Spięłam się odruchowo, czując jego uchwyt na swojej ręce. Jakbym wpadła w zasadzkę i nieważne czym ona była, naturalnym działaniem było podjęcie jakiejś próby, aby się oswobodzić. Mimo jednak, że byliśmy śliscy od wody, to wciąż był znacznie silniejszy. W zasadzie zastanawiam się, jak wielka była siła tego mężczyzny. Czy gdyby chciał, mógłby zmiażdżyć moją czaszkę w dłoniach? Potrafił zdobyć się aż na taką sprawność? Chociaż czaszka ma do aż tak wytrzymałych nie należała. Może to słaby przykład. Moje żebra na pewno nie stanowiłyby przeszkody. W tych kilku sekundach zdałam sobie sprawę z tego, jak bardzo nie miałabym szans, gdyby rzeczywiście chciał zrobić coś wbrew mnie. Najmniejszych. Z kimś innym może, wykorzystując element zaskoczenia, ale nie z nim, bo to on nauczył mnie wszystkiego, co wiem o ataku i obronie. Gdyby pragnienie w nim narodziło się, a we mnie nie, gdyby postanowił mu ulżyć, nie powstrzymałabym go. Powinnam się tego obawiać. Miał trzydzieści dwa lata, ja dziewiętnaście. Dzieliło nas tak wiele. Dlaczego więc tak w niego wierzę? Ufam w mężczyznę, który splamił swoje dłonie nieraz, który zmył z nich niedawno krew, a jutro znowu w niej je umyje. Zabijał. Zabija i zabijać będzie. Trzymał mnie za rękę morderca. Zimnokrwisty oficer splamionego przerażającą chwałą oddziału.
Jego słowa nadal rozbrzmiewały w mojej głowie. Nie wiem czy dokładnie je rozumiałam, ale ostatecznie zabierał przecież i tak już zbyt wiele, bym w oczach boskich na zgubę nie była skazana. Jaką inną zgubę mógł mieć na myśli? Chciałam zapytać, ale nie zdążyłam. Tak wiele się wydarzyło w jednej chwili i mogłam się tego spodziewać.
"Bezpieczna" - mogłabym go wyśmiać za te słowa. Właśnie unieruchamiał mnie najbardziej niebezpieczny mężczyzna w obrębie wielu mil, a on mydlił oczy takimi słowami. Chciałabym odnaleźć w sobie spokój, unieść brew i zażartować. Jednakże... stałam nadal naga. Nie miałam nic do ochrony, to nie było dla mnie normalne. W zasadzie było to bardzo krępujące. Liczyłam może na jakieś "jesteś piękna", pusty komplement, albo chociaż ładna, przyjemna dla oczu. W świątyni wielu mnie komplementowało. Zwierzchnik mówił o cnotach, o tym, że muszę się skrywać, by w sypialni przyszły mąż rozpływał się nad mą urodą. Nevan nie robił tego. Nie dał czegoś, czego się spodziewałam i może przez to jeszcze bardziej byłam zagubiona.
To była chwila. Chwila w której musiałam wykazać się sprytem, o jaki siebie nie podejrzewałam, bo wolną dłonią udało mi się zatkać usta nawet przed tym, gdy wydarł się przez nie głośny pisk przerażenia. Poczułam, jak upadam w wodę. Znów oberwały moje łopatki. Jeśli będę je miała sine, zadbam o to, aby wziął odpowiedzialność za swój brak delikatności i przekładanie mnie z miejsca na miejsce. Jakież to niesprawiedliwe. Gdybym ja chciała wbrew woli go przesunąć... pewnie nawet by nie drgnął.
Zamrugałam zaskoczona. Woda wpadła mi do oczu, zakaszlałam, zaczął panować półmrok. Musiałam otrzeć oczy, oswoić się z tym, że... jestem z nim w wannie. Zamarłam. Nagle. Bez uprzedzenia. Dotarło do mnie, że tak oto na lędźwiach czuję jego jedną nogę, stopami mogę połaskotać jego udo, w okolicach kolana. Zawstydzona miałam już przyjąć pozycję obronną, asekuracyjną. Niemalże mięśnie zawyły, gotowe podkurczyć nogi, objąć je ramionami, osłonić się tak, pozostawiając swobodnymi jedynie włosy, który wypełniały niemal całą taflę wody, tworząc przez to lepszą barierę dla wzroku. Czym jednak były oczy, przy dotyku! W dodatku, jeśli o nim mowa, to właśnie przez ten dotyk nie byłam w stanie zwinąć się tak jak planowałam.
Jego dłoń. Bez wątpienia. Nie przypadkowo, jak to było ze mną. Wiedział, gdzie ją kładzie. Spięłam się, ale nie poruszyłam. Nie rozumiałam. Chciałam rozumieć. Nie chciałam zrozumieć. Rozumiałam doskonale. Tyle emocji i moje wargi, rozsunięte, szukające odpowiedzi, walczące o słowa sprzeciwu, które na języku formowały już szyki.
W oczach miałam dziwną pustkę. Wiedziałam, owszem, wiedziałam, że to było złe. Tutaj jednak moja wiedza brutalnie się kończyła. Nie, nie było, jak wtedy gdy uczył siłą rzeczy mnie sztuki całowania. Wiedziałam bowiem, że pocałunki są różne, nawet jeśli znałam głównie te w policzki, czy w czubek głowy. Teraz natomiast... miałam pustkę. Pustkę strach, niepewność. Jego dłoń, coraz wyżej. Zmierzała gdzieś, gdzie przecież nie może. Nie wolno. Czy się trzęsłam? Bałam się? Chyba tak, chyba naprawdę się zaczynałam obawiać, nie z fascynacja. Po prostu był to strach, bo nie wiedziałam po co to wszystko. Po co takie gesty.
Skrępowanie. Bardzo ciążące, jak podczas badań, do których mnie zmusił wieki temu. Jakiż on wtedy był okropny, bez skrupułów grożąc, że jak się nie zgodzę, to zrobią to siłą. Nadal jest tym samym człowiekiem. Jeśli kiedyś w jego ręce trafi inna kapłanka, nie potraktuje jej wyjątkowo, przez wzgląd dla mnie mnie. Był wciąż tym samym draniem od ostrych, jak brzytwa rozkazów. Zmieniło się to, kim byłam ja. Nie byłam już w jego oczach zwykłą kapłanką. Nie byłam też tylko rozkazem. Byłam czymś więcej. Chciałabym wiedzieć czym dokładnie i wiem, że istnieje ryzyko, że nigdy się nie dowiem, bo taki już jest. Kiedy ma dobry humor powie więcej, ale jeśli nie ma ochoty, to nie można go do niczego zmusić.
Sapnęłam na moment się zatracając. Teraz jednak przyciągnął mnie do siebie bliżej. Otworzyłam oczy i spojrzałam na niego świadomie. Miałam wrażenie, że w powietrzu unosi się wino w gazowej postaci. Upajało, miałam cięższą głowę, nie myślałam trzeźwo. Woda była taka gorąca, nadal miałam dreszcze.
Były emocje między nami, które oboje odczuwaliśmy. Te same, nie mogłam się mylić. Były jednak też skrajne. Jego swoboda i pewność siebie, moje wahanie, mój lęk i niepewność. Nie chciałam pytać. Wyjść na dziecko, które zadaje głupie pytania. Och, bardzo chciałam, żeby sam mówił, ale on wolał pokazywać. Zawsze wolał teorię od praktyki. Wrzucanie na głęboką wodę - takim byłby nauczycielem. Nie, jak zwierzchnik w świątyni, który przez bite miesiące zmuszał mnie do czytania o harfach, nim dotknęłam pojedynczej struny.
Złapałam jego dłoń w nadgarstku, używając palców obu swoich rąk. Jego ciało nie drgnęło. Nie odsunęło się. Stało w miejscu. Spróbowałam ją cofnąć. Nie pozwolił mi, ale też nie napierał. Każda jednak próba siły z mojej strony wywoływała wzburzenie wody, które... nie wiem... delikatne muśnięcie, chociaż jeszcze nie dotknął. Trzęsłam się. Chciałam poruszyć biodrami. Nie planowałam tego. Ta cisza... ta cisza, która mieszała w głowie bardziej, niż słowa. On lubił ciszę, bo znał się na czynach. Ja umiałam jedynie mówić.
- Nie chcesz mnie umyć... - powiedziałam cicho. Ten pomysł nadszedł, gdy jeszcze jechał dłonią po udzie. Kto jednak zaczynałby ten zabieg od takiego miejsca.Uda mi drżały.
Cokolwiek kotłowało się w jego głowie, bez wątpienia nie były to nigdy plany wspólnej kąpieli. Nie w takim pojęci kąpieli, w jakim ja mogłam o tym myśleć.
- Nie zrobisz mi krzywdy, prawda..? - zapytałam znów. Bogowie, czemu nie wiedziałam więcej? Czemu mówiono nam tak niewiele. Wiem dlaczego. Byśmy nie oczekiwały więcej, niż niektóre mogły dostać. By w takich kwestiach mąż uznał, co wolno nam wiedzieć. Czego się spodziewać, czego chcieć... jeśli o jakichkolwiek chęciach byłaby w małżeństwie mowa. Na bogów, ja jednak czegoś chciałam i czułam, że Nevan lepiej ode mnie wie czego. Mimo to bałam się, tak naturalnie. Zakazanego, nieznanego. Próbowałam wziąć się w garść. - Wiesz, że ja nigdy... - och, na wielkiego Arethorna! Doskonale wiedział! Mało tego i on i cały oddział! Nie dlatego, że jestem święta, ale chociażby przez cholerne badania, które były informacją ogólnodostępną.
Speszyłam się. Odwróciłam wzrok. Znów ta myśl. Ile ich miał, ile widział. Czy we mnie dostrzegał coś ciekawszego, czy robił to, co zawsze. Niecierpliwił się? Nie poluzowałam uścisku. Walczyłam. Następnie, powolutku puściłam jego rękę. Nie spieszyłam się w tym. Dłonie nieco mi drżały, nie wiedziałam, co z nimi zrobić.
- Boję się - przyznałam, ale już nie było w tym przerażenia. W zasadzie moje ciało zdawało się niecierpliwić, jakby bardziej niż ja rozumiało to wszystko. Przyłapałam się na tym, że znów unikam jego spojrzenia, a ono ponownie szepce do ucha, bym spojrzała. Kiedy zaczęłam szybciej oddychać? W zasadzie... mój oddech przerywał ciszę. Bogowie... jego dłoń między moimi udami i czekanie na coś, co już dawno by się zaczęło, gdyby nie mój opór. Teraz te oczekiwanie zdawało się mnie bardziej rozpalać. Co się działo? - ... nie powinnam była tu przychodzić, to jest złe, nie spodoba mi się, zawiedziesz się, nie zrozumiem, nie odpłacę się, nie utonę w tym, bo jestem kapłanką, a nie... - potok słów, w trakcie którego naprawdę znów przeszła mi przez myśl ucieczka. W tym wszystkim nieopacznie złapało mnie jego spojrzenie. Krwawe. Twarz miał taką pewną, może nawet przerażająco nieugiętą? Nie to jednak było istotne, bo w całym tym pędzie, w którym wyrzucałam z siebie natłok słów, które miały robić za tarczę... uciszył mnie. No może nie do końca.
Zadrżałam cała, mocno, silnie. Krzyknęłam bezgłośnie, niegotowa. Czy mogłam się na to przygotować? Na to, jak oczy zaszły mgłą, jak głowa się odchyliła, jak serce zdawało się mruczeć w piersi, jak coś dziwnego rozchodziło moje siało, mając bez wątpienia swoje źródło w jego ręce, która podczas gdy ja gorączkowo dawałam do zrozumienia, że zamierzam się wycofać, bezczelnie odnalazła swój cel. Na wszystkich bogów, jak dobrze, że odnalazła.
- ... a nie... - próbowałam podjąć stracony wątek. Jaki wątek? Nie umiałam zamknąć ust. Nie umiałam nie patrzeć mu w oczy, ale powieki mi nieco opadły. Nic nie umiałam. Czekałam. Między jednym ruchem, a drugim. Jak tak niewiele może zniewolić tak bardzo. Moje ciało zdawało się mruczeć, wraz z jego oczami. Że to przedsmak, coś, co miało zasznurować usta. Przekonał mnie takim gestem, że nigdzie nie pójdę, nigdzie mnie nie puści, a ja nie będę chciała, by puścił. - ... nie... - mimo to walczyłam z tym podjętym wcześniej wątkiem. Jakim wątkiem?
On mnie przysunął bliżej siebie, czy ja się przysunęłam. Te jego spojrzenie. Czułam się przez nie winna. Nie przed bogami. Och, jacy bogowie? Był tylko Nevan. Tylko on i jego ciepłe ciało. Był jadowitym wężem i zaczął kąsać. Och, jak on kąsał.
Gdybym wiedziała, co planował, nigdy bym tutaj nie przyszła. Jakże więc dobrze, że ten podstępny mężczyzna nie zdradzał mi swoich planów. Jak dobrze.
W tej chwili byłam pod jego władaniem. Niebezpiecznym. Było to takie wolne. Moje biodra się poruszyły. Mógł szybciej. mógł bez przerw. Czy ja patrzyłam na niego błagalnie?
"Posłuszna tylko mężowie. Uległa tylko mężowi. Czekająca tylko na męża. Wypatrująca jedynie męża. Czuła dla niego. Ciepła. Prosząca. Chętna. Zgodna. Wierna... " jakże te słowa okrutnie wpadły do mojej głowy. Właśnie teraz, ale zamiast ostudzić zapał, jedynie podkręciły moją temperaturę. Złe. Takie złe. Otulał mnie złem.
- Więcej... - nie wytrzymałam. Wymsknęło się, chociaż zakryłam zaraz dłonią wargi. Mimo to słowa w przeciwieństwie do dawno straconego wątku chciały zostać wypowiedziane. - Naucz mnie więcej, błagam... - tak oto, na jego oczach, chociaż może nie zdawał sobie z tego sprawy coś zaczęło rozkwitać. Jakaś zmiana, która być może nigdy miała się we mnie nie narodzić. Której bym nigdy nie poczuła, gdyby dane było mi doświadczać jedynie męża.
Pożądałam go. Chciałam dla siebie. Nie, już nie tylko chciałam być jego. Właśnie tak to wcześniej wyglądało, bo wbrew łamaniu zasad miałam wpojone, że kobieta to własność mężczyzny. Ja jednak chciałam go na swoją własność. Na tyle, na ile to możliwe. Już nie jedynie wierząc, że mogę być jego, on musi być mój. Zrobię wszystko by był mój. Zedrę szaty, posłusznie wejdę do wody, gdzie zechce. Ma być mój. Oddam mu władzę nad tym, co boskie, co zrodzono do władania. Dam mu potęgę z posiadania tego, czego nie ma prawa mieć.
Zwilżyłam językiem spierzchnięte wargi. Będę dla niego kobietą. Nie dzieckiem. Kobietą. Chcę być jego kobietą. Znak na plecach piekł, och piekł tak przyjemnie, że marzyłam, by stanął w ogniu. Chciałam się spalić, jeśli to on ma być płomieniem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz