Przed moimi oczami rozgrywał się teatr i
zainteresował mnie on na tyle, żeby się skupić na tym, co miało się dziać. Obszedłem
boks i stanąłem z łokciami opartymi o grubą, drewnianą belkę kwadratową w
przekroju i ociosaną na gładko z kory i drzazg. Z tej strony płachta, która
chroniła konie przed otoczeniem sięgała jedynie do połowy wysokości całej
konstrukcji i zostawiała swoiste okno długie na całą szerokość boksu. W razie
potrzeby lub wzmożonych wiatrów można było to zakryć dodatkową płachtą, która leżała
na prowizorycznym dachu. Deszcz padał tutaj od wielkiego dzwonu, ale
zdecydowałem się zakryć także piątą powierzchnie. Konie stały spokojniej i nie
wierzgały tak, jak kiedy miały zbyt wiele blasku księżyców.
Musiałem pochylić się do przodu, żeby
wygodnie oprzeć ramiona na drewnie. Po mojej twarzy błądził zagadkowy wyraz,
ale tamta dwójka zdawała się teraz zapominać o mojej obecności, tak mocno
pochłonięta próbą udowodnienia sobie czegoś nawzajem. Pasowała mi tutaj rola
obserwatora, który z rosnącym zainteresowaniem przyglądał się poczynaniom tych
dwóch – jakby nie patrzeć, dzieciaków, które ugrzęzły w tym dziecięcym sporze.
Moje czoło wygładziło się znacznie. Znałem Helikaona. Był narowisty i nie
tolerował nowych zapachów i ludzi w swoim boksie, dlatego patrzyłem uważnie,
ale w razie konieczności ani ja ani Dyfar nie bylibyśmy w stanie zareagować na
czas. Tak jak podejrzewałem jednak; ciemne, wielkie zwierzę musiało już wyczuć
w zapachu Esji nie tylko coś nowego, ale również jakąś znajomą cząstkę, znajomy
zapach. Mój zapach. Może dlatego nie podskoczył od razu nerwowo od zadu,
dlatego pozwolił się jej chociaż odrobinę zbliżyć.
Zacięcie Esji mnie bawiło, podobnie jak
postawa chłopaka względem tego nowego uczucia i całej sytuacji. Można by było
rzec, że miałem się tutaj wybornie, obserwując i słuchając tamtych dwóch, ale
jednak wyłączony z tego wszystkiego. Nawet, kiedy Esja zwracała się do mnie, to
raczej tylko po to, żeby temu drugiemu zagrać na nosie, bo wcale nie czekała na
odpowiedź, ba, ledwo w moim kierunku zerkała, zajęta swoim zadaniem
udowodnienia, do czego to nie jest zdolna.
Nie pozwoliłem sobie na okazanie
swojego rozbawienia, kiedy dziewczyna uciekała z boksu. Dyfar jednak nie miał w
sobie tyle opanowania. Szybko jednak przywołał wcześniejszy wyraz na twarz tak,
żeby ona go nie dostrzegła. Obrzuciła nas ostrym spojrzeniem, ale najwidoczniej
nie doszukała się niczego, czego mogłaby się uchwycić i podeszła do kolejnej
przegrody, w której znajdował się kolejny koń z kolekcji tych dobrych i bardzo
drogich naszej armii.
Dyfar zatrzymał się obok mnie. Jak na
chłopca w swoim wieku twarz miał teraz bardzo dojrzałą, ale nie patrzył mi w
oczy. Uciekał wzrokiem. Skorzystał z chwili, w której kapłanka skupiła się na
koniu i odchrząknął, a ja poczułem, że to dopiero wstęp do czegoś, co ma
nastąpić.
— Oficerze… Czy to się powtórzy? —
zapytał, zezując na mnie dwa razy, ale nie patrząc otwarcie. — Czy to tylko
jednorazowa… Sztuczka. Nie, wiadomo, pan oficer nie robiłby czegoś tylko na
pokaz, więc rozumiem, że to coś więcej, ale…
Zamilkł, jakby sam przyłapał się na
tym, że mówi znowu za dużo.
Zatrzymał się obok, z dłońmi
splecionymi za plecami. Kiwnął się raz i drugi na piętach, niecierpliwiąc się do
usłyszenia odpowiedzi. Lubiłem tego chłopaka. Szanował mnie i wydawało mi się –
to było tylko drobne przeczucie – że wcale nie robił tego ze strachu. Na mojej
twarzy odmalowało się zamyślenie. Też nie patrzyłem na niego, a na dziewczynę
przy jasnej klaczy.
Zazwyczaj unikał rozmowy ze mną, jeśli
to było konieczne i mogłem teraz uznać, że zaskoczył mnie jego potok słów.
Kiedy wracałem, zmęczony i cały we krwi, odbierał mojego konia, nigdy o nic nie
pytał, nie komentował. Tak było rozkazane przeze mnie, a on potrafił to
uszanować nawet pomimo całej swojej gadatliwości. Lubiłem go. Choć za dużo by
było równocześnie powiedziane, że on lubił także mnie.
— Wykonuj rozkazy, chłopcze — poleciłem
bez twardej nuty rozkazu, nadal wpatrzony w sylwetkę kapłanki. — I bądź milszy,
na litość. Rangą ta dziewczyna przewyższa cię o stokroć — przypomniałem, nawet
jeśli wcale to nie było konieczne.
Prawdopodobnie nie było, bo tylko
skrzywił się delikatnie, a później odszedł, jakby może wyczuwając, że chcemy
zostać sami. Ale po prostu wszystko, byle zniknąć z naszego pola widzenia. Nie
przejąłem się tym oczywiście, zamiast tego podszedłem do drugiego boksu i
krytycznie przyjrzałem się wierzchowcowi. Od dawna nie była pod siodłem.
Wydawało mi się nawet, że schudła. Może przez brak ruchu straciła również
apetyt? Sprawnie zignorowałem zaczepkę blondynki i machnąłem dłonią na innego
przemykającego nieopodal stajennego.
— Przygotuj dwa siodła.
I tak oto w ten sposób zdecydowałem, że
jedziemy na przejażdżkę. Własnoręcznie pokazałem Esji, jak zakładać siodło, jak
radzić sobie z wędzidłem i odpowiednio dopinać paski popręgu. Klacz także teraz
wydawała mi się bardziej ruchliwa, jakby już nie mogła się doczekać
rozciągnięcia nóg w galopie. Helikaon prychał za płachtą rozciągniętą między
boksami, kiedy ktoś w międzyczasie próbował nałożyć na niego siodło. Z
pewnością nie podobało mu się, że Dyfar nie poświęca mu czasu i zdecydował się
na złośliwe nastąpnięcie na nogę innego stajennego. Uśmiechnąłem się pod nosem,
słysząc jęk bólu. Stajenni mieli odpowiednie buty, ale mimo wszystko to musiało
boleć. Zwłaszcza, że kary koń wiedział, jak ustawić kopyto, żeby zrobić to
dotkliwie.
W końcu wszystko było przygotowane.
Wyprowadziłem swojego ogiera z boksu, wprost na mały placyk. Esja jeszcze była
w boksie, kiedy wsiadałem sprężyście na jego grzbiet. A stamtąd czułem się
naprawdę górujący nad wszystkimi innymi. Nagle ludzie stawali się jedynie
pionkami pod silnymi kopytami mojego konia.
— Odwołajcie straż — rzuciłem w stronę
wyjścia z placyku, podnosząc głos niemal do krzyku, kiedy zobaczyłem
uzbrojonego mężczyznę z konsternacją wymalowaną na twarzy. — To tylko krótka
przejażdżka. Przygotujcie się do dzisiejszej wyprawy — rozkazałem, a kiedy ten
sam mężczyzna znikał za jednym z boksów, Esja już był na swojej klaczy.
Obejrzałem się na nią przez ramię, a później spiąłem łydki i Helikaon ruszył
energicznym, niecierpliwym kłusem przed siebie, mijając namioty i ludzi, którzy
zaskoczeni konnym w obozie odskakiwali na boki, nierzadko z krzykiem.
Dopiero, kiedy wypadliśmy na bardziej
otwarty teren, początkowo zwolniłem. Raczej tylko dla niepoznaki, bo na chwilę później
ogier uderzony łydkami najpierw się wspiął, a następnie chętnie skoczył w
galop. Przed dzisiejszą wyprawą nie mogłem go zmęczyć, ale krótka przejażdżka
mu na pewno nie zaszkodzi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz