niedziela, 18 lutego 2018

CLXXXII



        Niemal nic się nie zmieniło, a jednak. Cały świat stanął na głowie jedynie przez wzgląd na naszą dwójkę. Szaty oparły powoli, uwypuklając skrępowanie, ale ja wcale jej nie pospieszałem. Nie karciłem wzrokiem, nie wymagałem, nie nalegałem. Czekałem, patrzyłem, podziwiałem – owszem. Ale nie naciskałem. Obserwowałem spokojnie, powoli wręcz, jakby z każdym nowym spojrzeniem odkrywając kolejny kawałek znaku na plecach, kolejne zagięcie na skórze, każdy kształt jej ciała. Spokojnie, choć do spokoju teraz przecież też było mi daleko. Krew buzowała przyjemnie w żyłach, a przeciwieństwo rozsądku podszeptywało cicho, co zaraz może się wydarzyć, co może się stać, jeśli żadne z nas nie postawi przeszkody na drodze, na którą zeszliśmy. Choć wewnątrz więc rozszalało się zło w czystej postaci, które podpowiadało coraz mniej moralne scenariusze, na zewnątrz pozostał spokój. Bałem się… Na litość wszystkich rycerzy! O nieprzyjemny dreszcz przyprawiała mnie teraz myśl, że jeden gest mógłby wystarczyć, żeby zupełnie ją spłoszyć.
        Dlatego głównie w bezruchu przyglądałem się, jak odkłada ubrania i czekałem, aż sama podejdzie. Uważne, czujne spojrzenie jako jedyne mogło zdradzać, że w rzeczywistości wcale nie jestem teraz tak bardzo spokojny, jak na to chcę grać.
        — Właśnie, że ci wolno — wyszeptałem, nie dbając o to, że chrapliwy głos jest kolejnym wyrazem mojej niecierpliwej natury. Czy to miała być zachęta? Czy po raz kolejny pozwalałem jej zejść z drogi tego, co przystoi dla własnych korzyści. Owszem, nie czułem się za to nawet odrobinę bardziej winnym.
        Widziałem wszystko. Musiała wiedzieć, że widziałem ją całą, a jeśli tak, z pewnością widziała też, że ten widok bardzo mi się podoba. Elektryzująco pobudzone pożądanie drgało w powietrzu niczym niewypowiedziana nuta, niczym ostatni ton piosenki, którego nikt nie odważył się zagrać, ale o którym wszyscy wiedzieli, że powinien się tam właśnie teraz znaleźć.
        Uniosłem brew na pytanie, które nastąpiło po długiej ciszy. Czy wyglądam, jakbym czuł się winny? Z pewnością zadałbym to pytanie, gdyby nie nagły dotyk, który sprawił, że skóra zapłonęła zupełnie innym uczuciem niż to od zanurzania się we wrzątku.
        Przeszył mnie niespodziewany dreszcz rozkoszy. Zniknął szybko, niemal niczym uderzenie pioruna zostawił jednak po sobie widoczny ślad. Spojrzałem natychmiast na Esję. Była tuż obok.
        — Chcę zabrać temu człowiekowi wszystko. Zabrałbym mu wszystko, gdyby to nie sprowadzało na ciebie zguby — odparłem, znajdując w sobie nieznajomy pokład siły na takie wyznanie. Zupełnie szczere, płynące z całej esencji tego, kim jestem i kim byłem.
        Zanim zdążyłem jednak dodać coś więcej, nieoczekiwany ruch wytrącił mnie ze skupienia. Tak, jak silne pchnięcie mogłoby wytrącić z równowagi człowieka stojącego na jednej nodze z kamieniem trzymanym oburącz nad głową z równowagi. Poczułem zaskakującą bliskość i drobną dłoń na swoim udzie. To wystarczyło, żeby zdrowy rozsądek wyłączył się spoza tej konkurencji. Złapałem tą dłoń w nadgarstku, kiedy chciała już się cofnąć. Pod wodą, nie patrząc – nawet gdybym skierował tam spojrzenie, mętna woda prawie uniemożliwiała zlokalizowanie jej ramienia – złapałem ją mocno, pewnie, z pełną świadomością, że chcę ją tutaj zatrzymać, zanim ucieknie. Zanim jej śmiałość i pewność tej sytuacji minie, pęknie jak mydlana bańka, chciałem ją tutaj zatrzymać. Tak egoistycznie, tylko dla siebie. Dlatego właśnie nie pozwoliłem jej wyciągnąć dłoni. Zamknąłem drogę ucieczki, bo o ile wcześniej jeszcze jakąś miała, to już nie teraz. Nie robiłem tego nawet już dla szczeniackiej chęci dominacji nad nią i nad tą sytuacją. Nie. To było coś o wiele ważniejszego, o wiele głębszego, niemożliwego do sprecyzowania.
      Stała obok mnie, tak pochylona, włosami łaskocząc moje ramiona i tors, mocząc je w gorącej wodzie, ale jakby w ogóle nie zwracając na to uwagi. Moje usta były lekko rozchylone. To jako jedyne pozwalało mi jeszcze kontrolować oddech, który teraz jeszcze znacznie przyspieszał, jak po długiej gonitwie, bo ogromnym wysiłku. A przecież jedyne, co było, to my. Nasza dwójka w tej bańce mydlanej, która powinna pęknąć już dawno temu, ale zamiast tego wznosiła się coraz wyżej, odpływała coraz dalej, lekka w powietrzu, niedostrzegalna dla innych. Dookoła toczyło się zwykłe, obozowe życie, a wewnątrz tego wszystkiego byliśmy my. Ona, stworzona do świętości i ja, grzesznik, dla którego nie było nigdy nadziei zbawienia. A teraz także i dla niej. Byliśmy oboje utwierdzeni w tym losie który sami sobie wybraliśmy.
      Czy to była moja siła manipulacji? Czy może jej świadoma decyzja? Czy ona czuje się jak lalka na sznurkach, która musi zatańczyć tak, jak rozkaże jej właściciel linek? Odchyliłem głowę do tyłu, uważnie, po raz kolejny przyglądając się każdemu kawałkowi, każdej najdrobniejszej przestrzeni jej ciała. Czy te pytania miały teraz jakiekolwiek znaczenie, kiedy była tutaj, tak blisko?
        — Nikt się nie dowie — zapewniłem, nadal ściszonym głosem. — Będziesz bezpieczna. Obiecuję.
        Nie byłem nigdy typem człowieka, który odczuwa potrzebę chwalenia się wszem i wobec swoją zdobyczą, swoim osiągnięciem, a już tym bardziej nie swoją kobietą. Wolałem zachować to dla siebie, nawet nie tylko przez wzgląd na nasze… Warunki. Esja z pewnością była świadoma tego, że zabiorę swój sekret do grobu, jeśli będzie mi to dane. Że nigdy nie powiem słowa na ten temat. Że świat nie usłyszy o nim z moich ust nawet na najgorszych torturach.
        Czas zastygnął w miejscu, a potem ruszył z kopyta, kiedy wydarzyło się kilka rzeczy na raz; i każda jedna za moją sprawą. Rozchlapując wodę dookoła obróciłem się tak, żeby złapać kapłankę ramieniem w talii i pociągnąłem ją za nadgarstek, na którym nadal zaciskałem dłoń. Jej lekkie ciało opadło miękko w wodę, jakby pozbawione kontroli. Ale trzymałem ją. Wszystko zaplanowałem. Taka bliskość sprawiła, że zabrakło mi powietrza w płucach, jakby wycisnął je z nich silny, celny cios. Choć nic takiego się nie stało. Dziewczyna leżała w poprzek, połowicznie zanurzona pod wodą; na tyle niewielka, żeby zmieścić się wraz z nogami w miedzianej wannie.
        Jak złe było to, że moja dłoń odnalazła się bezczelnie na wewnętrznej stronie kolana, zanim Esja zorientowała się być może, co właśnie się stało? Woda wylana z wanny zgasiła dwie z zapalonych świec i zrobiło się znacznie ciemniej. Jak okrutne było to, że naprawdę zamierzałem odebrać jej przyszłemu mężowi wszystko? Włącznie z przyjemnością, jaka płynie z seksu?
        Palce zmierzały w górę, wyżej i wyżej, nieustannie. Doskonale wiedziały, dokąd zmierzają. A ona, wiedziała? Nie odnalazłem niczego w jej oczach. Kiedy opuszki odnalazły swój cel, przyciągnąłem ją do siebie. Czy znała wcześniej taki rodzaj przyjemności? Czy wiedziała, na co się pisze, kiedy kierowała się do tego namiotu? A czy ja wiedziałem? Nasze oddechy łączyły się w powietrzu, tuż naprzeciw naszych twarzy, blisko, ale jednak nie dotykających się. Wiedziałem, co należy zrobić i mogłem przyznać sobie, że robiłem to z wielką wprawą.
        Ekscytacja zamieniła się w pożądanie. Czyste, bezbarwne, silne. Atmosfera zgęstniała. Znowu wszystko inne przestało się liczyć, znowu była tylko nasza dwójka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/