niedziela, 11 marca 2018

CC



        Przed moimi oczami rozgrywał się teatr i zainteresował mnie on na tyle, żeby się skupić na tym, co miało się dziać. Obszedłem boks i stanąłem z łokciami opartymi o grubą, drewnianą belkę kwadratową w przekroju i ociosaną na gładko z kory i drzazg. Z tej strony płachta, która chroniła konie przed otoczeniem sięgała jedynie do połowy wysokości całej konstrukcji i zostawiała swoiste okno długie na całą szerokość boksu. W razie potrzeby lub wzmożonych wiatrów można było to zakryć dodatkową płachtą, która leżała na prowizorycznym dachu. Deszcz padał tutaj od wielkiego dzwonu, ale zdecydowałem się zakryć także piątą powierzchnie. Konie stały spokojniej i nie wierzgały tak, jak kiedy miały zbyt wiele blasku księżyców.
        Musiałem pochylić się do przodu, żeby wygodnie oprzeć ramiona na drewnie. Po mojej twarzy błądził zagadkowy wyraz, ale tamta dwójka zdawała się teraz zapominać o mojej obecności, tak mocno pochłonięta próbą udowodnienia sobie czegoś nawzajem. Pasowała mi tutaj rola obserwatora, który z rosnącym zainteresowaniem przyglądał się poczynaniom tych dwóch – jakby nie patrzeć, dzieciaków, które ugrzęzły w tym dziecięcym sporze. Moje czoło wygładziło się znacznie. Znałem Helikaona. Był narowisty i nie tolerował nowych zapachów i ludzi w swoim boksie, dlatego patrzyłem uważnie, ale w razie konieczności ani ja ani Dyfar nie bylibyśmy w stanie zareagować na czas. Tak jak podejrzewałem jednak; ciemne, wielkie zwierzę musiało już wyczuć w zapachu Esji nie tylko coś nowego, ale również jakąś znajomą cząstkę, znajomy zapach. Mój zapach. Może dlatego nie podskoczył od razu nerwowo od zadu, dlatego pozwolił się jej chociaż odrobinę zbliżyć.
        Zacięcie Esji mnie bawiło, podobnie jak postawa chłopaka względem tego nowego uczucia i całej sytuacji. Można by było rzec, że miałem się tutaj wybornie, obserwując i słuchając tamtych dwóch, ale jednak wyłączony z tego wszystkiego. Nawet, kiedy Esja zwracała się do mnie, to raczej tylko po to, żeby temu drugiemu zagrać na nosie, bo wcale nie czekała na odpowiedź, ba, ledwo w moim kierunku zerkała, zajęta swoim zadaniem udowodnienia, do czego to nie jest zdolna.
        Nie pozwoliłem sobie na okazanie swojego rozbawienia, kiedy dziewczyna uciekała z boksu. Dyfar jednak nie miał w sobie tyle opanowania. Szybko jednak przywołał wcześniejszy wyraz na twarz tak, żeby ona go nie dostrzegła. Obrzuciła nas ostrym spojrzeniem, ale najwidoczniej nie doszukała się niczego, czego mogłaby się uchwycić i podeszła do kolejnej przegrody, w której znajdował się kolejny koń z kolekcji tych dobrych i bardzo drogich naszej armii.
        Dyfar zatrzymał się obok mnie. Jak na chłopca w swoim wieku twarz miał teraz bardzo dojrzałą, ale nie patrzył mi w oczy. Uciekał wzrokiem. Skorzystał z chwili, w której kapłanka skupiła się na koniu i odchrząknął, a ja poczułem, że to dopiero wstęp do czegoś, co ma nastąpić.
        — Oficerze… Czy to się powtórzy? — zapytał, zezując na mnie dwa razy, ale nie patrząc otwarcie. — Czy to tylko jednorazowa… Sztuczka. Nie, wiadomo, pan oficer nie robiłby czegoś tylko na pokaz, więc rozumiem, że to coś więcej, ale…
        Zamilkł, jakby sam przyłapał się na tym, że mówi znowu za dużo.
        Zatrzymał się obok, z dłońmi splecionymi za plecami. Kiwnął się raz i drugi na piętach, niecierpliwiąc się do usłyszenia odpowiedzi. Lubiłem tego chłopaka. Szanował mnie i wydawało mi się – to było tylko drobne przeczucie – że wcale nie robił tego ze strachu. Na mojej twarzy odmalowało się zamyślenie. Też nie patrzyłem na niego, a na dziewczynę przy jasnej klaczy.
        Zazwyczaj unikał rozmowy ze mną, jeśli to było konieczne i mogłem teraz uznać, że zaskoczył mnie jego potok słów. Kiedy wracałem, zmęczony i cały we krwi, odbierał mojego konia, nigdy o nic nie pytał, nie komentował. Tak było rozkazane przeze mnie, a on potrafił to uszanować nawet pomimo całej swojej gadatliwości. Lubiłem go. Choć za dużo by było równocześnie powiedziane, że on lubił także mnie.
        — Wykonuj rozkazy, chłopcze — poleciłem bez twardej nuty rozkazu, nadal wpatrzony w sylwetkę kapłanki. — I bądź milszy, na litość. Rangą ta dziewczyna przewyższa cię o stokroć — przypomniałem, nawet jeśli wcale to nie było konieczne.
        Prawdopodobnie nie było, bo tylko skrzywił się delikatnie, a później odszedł, jakby może wyczuwając, że chcemy zostać sami. Ale po prostu wszystko, byle zniknąć z naszego pola widzenia. Nie przejąłem się tym oczywiście, zamiast tego podszedłem do drugiego boksu i krytycznie przyjrzałem się wierzchowcowi. Od dawna nie była pod siodłem. Wydawało mi się nawet, że schudła. Może przez brak ruchu straciła również apetyt? Sprawnie zignorowałem zaczepkę blondynki i machnąłem dłonią na innego przemykającego nieopodal stajennego.
        — Przygotuj dwa siodła.
        I tak oto w ten sposób zdecydowałem, że jedziemy na przejażdżkę. Własnoręcznie pokazałem Esji, jak zakładać siodło, jak radzić sobie z wędzidłem i odpowiednio dopinać paski popręgu. Klacz także teraz wydawała mi się bardziej ruchliwa, jakby już nie mogła się doczekać rozciągnięcia nóg w galopie. Helikaon prychał za płachtą rozciągniętą między boksami, kiedy ktoś w międzyczasie próbował nałożyć na niego siodło. Z pewnością nie podobało mu się, że Dyfar nie poświęca mu czasu i zdecydował się na złośliwe nastąpnięcie na nogę innego stajennego. Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc jęk bólu. Stajenni mieli odpowiednie buty, ale mimo wszystko to musiało boleć. Zwłaszcza, że kary koń wiedział, jak ustawić kopyto, żeby zrobić to dotkliwie.
        W końcu wszystko było przygotowane. Wyprowadziłem swojego ogiera z boksu, wprost na mały placyk. Esja jeszcze była w boksie, kiedy wsiadałem sprężyście na jego grzbiet. A stamtąd czułem się naprawdę górujący nad wszystkimi innymi. Nagle ludzie stawali się jedynie pionkami pod silnymi kopytami mojego konia.
        — Odwołajcie straż — rzuciłem w stronę wyjścia z placyku, podnosząc głos niemal do krzyku, kiedy zobaczyłem uzbrojonego mężczyznę z konsternacją wymalowaną na twarzy. — To tylko krótka przejażdżka. Przygotujcie się do dzisiejszej wyprawy — rozkazałem, a kiedy ten sam mężczyzna znikał za jednym z boksów, Esja już był na swojej klaczy. Obejrzałem się na nią przez ramię, a później spiąłem łydki i Helikaon ruszył energicznym, niecierpliwym kłusem przed siebie, mijając namioty i ludzi, którzy zaskoczeni konnym w obozie odskakiwali na boki, nierzadko z krzykiem.
        Dopiero, kiedy wypadliśmy na bardziej otwarty teren, początkowo zwolniłem. Raczej tylko dla niepoznaki, bo na chwilę później ogier uderzony łydkami najpierw się wspiął, a następnie chętnie skoczył w galop. Przed dzisiejszą wyprawą nie mogłem go zmęczyć, ale krótka przejażdżka mu na pewno nie zaszkodzi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/