Niemal nic się nie zmieniło, a jednak.
Cały świat stanął na głowie jedynie przez wzgląd na naszą dwójkę. Szaty oparły
powoli, uwypuklając skrępowanie, ale ja wcale jej nie pospieszałem. Nie
karciłem wzrokiem, nie wymagałem, nie nalegałem. Czekałem, patrzyłem,
podziwiałem – owszem. Ale nie naciskałem. Obserwowałem spokojnie, powoli wręcz,
jakby z każdym nowym spojrzeniem odkrywając kolejny kawałek znaku na plecach,
kolejne zagięcie na skórze, każdy kształt jej ciała. Spokojnie, choć do spokoju
teraz przecież też było mi daleko. Krew buzowała przyjemnie w żyłach, a
przeciwieństwo rozsądku podszeptywało cicho, co zaraz może się wydarzyć, co
może się stać, jeśli żadne z nas nie postawi przeszkody na drodze, na którą zeszliśmy.
Choć wewnątrz więc rozszalało się zło w czystej postaci, które podpowiadało
coraz mniej moralne scenariusze, na zewnątrz pozostał spokój. Bałem się… Na
litość wszystkich rycerzy! O nieprzyjemny dreszcz przyprawiała mnie teraz myśl,
że jeden gest mógłby wystarczyć, żeby zupełnie ją spłoszyć.
Dlatego głównie w bezruchu przyglądałem
się, jak odkłada ubrania i czekałem, aż sama podejdzie. Uważne, czujne
spojrzenie jako jedyne mogło zdradzać, że w rzeczywistości wcale nie jestem
teraz tak bardzo spokojny, jak na to chcę grać.
— Właśnie, że ci wolno — wyszeptałem,
nie dbając o to, że chrapliwy głos jest kolejnym wyrazem mojej niecierpliwej
natury. Czy to miała być zachęta? Czy po raz kolejny pozwalałem jej zejść z
drogi tego, co przystoi dla własnych korzyści. Owszem, nie czułem się za to nawet
odrobinę bardziej winnym.
Widziałem wszystko. Musiała wiedzieć,
że widziałem ją całą, a jeśli tak, z pewnością widziała też, że ten widok
bardzo mi się podoba. Elektryzująco pobudzone pożądanie drgało w powietrzu
niczym niewypowiedziana nuta, niczym ostatni ton piosenki, którego nikt nie
odważył się zagrać, ale o którym wszyscy wiedzieli, że powinien się tam właśnie
teraz znaleźć.
Uniosłem brew na pytanie, które
nastąpiło po długiej ciszy. Czy wyglądam, jakbym czuł się winny? Z pewnością
zadałbym to pytanie, gdyby nie nagły dotyk, który sprawił, że skóra zapłonęła
zupełnie innym uczuciem niż to od zanurzania się we wrzątku.
Przeszył mnie niespodziewany dreszcz
rozkoszy. Zniknął szybko, niemal niczym uderzenie pioruna zostawił jednak po
sobie widoczny ślad. Spojrzałem natychmiast na Esję. Była tuż obok.
— Chcę zabrać temu człowiekowi
wszystko. Zabrałbym mu wszystko, gdyby to nie sprowadzało na ciebie zguby —
odparłem, znajdując w sobie nieznajomy pokład siły na takie wyznanie. Zupełnie
szczere, płynące z całej esencji tego, kim jestem i kim byłem.
Zanim zdążyłem jednak dodać coś więcej,
nieoczekiwany ruch wytrącił mnie ze skupienia. Tak, jak silne pchnięcie mogłoby
wytrącić z równowagi człowieka stojącego na jednej nodze z kamieniem trzymanym
oburącz nad głową z równowagi. Poczułem zaskakującą bliskość i drobną dłoń na
swoim udzie. To wystarczyło, żeby zdrowy rozsądek wyłączył się spoza tej
konkurencji. Złapałem tą dłoń w nadgarstku, kiedy chciała już się cofnąć. Pod
wodą, nie patrząc – nawet gdybym skierował tam spojrzenie, mętna woda prawie
uniemożliwiała zlokalizowanie jej ramienia – złapałem ją mocno, pewnie, z pełną
świadomością, że chcę ją tutaj zatrzymać, zanim ucieknie. Zanim jej śmiałość i
pewność tej sytuacji minie, pęknie jak mydlana bańka, chciałem ją tutaj
zatrzymać. Tak egoistycznie, tylko dla siebie. Dlatego właśnie nie pozwoliłem
jej wyciągnąć dłoni. Zamknąłem drogę ucieczki, bo o ile wcześniej jeszcze jakąś
miała, to już nie teraz. Nie robiłem tego nawet już dla szczeniackiej chęci
dominacji nad nią i nad tą sytuacją. Nie. To było coś o wiele ważniejszego, o
wiele głębszego, niemożliwego do sprecyzowania.
Stała obok mnie, tak pochylona, włosami
łaskocząc moje ramiona i tors, mocząc je w gorącej wodzie, ale jakby w ogóle
nie zwracając na to uwagi. Moje usta były lekko rozchylone. To jako jedyne
pozwalało mi jeszcze kontrolować oddech, który teraz jeszcze znacznie
przyspieszał, jak po długiej gonitwie, bo ogromnym wysiłku. A przecież jedyne,
co było, to my. Nasza dwójka w tej bańce mydlanej, która powinna pęknąć już
dawno temu, ale zamiast tego wznosiła się coraz wyżej, odpływała coraz dalej,
lekka w powietrzu, niedostrzegalna dla innych. Dookoła toczyło się zwykłe,
obozowe życie, a wewnątrz tego wszystkiego byliśmy my. Ona, stworzona do
świętości i ja, grzesznik, dla którego nie było nigdy nadziei zbawienia. A
teraz także i dla niej. Byliśmy oboje utwierdzeni w tym losie który sami sobie
wybraliśmy.
Czy to była moja siła manipulacji? Czy
może jej świadoma decyzja? Czy ona czuje się jak lalka na sznurkach, która musi
zatańczyć tak, jak rozkaże jej właściciel linek? Odchyliłem głowę do tyłu,
uważnie, po raz kolejny przyglądając się każdemu kawałkowi, każdej
najdrobniejszej przestrzeni jej ciała. Czy te pytania miały teraz jakiekolwiek
znaczenie, kiedy była tutaj, tak blisko?
— Nikt się nie dowie — zapewniłem,
nadal ściszonym głosem. — Będziesz bezpieczna. Obiecuję.
Nie byłem nigdy typem człowieka, który
odczuwa potrzebę chwalenia się wszem i wobec swoją zdobyczą, swoim
osiągnięciem, a już tym bardziej nie swoją kobietą. Wolałem zachować to dla
siebie, nawet nie tylko przez wzgląd na nasze… Warunki. Esja z pewnością była
świadoma tego, że zabiorę swój sekret do grobu, jeśli będzie mi to dane. Że
nigdy nie powiem słowa na ten temat. Że świat nie usłyszy o nim z moich ust
nawet na najgorszych torturach.
Czas zastygnął w miejscu, a potem
ruszył z kopyta, kiedy wydarzyło się kilka rzeczy na raz; i każda jedna za moją
sprawą. Rozchlapując wodę dookoła obróciłem się tak, żeby złapać kapłankę
ramieniem w talii i pociągnąłem ją za nadgarstek, na którym nadal zaciskałem
dłoń. Jej lekkie ciało opadło miękko w wodę, jakby pozbawione kontroli. Ale
trzymałem ją. Wszystko zaplanowałem. Taka bliskość sprawiła, że zabrakło mi
powietrza w płucach, jakby wycisnął je z nich silny, celny cios. Choć nic
takiego się nie stało. Dziewczyna leżała w poprzek, połowicznie zanurzona pod
wodą; na tyle niewielka, żeby zmieścić się wraz z nogami w miedzianej wannie.
Jak złe było to, że moja dłoń odnalazła
się bezczelnie na wewnętrznej stronie kolana, zanim Esja zorientowała się być
może, co właśnie się stało? Woda wylana z wanny zgasiła dwie z zapalonych świec
i zrobiło się znacznie ciemniej. Jak okrutne było to, że naprawdę zamierzałem
odebrać jej przyszłemu mężowi wszystko? Włącznie z przyjemnością, jaka płynie z
seksu?
Palce zmierzały w górę, wyżej i wyżej,
nieustannie. Doskonale wiedziały, dokąd zmierzają. A ona, wiedziała? Nie
odnalazłem niczego w jej oczach. Kiedy opuszki odnalazły swój cel,
przyciągnąłem ją do siebie. Czy znała wcześniej taki rodzaj przyjemności? Czy
wiedziała, na co się pisze, kiedy kierowała się do tego namiotu? A czy ja
wiedziałem? Nasze oddechy łączyły się w powietrzu, tuż naprzeciw naszych
twarzy, blisko, ale jednak nie dotykających się. Wiedziałem, co należy zrobić i
mogłem przyznać sobie, że robiłem to z wielką wprawą.
Ekscytacja zamieniła się w pożądanie. Czyste,
bezbarwne, silne. Atmosfera zgęstniała. Znowu wszystko inne przestało się
liczyć, znowu była tylko nasza dwójka.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz