Tafla wody zamknęła się nad nami, nadal
wzburzona i falująca po nagłej zmianie objętości w wannie, uderzała o brzegi i
o nasze ciała, ale w końcu nawet i ona się uspokoiła. Nie zdążyła jednak, zanim
poczułem opór na swojej dłoni i kilka szybkich słów, wypowiedzianych z
pewnością szczerze i spontanicznie. Gdyby los nie ukształtował mnie na tego,
kim byłem, może pokusiłbym się teraz o kilka słów uspokojenia… Może nawet
wsparcia. Powiedziałbym, że nie ma się czego bać, albo inny podobny, pusty
frazes, żeby tylko uspokoić blondynkę, dodać jej odrobinę pewności siebie. Ale
nie. Bo mi podobał się jej opór. Podobała mi się próba przeciwstawienia się mi
w jakiś chory, zły sposób. Nie wiedziała jeszcze z pewnością, jak bardzo nie
opłaca się przeciwstawiać temu, co planowałem jej zrobić jak i to, że strach
nie będzie miał nic wspólnego z tą sytuacją.
Oczywiście miałem świadomość, że jest
kapłanką, że wcześniej nawet z pewnością nie widziała nagiego mężczyzny, nie
mówiąc już o tym, żeby jakiś ją dotykał, w ogóle. Zawsze pewnie wmawiano jej,
że to ciało jest jak świątynia, a ona jest jego strażniczką. Teraz jednak ta
misternie, pięknie wyżłobiona świątynia upadała, kruszyła się pod moim
dotykiem. Z satysfakcją zamierzałem zdjąć kawałek po kawałku, obrócić ją w proch,
a później wybudować na nowo; po swojemu. Lepiej. Pewniej. Z fasadą obronną,
żeby poza pięknem mogła być również niezdobyta dla tych, którzy nie znali moich
tajemnych przejść.
Drżała niekontrolowanie, choć woda
nadal była gorąca. Sam odkryłem, że jedna z dłoni również drżała mi z emocji, a
może ze świadomości tego, co robię, co naprawdę zaraz chcę zrobić. Nie wiem.
Nie było czasu, żeby się nad tym zastanawiać, bo chociaż wydawało mi się, że go
zatrzymaliśmy, to być może on płynął w zaskakującym tempie. A to wszystko
trwało zaledwie kilka chwil.
Nie wypowiedziałem ani jednego słowa.
Wydawało mi się, że z naszych ust buchają kłęby pary, jakbyśmy właśnie znaleźli
się w tej wannie na śniegu, gdzieś głęboko w dal naszej krainy, a nie na gorącej
pustyni. Jej usta otwarte w krzyku, który nigdy nie opuścił gardła były
wystarczającą wskazówką, że nie zamierzamy się wycofać, że teraz już żadne z
nas nie będzie chciało się cofnąć. Nie zabrałem dłoni, nie zwolniłem nawet na
chwilę. Zaszedłem już tak daleko, a w dodatku Esja szła tuż obok mnie, że nie
było dla nas drogi powrotnej. Spłonęła w tej wannie wypełnionej ciepłą, mydlaną
wodą, w tym namiocie, który na zawsze miał utrzymać to wydarzenie w tajemnicy,
jako że był jedynym jego świadkiem.
Esja była w gruncie rzeczy całkiem
cicha, ale kiedy jej ciało nieświadomie wygięło się w ostry łuk, a głowa
została odrzucona jeszcze dalej do tyłu, natrafiła na moją klatkę piersiową, a
włosy łaskotały ją bez skrupułów, podniosłem drugą dłoń i zacisnąłem ją na jej
ustach. Pochyliłem się do przodu, jakbym doskonale wiedział, że całe to
napięcie zaraz wybuchnie, że za krótką chwilę… Jeszcze tylko kilka ruchów,
ostatni wysiłek… Chciałem patrzeć na jej twarz, na jej oczy, które wydawały się
teraz wcale mnie nie widzieć, skupione na zupełnie innych, nowych doznaniach.
Kącik ust uniósł mi się ku górze. Sekunda, dwie. Trzy. Nagłe spięcie mięśni
całego jej ciała i krzyk, który nie mógł opuścić ust niczym grzmot rozdarły
atmosferę w namiocie. Jej skóra była tak delikatna, że wydawało mi się, że
każde zaciśnięcie na nich palców spowoduje serię sinych śladów. Zabrałem dłoń z
jej ust, kiedy byłem pewny, że żaden dźwięk nie będzie już nas w stanie
zdradzić.
— Już… Już — powtórzyłem, pochylony tuż
nad jej uchem, blisko jej twarzy, obserwując każdą zmianę, jaka na niech
zachodzi, starając się odczytać każdą z emocji, która się tam pojawia.
Dominowała jednak tylko jedna. Dzika satysfakcja wypełniała mnie i rozrywała
trzewia. Oto ja i ona. I nasza świątynia, tylko dla nas. Nikt nie ma do niej
dostępu i nigdy nie będzie miał.
Wyciągnąłem dłoń spod wody i opadłem na
brzeg wanny, jakby to wszystko zmęczyło również mnie. Ciepło i bliskość jej
ciała jednak nie pozwalały mi się zrelaksować, odpocząć. Nadal rosło we mnie
napięcie, paskudna świadomość, że nie mogę zrobić nic więcej. Nie odważyłbym
się zrobić nic więcej, nie patrząc już nawet na żądze własnego ciała. Musiałem
być ponad to, chociaż ta część zwykłego mężczyzny we mnie buntowała się przed
tym okrutnie.
Czy wcześniej były jakieś kobiety? Czy
później jeszcze jakieś będą? Czy poza Esją będzie dla mnie istniało coś nowego,
coś równie ekscytującego? Nie potrafiłem przypomnieć sobie, co robiłem z
chłodem własnego łoża, zanim pojawiła się w nim Esja – tak niespodziewanie,
początkowo jako niechciany intruz. Przymknąłem powieki, kciukiem wolno
gładziłem ramię, bark, część pleców, do której udało mi się dotrzeć. Aksamitna
skóra. Westchnąłem przeciągle. Czy poczuję, kiedy pod moimi palcami pojawi się
znak? Czy będę mógł go wyczuć, czy jest wydrążony w jej skórze, czy bardziej
przypomina tatuaż? Zabawne, że właśnie te myśli teraz nawiedzały moją
świadomość. Tak zupełnie bez znaczenia w porównaniu z ogromem zła i grzechu,
jakiego teraz się dopuściliśmy. My, ja z przyjemnością, a Esja – miałem nadzieję,
że końcowo wcale nie z mniejszą, niż moja.
— Nauczę cię wszystkiego — odezwałem
się w końcu, przeciągając głoski leniwie, powoli. Teraz nigdzie się nam nie
spieszyło, a ekscytacja powoli znikała z powietrza. Zostawał jedynie przedsmak
tego, co nigdy mi się nie należało. — Zrobię wszystko, żeby twój przyszły mąż
miał z tobą naprawdę marne życie — przyznałem, a choć na mojej twarzy po tych
słowach zawitał uśmiech, to zdawałem sobie sprawę z tego, że są naprawdę
poważne. I szczere. Chciałem, żeby ten człowiek stracił wszystko, zanim jeszcze
ten cały świat w postaci kapłanki trafił w jego ręce.
Wypadałoby pewnie zapytać, jak się
czuje. Albo jak było. Każdy mężczyzna zrobiłby to teraz, w tym momencie, a mimo
wszystko ja nie otworzyłem już ust. Mruknąłem cicho, czując, że woda robi się
coraz chłodniejsza. W tym dźwięku kryła się niezbyt dobrze schowana
satysfakcja. Wiedziałem, jak było, dlaczego miałbym teraz o to pytać.
— Zostaniesz na noc? — zapytałem w
zamian, otwierając półprzymknięte oczy. Leżała tak na mnie, a ja na ścianie
wanny, z głową odchyloną i opartą o brzeg.
Jeśli kiedykolwiek poczuję zwątpienie w
sens tego, co robię, w sens podejmowanych przeze mnie decyzji, wystarczającym
będzie, że przypomnę sobie tą chwilę, ten moment, kiedy nasze ciała stygły tak
blisko siebie. Kiedy wcześniej ktoś pchnął nas w płomienie ognia, a teraz
czekaliśmy, aż wszystko opadnie. Wróci do normy. Zabawne. Czy była dla nas
norma?
Pierwszy wykonałem ruch. Podniosłem
się, zmuszając ją do tego samego, nie leżeliśmy więc już, a siedzieliśmy. Ona
na mnie, taka swobodna i plastyczna. Piękna. Z włosami spływającymi wokół
twarzy o delikatnych rysach i zaróżowionych ustach i policzkach.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz