczę się żyć bez tlenu? Przestanę go pozyskiwać, by uniknąć pokusy? Sam nie był w stanie, a udawał, że potrafi! 
       Kilka skradzionych momentów. Pierwszy raz w tej chwili zaczęłam się zastanawiać ile życia mi zostało. Do jakiego wieku dożyję? Czy włosy zdążą mi posiwieć, nim trafię przed oblicza bogów. Jeśli tak, to czy w ostatniej chwili, sekundzie... za tyle lat, czy wiedząc, że to koniec, zbierając swoje życie do kupy, skłaniając się ku podsumowaniu. Czy wówczas będzie więcej? Więcej powodów, pobudek? Czy może na łożu śmierci uznam, że minęły wieki, a wciąż, jedyne co mam to kilka skradzionych momentów. Nic więcej. 
       Znów rozkaz. Prosty, rzeczowy, twardy. Dotyk - niepojęty, ludzki, miękki. Czym on jest? Czemu jest taki trudny, złożony? Dlaczego nie może być łatwiej? Chciałam prostoty. Bolesna była myśl, że to jedna z tych mrzonek, której w świecie, gdzie wolno mi żądać o wszystko - nie dostanę. Nigdy nie będzie łatwo. Każdego dnia będą przeszkody i wyzwania. Nigdy nie będzie łatwo. 
       Atmosfera przynajmniej robiła się lepsza. Mniej burzliwa. Nie, już nie byłam tak głupia, jak wczoraj, by wierzyć, że to zmieni trud ogólny. Teraz jednak byłam mądra na tyle, by doceniać te skradzione momenty i gdy w czerwonych oczach nie będzie płonął wojenny bunt zasad, wówczas wykradać ich więcej. Pozwoli mi na to. Wiem, że będzie czasem przymykał oczy, a ja to wykorzystam. Słabość mężczyzny bez słabości. Jak wielki kamienny głaz, idealny i ostry z jedną, dokładnie jedną maleńką ryską, gdzieś w cieniu, gdzie nikt nie miał prawa jej zauważyć. Ja jednak zauważyłam i bezczelnie kaleczyłam dłonie, paznokciami dłubiąc w niej, powiększając ją. Och... on i jego ludzie mnie uratowali ze świątyni, jednak ja nigdy nie uratowałam Nevana. Najwyraźniej moja rola była całkowicie odwrotna. Co najgorsze, nie czułam wstydu, chociaż powinnam. 
       Przytłoczona jego słowami zapomniałam o rozkazie. Musiało go to wytrącić z równowagi, może zwyczajnie zniecierpliwić. Sama teraz nie wiem, ale podniósł mnie do pionu lekko, mimo całego ciężaru, jaki przyniósł mu ten dzień. Zastanawiałam się teraz, czy w głowie mężczyzny mogła się zrodzić myśl, że wolałby być nadal na polu bitwy, niż tutaj ze mną. Okropny pomysł, który chciałam od siebie odsunąć, a prośba, czy może wymagania Tealvasha mi w tym pomogły. 
       Stojąc nadal nic nie mówiłam. Nie potrafiłam znieść jego spojrzenia. Nie odwróciłam głowy, ale wzrok wbiłam w bok, czując, jak w oczach zbierają się łzy, których nie chciałam. Nie miałam tyle siły, ile on miał. Nie byłam taka potężna. Bałam się, że kiedyś mnie za to znienawidzi, że nie uczę się od niego bycia skałą. Nie był przecież stworzony do litości, do zachwytu nad tym, co delikatne. Och, on nigdy nie narodził się po to, by umrzeć za coś tak śmiesznego, jak zagubiona dziewczyna. 
       Nie chciałam go zawodzić. Tak bardzo nie chciałam go zawodzić. Dlaczego nie mogę poczuć jego dumy? Błagam, by spojrzał na mnie z dumą, ale nie zrobi tego, bo musiałabym zmienić się w kogoś, kim nie jestem, aby na nią zapracować. 
       Łez zbierało się coraz więcej. Zastanawiałam się, czy ten widok go brzydzi, to, jak się rozklejam, trzymana w silnym uścisku. Nadal nic nie powiedziałam, cisza się przeciągała. Miałam wrażenie, że przez zniecierpliwienie wstrząsnął mną lekko, ale równie dobrze mogło być to moim wyobrażeniem. Tak, czy inaczej cokolwiek to było - podziałało. Nie na tyle, bym zdobyła się na spojrzenie w jego oczy, ale na tyle bym otworzyła spierzchnięte wargi, skrzywiła czoło, poczuła, jak lewy polik robi się mokry. Prawy pozostał suchy, jak powietrze między nami, jak zaschnięta była krew na jego nieprzyjemnie drgającej zbroi. 
       - Proszę, nie każ mi tego robić... - wychrypiałam cicho. Sam nie mówił o niczym na głos. Nie obiecał, że przeżyje i zawsze wróci, ale chciał, abym ja obiecała, że będę żyła i bez jego powrotów. Na swój sposób mogło być to śmieszne. Czy uważałam to za romantyzm? Nie... zbyt śmieszne, zbyt niesprawiedliwe. Ciągaliśmy się, każde chciało przeciągnąć drugiego na swoją stronę tego, co słuszne, żadne nie chciało ulec drugiemu. Bez wątpienia na tym nie polega miłość, o której wiedziałam w prawdzie niewiele. Możliwe, że i on wiedział o niej równie mało. Moje uczucie do bogów i jego uczucie do wojny, i próbujemy przenieść te emocje na osobę, którą teraz oboje mieliśmy przed sobą. To nie miało prawa się powieść. To nawet nie brzmi, jak zaczątek planu, a majaki chorego. 
       - Więc mówisz mi wprost, że gdy zginiesz, zginę i ja... ale pozostanie symbol i skorupa. Jesteś okrutnym człowiekiem. Myślisz, że nie czujesz, jak ja czuję i, że moje słowa są bzdurami, bo może wówczas łatwiej jest ci samemu wypowiadać bzdury - trzęsłam się już. Miałam być silna, a znów byłam taka słaba. Znów bez niego upadłabym natychmiast. - Po twojej śmierci mam więc żyć, mam cierpieć, bo świat ma dla mnie rolę, którą twoja śmierć mi zwróci. Zabierzesz sobie moją duszę ze sobą, ale ciało ma tutaj zostać, ku uciesze ludu. Mam ci to obiecać, byś teraz dał mi wszystko, czego pragnę? Ile to potrwa? Dzień, czy lata? Och, jesteś okrutny Nevanie - powtórzyłam te same słowa, czując już jak moczę skórę na szyi, po obydwu stronach. 
       Zamknęłam oczy. Wróciłam wspomnieniami. Daleko, ale nie aż tak daleko. Do ciemnego miejsca, do podróży w jedną stronę, z której udało mi się zawrócić. 
       - Nie możesz umrzeć... Nie możesz iść do miejsca, w którym nie będę miała szans iść za tobą - wyrecytowałam cicho. Ile czasu minęło? Ile dni? Kiedy to mówił, moje ciało było już chłodne. Myślał, że zapomniałam? A może on sam zapomniał. Tak, czy inaczej każde jego słowo, wypowiedziane wtedy w jaskini nadal było we mnie żywe. W końcu otworzyłam oczy i był to błąd, bo natrafiłam prosto na te, należące do niego. Nie umiałam już odwrócić wzroku. Złapał mnie w sidła. - Nie przywykłeś do rozkazów - to nie było pytanie. Uniosłam dłoń i dotknęłam jego szorstkiego od zarostu policzka. W końcu siłą własnych mięśni stanęłam na nogach, przysunęłam się na ile mogłam. - Ty je wydajesz, dostajesz jedynie od kogoś stopniem wyższym i uznajesz to za słuszne. Teraz jestem ja i znów są rozkazy, bo jesteś oficerem i będą one zawsze. Nawet gdyby okazało się, że moim mężem zostaje sam król, to nie przestałbyś mi rozkazywać... Nie dlatego, że traktujesz mnie, jak swojego żołnierza - przysunęłam się jeszcze bliżej, teraz trzymając już jego twarz dwiema dłońmi. - To dlatego, że traktujesz mnie jak swoją własność. Wbrew rozsądkowi. Tak, oddasz mnie mężowi, jeśli będzie wymagała tego sytuacja spojrzysz mu w oczy, ale nigdy nie przyznasz, że ma do ciebie większe prawo, niż ty. Nie będę gorsza - oparłam czoło o twardą, śmierdzącą krwią zbroję. Czułam również pot, zapach alkoholu i ten należący do jego skóry,  ten inny, niż pozostałe. Kojący. - Może nie jestem taka silna, jak ty, ale nie będę gorsza. Nie pójdę na łatwiznę i nie zapomnę do kogo należę, gdy łatwiej będzie zapomnieć. Cofnę te słowa, ale nie za darmo i nie teraz. Cofnę, gdy uznam, że cofam je szczerze, bo obecnie... chcę cię ukarać, chociaż wiem, że nie mam prawa i wiem, że takie podejście ciebie gniewa. Więc gniewaj się na mnie, ale bądź mimo to, a wówczas postaram się być tak posłuszna, jak tego pragniesz - zakończyłam, wiedząc, że już nic nie pozostało w mojej głowie. Tyle musiałam mu wyjaśnić, może wygarnąć, nie wiem, jak to poprawnie nazwać. 
       Objęłam go ramionami. Szczelnie, aż każde wyżłobienie, nierówność w zbroi wbijała się w moją skórę. Nie zamierzałam puścić. Ścierałam z niego brud własnym ciałem, polikiem polerując żelazną pierś. Smród śmierci mi już nie przeszkadzał. Łzy nie płynęły tak obficie. Co za okrutnik. Co za podły, przerażający człowiek. Bogowie, od takich należy się trzymać z daleka. Takich należy się obawiać, nie podchodzić. Takimi można straszyć, jak legendami. Tacy zgniatają kości, odbierają tchnienie. Taki właśnie zawładnął mną. Ja sama mu się poddawałam, oddawałam na tacy. 
       Nie ofiara dla bogów. Ofiara dla grzechu.
       - Masz do kogo wrócić - powtórzyłam. Już nic więcej nie dodałam.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/