Jak do tego doszło? Do tej słabości w
niewielkim ciemnym namiocie. I jak długo jeszcze będę mógł nazywać to
słabością? Zanim będę musiał przyznać przed sobą, że to przecież zupełnie coś
innego, coś nieznanego, czego nie można nazwać znanym już słowem.
Szukałem jakiegoś cienia, czegokolwiek
znajomego, co pozwoliłoby mi lepiej odnaleźć się w tej sytuacji. Jakiegoś
gestu, a może emocji? Nic jednak nie przyszło. Nic oprócz tych cichych słów
wypełnionych żalem, goryczą, wyrzutem, którego nawet nie kryła. Miałem
wrażenie, że wytrącono mi broń z ręki, że stałem zupełnie nieprzygotowany,
bezbronny, choć przecież w rzeczywistości nie wyjąłem jeszcze nawet własnego
miecza. Ten z resztą byłby bezużyteczny, jak całe doświadczenie mojego życia, w
takiej sytuacji bowiem jeszcze nigdy się nie znalazłem.
W momencie, gdy ktoś mnie obraża,
poniża – owszem. To było coś, do czego mogłem się odnieść, poznać, porównać.
Ale przed atakiem słownym wymierzonym prosto we mnie przed Esję nie umiałem się
obronić. Rozluźniłem uścisk. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć na potok tych
słów, które wylewały się z jej ust; nie pozwoliła mi nawet nic wtrącić, a nie
pomyślałem o tym, żeby przerwać jej ten monolog. I nie było też w okolicy nic,
czym mogłem odeprzeć ten atak. Tak ostry, chociaż nie wykuty ze stali. Bolesny,
choć jedynie werbalny.
— Nie mogę więc umrzeć, ale nie mogę
też obiecać, że nie umrę. Esjo… — mój głos znacznie złagodniał, zmiękł, być może
pod wpływem jej nagłego dotyku, który teraz wyszedł z jej inicjatywy. — Jestem
panem własnego życia, ale nie kontroluję swojej śmierci. Nie mógłbym ci
obiecać, że będę zawsze wracać, bo byłoby to zwykłe kłamstwo. — Pochyliłem się
nieco do przodu, jakby chcąc poczuć jej zapach.
Nie miałem nic na swoją obronę. Jaka
zaskakująca i nowa była taka sytuacja, w której stałem na przegranej pozycji. W
pojedynku, który przegrałem z kretesem; a przynajmniej tak mi się wydawało.
Czym innym jest dać wytrącić sobie miecz z dłoni w sparingu ze swoim
przeciwnikiem, a czym innym i zdecydowanie bardziej żałosnym jest nie zdążyć
nawet po niego sięgnąć. A może… Może jest zupełnie inaczej. Może w relacji z
drugim człowiekiem nie wystawiam się na żaden pojedynek. Może to nie musi być
walka? Uniosłem dłoń i powoli ułożyłem ją na głowie dziewczyny, a później wsunąłem
ją między kosmyki jasnych włosów i pozwoliłem jej zsunąć się wraz z nimi niżej.
Zafalowały w powietrzu, a ja obserwowałem to jak coś zupełnie dla mnie nowego.
I czułem, że straciłem kontrolę nad sytuacją, nie miałem pojęcia, co zrobić,
żeby ją odzyskać. Ani czy na pewno tego chciałem.
— Owszem… Jestem okrutny, ale wcale nie
siliłem się, żeby to przed tobą ukryć. Teraz wręcz wydaje mi się, że to
okrucieństwo właśnie sprawiło, że pozwoliłaś sobie tak bardzo się do mnie
zbliżyć.
Spoglądnąć na dno studni. Wiedzieć, że
jest daleko, ale i tak do niego wskoczyć. Przylecieć do światła, które okazuje
się ogniem, który spali wszystko, czym jesteś, byłaś i czym miałaś się
kiedykolwiek stać. Miałem być twoim przekleństwem i naprawdę się nim stałem.
Osobą, która ściągnęła cię z boskiej ścieżki, po której miałaś kroczyć i która
faktycznie pomimo wszelkich wielkich słów, jakie mogą paść z jej ust, nie odda
cię nikomu, dopóki nie wyda ostatniego tchnienia.
Ba, nawet po śmierci nie pozwoliłbym
dać jej wydrzeć ze swoich zimnych, zastygniętych na wieczność objęć.
I pomimo całego napięcia tej sytuacji,
na moich ustach na krótką chwilę zatańczył cwany uśmiech. Tak bardzo nie na
miejscu, a jednak był jak znak, ze jeszcze wszystko może wrócić do normy.
Takiej, jaką ją znamy i na jaką możemy sobie pozwolić we wszystkich tych
okolicznościach.
Łzy na jej policzkach zaschły do
chwili, w której pojawiła się na nim moja dłoń. Zmusiłem ją do podniesienia
spojrzenia na mnie. Miałem nadzieję w jej oczach, tak jak wcześniej złość, może
nawet nienawiść, znaleźć teraz coś, co przekona mnie, że wszystko możemy. Że
nadal chcemy oboje kraść te momenty, które wcale nam nie przysługują.
— Nikt, kto położy na tobie dłonie nie
będzie mógł nigdy zyskać mojego szacunku. Nieważne, kim będzie ten mężczyzna,
któremu będę musiał cię oddać, nigdy nie będzie miał do ciebie większych praw,
niż ja. Nie mylisz się, być może sądząc, że spoglądając mu w oczy będę marzył,
żeby ich blask zgasł przedwcześnie, ale jednocześnie nie podejmę żadnych akcji,
które miałyby się temu przyczynić. — Pochyliłem się jeszcze niżej, prawie do
wysokości jej twarzy. Jedna wolna dłoń złapała ją w zagięciu kręgosłupa, druga
zaś nadal przytrzymywała podbródek na wypadek, gdyby chciała odwrócić
spojrzenie.
Jej słowa… Tak słodkie, naiwne, dające
zgubną nadzieję. Chciałem w nie wierzyć. Chciałem im ufać. Chciałem, żeby były
prawdziwe. Nie. Zamierzałem sprawić, żeby takie były. Mój los był w moich
rękach, a jeśli zamarzyłem wyciągnąć je tak daleko, żeby złapać w swoje objęcia
kapłankę, wiedziałem, że jestem naprawdę w stanie temu sprostać.
— W takim razie będę — jeszcze niżej,
kilka centymetrów. Z tej odległości oczy kapłanki wydawały się jeszcze
jaśniejsze niż nawet kiedy odbijały się w nich płomienie ognia i świecy. Nawet
w ciemności hipnotyzowały swoją głębią. — Będę nawet więcej, będę powodem, dla
którego będziesz modliła się do swoich bogów, żebym zmienił zdanie i położył
twojego przyszłego męża trupem.
Dotknąłem jej ust. Były tak samo
zaskakujące, jak zawsze. Miękkie, obiecujące. Tak samo niewinne i tak samo
kurewsko pociągające do tego, żeby tym razem spróbować więcej, posunąć się
jeszcze dalej. Nie był to pełen delikatności pocałunek; nie była to pełna
romantyzmu pieszczota, ale raczej prosta i bardzo wymowna obietnica tego, czym
jestem i czym jeszcze mogę stać się wobec niej i całego świata, który zechce stanąć
mi na przeszkodzie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz