wtorek, 20 lutego 2018

CLXXXIV



        Tafla wody zamknęła się nad nami, nadal wzburzona i falująca po nagłej zmianie objętości w wannie, uderzała o brzegi i o nasze ciała, ale w końcu nawet i ona się uspokoiła. Nie zdążyła jednak, zanim poczułem opór na swojej dłoni i kilka szybkich słów, wypowiedzianych z pewnością szczerze i spontanicznie. Gdyby los nie ukształtował mnie na tego, kim byłem, może pokusiłbym się teraz o kilka słów uspokojenia… Może nawet wsparcia. Powiedziałbym, że nie ma się czego bać, albo inny podobny, pusty frazes, żeby tylko uspokoić blondynkę, dodać jej odrobinę pewności siebie. Ale nie. Bo mi podobał się jej opór. Podobała mi się próba przeciwstawienia się mi w jakiś chory, zły sposób. Nie wiedziała jeszcze z pewnością, jak bardzo nie opłaca się przeciwstawiać temu, co planowałem jej zrobić jak i to, że strach nie będzie miał nic wspólnego z tą sytuacją.
        Oczywiście miałem świadomość, że jest kapłanką, że wcześniej nawet z pewnością nie widziała nagiego mężczyzny, nie mówiąc już o tym, żeby jakiś ją dotykał, w ogóle. Zawsze pewnie wmawiano jej, że to ciało jest jak świątynia, a ona jest jego strażniczką. Teraz jednak ta misternie, pięknie wyżłobiona świątynia upadała, kruszyła się pod moim dotykiem. Z satysfakcją zamierzałem zdjąć kawałek po kawałku, obrócić ją w proch, a później wybudować na nowo; po swojemu. Lepiej. Pewniej. Z fasadą obronną, żeby poza pięknem mogła być również niezdobyta dla tych, którzy nie znali moich tajemnych przejść.
        Drżała niekontrolowanie, choć woda nadal była gorąca. Sam odkryłem, że jedna z dłoni również drżała mi z emocji, a może ze świadomości tego, co robię, co naprawdę zaraz chcę zrobić. Nie wiem. Nie było czasu, żeby się nad tym zastanawiać, bo chociaż wydawało mi się, że go zatrzymaliśmy, to być może on płynął w zaskakującym tempie. A to wszystko trwało zaledwie kilka chwil.
        Nie wypowiedziałem ani jednego słowa. Wydawało mi się, że z naszych ust buchają kłęby pary, jakbyśmy właśnie znaleźli się w tej wannie na śniegu, gdzieś głęboko w dal naszej krainy, a nie na gorącej pustyni. Jej usta otwarte w krzyku, który nigdy nie opuścił gardła były wystarczającą wskazówką, że nie zamierzamy się wycofać, że teraz już żadne z nas nie będzie chciało się cofnąć. Nie zabrałem dłoni, nie zwolniłem nawet na chwilę. Zaszedłem już tak daleko, a w dodatku Esja szła tuż obok mnie, że nie było dla nas drogi powrotnej. Spłonęła w tej wannie wypełnionej ciepłą, mydlaną wodą, w tym namiocie, który na zawsze miał utrzymać to wydarzenie w tajemnicy, jako że był jedynym jego świadkiem.
        Esja była w gruncie rzeczy całkiem cicha, ale kiedy jej ciało nieświadomie wygięło się w ostry łuk, a głowa została odrzucona jeszcze dalej do tyłu, natrafiła na moją klatkę piersiową, a włosy łaskotały ją bez skrupułów, podniosłem drugą dłoń i zacisnąłem ją na jej ustach. Pochyliłem się do przodu, jakbym doskonale wiedział, że całe to napięcie zaraz wybuchnie, że za krótką chwilę… Jeszcze tylko kilka ruchów, ostatni wysiłek… Chciałem patrzeć na jej twarz, na jej oczy, które wydawały się teraz wcale mnie nie widzieć, skupione na zupełnie innych, nowych doznaniach. Kącik ust uniósł mi się ku górze. Sekunda, dwie. Trzy. Nagłe spięcie mięśni całego jej ciała i krzyk, który nie mógł opuścić ust niczym grzmot rozdarły atmosferę w namiocie. Jej skóra była tak delikatna, że wydawało mi się, że każde zaciśnięcie na nich palców spowoduje serię sinych śladów. Zabrałem dłoń z jej ust, kiedy byłem pewny, że żaden dźwięk nie będzie już nas w stanie zdradzić.
        — Już… Już — powtórzyłem, pochylony tuż nad jej uchem, blisko jej twarzy, obserwując każdą zmianę, jaka na niech zachodzi, starając się odczytać każdą z emocji, która się tam pojawia. Dominowała jednak tylko jedna. Dzika satysfakcja wypełniała mnie i rozrywała trzewia. Oto ja i ona. I nasza świątynia, tylko dla nas. Nikt nie ma do niej dostępu i nigdy nie będzie miał.
        Wyciągnąłem dłoń spod wody i opadłem na brzeg wanny, jakby to wszystko zmęczyło również mnie. Ciepło i bliskość jej ciała jednak nie pozwalały mi się zrelaksować, odpocząć. Nadal rosło we mnie napięcie, paskudna świadomość, że nie mogę zrobić nic więcej. Nie odważyłbym się zrobić nic więcej, nie patrząc już nawet na żądze własnego ciała. Musiałem być ponad to, chociaż ta część zwykłego mężczyzny we mnie buntowała się przed tym okrutnie.
        Czy wcześniej były jakieś kobiety? Czy później jeszcze jakieś będą? Czy poza Esją będzie dla mnie istniało coś nowego, coś równie ekscytującego? Nie potrafiłem przypomnieć sobie, co robiłem z chłodem własnego łoża, zanim pojawiła się w nim Esja – tak niespodziewanie, początkowo jako niechciany intruz. Przymknąłem powieki, kciukiem wolno gładziłem ramię, bark, część pleców, do której udało mi się dotrzeć. Aksamitna skóra. Westchnąłem przeciągle. Czy poczuję, kiedy pod moimi palcami pojawi się znak? Czy będę mógł go wyczuć, czy jest wydrążony w jej skórze, czy bardziej przypomina tatuaż? Zabawne, że właśnie te myśli teraz nawiedzały moją świadomość. Tak zupełnie bez znaczenia w porównaniu z ogromem zła i grzechu, jakiego teraz się dopuściliśmy. My, ja z przyjemnością, a Esja – miałem nadzieję, że końcowo wcale nie z mniejszą, niż moja.
        — Nauczę cię wszystkiego — odezwałem się w końcu, przeciągając głoski leniwie, powoli. Teraz nigdzie się nam nie spieszyło, a ekscytacja powoli znikała z powietrza. Zostawał jedynie przedsmak tego, co nigdy mi się nie należało. — Zrobię wszystko, żeby twój przyszły mąż miał z tobą naprawdę marne życie — przyznałem, a choć na mojej twarzy po tych słowach zawitał uśmiech, to zdawałem sobie sprawę z tego, że są naprawdę poważne. I szczere. Chciałem, żeby ten człowiek stracił wszystko, zanim jeszcze ten cały świat w postaci kapłanki trafił w jego ręce.
        Wypadałoby pewnie zapytać, jak się czuje. Albo jak było. Każdy mężczyzna zrobiłby to teraz, w tym momencie, a mimo wszystko ja nie otworzyłem już ust. Mruknąłem cicho, czując, że woda robi się coraz chłodniejsza. W tym dźwięku kryła się niezbyt dobrze schowana satysfakcja. Wiedziałem, jak było, dlaczego miałbym teraz o to pytać.
        — Zostaniesz na noc? — zapytałem w zamian, otwierając półprzymknięte oczy. Leżała tak na mnie, a ja na ścianie wanny, z głową odchyloną i opartą o brzeg.
        Jeśli kiedykolwiek poczuję zwątpienie w sens tego, co robię, w sens podejmowanych przeze mnie decyzji, wystarczającym będzie, że przypomnę sobie tą chwilę, ten moment, kiedy nasze ciała stygły tak blisko siebie. Kiedy wcześniej ktoś pchnął nas w płomienie ognia, a teraz czekaliśmy, aż wszystko opadnie. Wróci do normy. Zabawne. Czy była dla nas norma?
        Pierwszy wykonałem ruch. Podniosłem się, zmuszając ją do tego samego, nie leżeliśmy więc już, a siedzieliśmy. Ona na mnie, taka swobodna i plastyczna. Piękna. Z włosami spływającymi wokół twarzy o delikatnych rysach i zaróżowionych ustach i policzkach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/