sobota, 17 lutego 2018

CLXXVI



        Jak do tego doszło? Do tej słabości w niewielkim ciemnym namiocie. I jak długo jeszcze będę mógł nazywać to słabością? Zanim będę musiał przyznać przed sobą, że to przecież zupełnie coś innego, coś nieznanego, czego nie można nazwać znanym już słowem.
        Szukałem jakiegoś cienia, czegokolwiek znajomego, co pozwoliłoby mi lepiej odnaleźć się w tej sytuacji. Jakiegoś gestu, a może emocji? Nic jednak nie przyszło. Nic oprócz tych cichych słów wypełnionych żalem, goryczą, wyrzutem, którego nawet nie kryła. Miałem wrażenie, że wytrącono mi broń z ręki, że stałem zupełnie nieprzygotowany, bezbronny, choć przecież w rzeczywistości nie wyjąłem jeszcze nawet własnego miecza. Ten z resztą byłby bezużyteczny, jak całe doświadczenie mojego życia, w takiej sytuacji bowiem jeszcze nigdy się nie znalazłem.
        W momencie, gdy ktoś mnie obraża, poniża – owszem. To było coś, do czego mogłem się odnieść, poznać, porównać. Ale przed atakiem słownym wymierzonym prosto we mnie przed Esję nie umiałem się obronić. Rozluźniłem uścisk. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć na potok tych słów, które wylewały się z jej ust; nie pozwoliła mi nawet nic wtrącić, a nie pomyślałem o tym, żeby przerwać jej ten monolog. I nie było też w okolicy nic, czym mogłem odeprzeć ten atak. Tak ostry, chociaż nie wykuty ze stali. Bolesny, choć jedynie werbalny.
        — Nie mogę więc umrzeć, ale nie mogę też obiecać, że nie umrę. Esjo… — mój głos znacznie złagodniał, zmiękł, być może pod wpływem jej nagłego dotyku, który teraz wyszedł z jej inicjatywy. — Jestem panem własnego życia, ale nie kontroluję swojej śmierci. Nie mógłbym ci obiecać, że będę zawsze wracać, bo byłoby to zwykłe kłamstwo. — Pochyliłem się nieco do przodu, jakby chcąc poczuć jej zapach.
        Nie miałem nic na swoją obronę. Jaka zaskakująca i nowa była taka sytuacja, w której stałem na przegranej pozycji. W pojedynku, który przegrałem z kretesem; a przynajmniej tak mi się wydawało. Czym innym jest dać wytrącić sobie miecz z dłoni w sparingu ze swoim przeciwnikiem, a czym innym i zdecydowanie bardziej żałosnym jest nie zdążyć nawet po niego sięgnąć. A może… Może jest zupełnie inaczej. Może w relacji z drugim człowiekiem nie wystawiam się na żaden pojedynek. Może to nie musi być walka? Uniosłem dłoń i powoli ułożyłem ją na głowie dziewczyny, a później wsunąłem ją między kosmyki jasnych włosów i pozwoliłem jej zsunąć się wraz z nimi niżej. Zafalowały w powietrzu, a ja obserwowałem to jak coś zupełnie dla mnie nowego. I czułem, że straciłem kontrolę nad sytuacją, nie miałem pojęcia, co zrobić, żeby ją odzyskać. Ani czy na pewno tego chciałem.
        — Owszem… Jestem okrutny, ale wcale nie siliłem się, żeby to przed tobą ukryć. Teraz wręcz wydaje mi się, że to okrucieństwo właśnie sprawiło, że pozwoliłaś sobie tak bardzo się do mnie zbliżyć.
        Spoglądnąć na dno studni. Wiedzieć, że jest daleko, ale i tak do niego wskoczyć. Przylecieć do światła, które okazuje się ogniem, który spali wszystko, czym jesteś, byłaś i czym miałaś się kiedykolwiek stać. Miałem być twoim przekleństwem i naprawdę się nim stałem. Osobą, która ściągnęła cię z boskiej ścieżki, po której miałaś kroczyć i która faktycznie pomimo wszelkich wielkich słów, jakie mogą paść z jej ust, nie odda cię nikomu, dopóki nie wyda ostatniego tchnienia.
        Ba, nawet po śmierci nie pozwoliłbym dać jej wydrzeć ze swoich zimnych, zastygniętych na wieczność objęć.
        I pomimo całego napięcia tej sytuacji, na moich ustach na krótką chwilę zatańczył cwany uśmiech. Tak bardzo nie na miejscu, a jednak był jak znak, ze jeszcze wszystko może wrócić do normy. Takiej, jaką ją znamy i na jaką możemy sobie pozwolić we wszystkich tych okolicznościach.
        Łzy na jej policzkach zaschły do chwili, w której pojawiła się na nim moja dłoń. Zmusiłem ją do podniesienia spojrzenia na mnie. Miałem nadzieję w jej oczach, tak jak wcześniej złość, może nawet nienawiść, znaleźć teraz coś, co przekona mnie, że wszystko możemy. Że nadal chcemy oboje kraść te momenty, które wcale nam nie przysługują.
        — Nikt, kto położy na tobie dłonie nie będzie mógł nigdy zyskać mojego szacunku. Nieważne, kim będzie ten mężczyzna, któremu będę musiał cię oddać, nigdy nie będzie miał do ciebie większych praw, niż ja. Nie mylisz się, być może sądząc, że spoglądając mu w oczy będę marzył, żeby ich blask zgasł przedwcześnie, ale jednocześnie nie podejmę żadnych akcji, które miałyby się temu przyczynić. — Pochyliłem się jeszcze niżej, prawie do wysokości jej twarzy. Jedna wolna dłoń złapała ją w zagięciu kręgosłupa, druga zaś nadal przytrzymywała podbródek na wypadek, gdyby chciała odwrócić spojrzenie.
        Jej słowa… Tak słodkie, naiwne, dające zgubną nadzieję. Chciałem w nie wierzyć. Chciałem im ufać. Chciałem, żeby były prawdziwe. Nie. Zamierzałem sprawić, żeby takie były. Mój los był w moich rękach, a jeśli zamarzyłem wyciągnąć je tak daleko, żeby złapać w swoje objęcia kapłankę, wiedziałem, że jestem naprawdę w stanie temu sprostać.
        — W takim razie będę — jeszcze niżej, kilka centymetrów. Z tej odległości oczy kapłanki wydawały się jeszcze jaśniejsze niż nawet kiedy odbijały się w nich płomienie ognia i świecy. Nawet w ciemności hipnotyzowały swoją głębią. — Będę nawet więcej, będę powodem, dla którego będziesz modliła się do swoich bogów, żebym zmienił zdanie i położył twojego przyszłego męża trupem.
        Dotknąłem jej ust. Były tak samo zaskakujące, jak zawsze. Miękkie, obiecujące. Tak samo niewinne i tak samo kurewsko pociągające do tego, żeby tym razem spróbować więcej, posunąć się jeszcze dalej. Nie był to pełen delikatności pocałunek; nie była to pełna romantyzmu pieszczota, ale raczej prosta i bardzo wymowna obietnica tego, czym jestem i czym jeszcze mogę stać się wobec niej i całego świata, który zechce stanąć mi na przeszkodzie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/