Pobudka przyszła za wcześnie. Stanowczo za wcześnie. Nevan jednak nie negocjował ze mną, na dzień dobry zarzucając mnie informacjami, które musiałam przyswoić i potwierdzić rzeczowo o dwa razy za dużo, że rozumiem wszystko. Potem zostawił mnie samą, a ja zdałam sobie sprawę z tego, co miało wczoraj miejsce w obozie i jak głaz ciężkie wyrzuty sumienia, opadły na mnie w jednej chwili. Miałam tu jedynie pelerynę. Okryłam się nią i tak, jak kazał opuściłam swój namiot, jak gdyby nigdy nic poszłam do własnego. Musiałam się przygotować, zadbać o siebie. Wtedy też jak na wezwanie w głowie, pojawiła się Mila. Wydawała się zadowolona, inna, niż wcześniej. Jakby urosła o dziesięć centymetrów, jakby nie była już cieniem, a faktycznie człowiekiem z krwi i kości. Sam fakt, że pierwsza się odezwała. Było to takie nowe. Jak wielka zmiana w niej zaszła.
- Pani, pomogę ci się przygotować - powiedziała spokojnie i skłoniła się lekko. Przechyliłam głowę w bok.
- Nie musisz, poradzę sobie - przypomniałam delikatnie i jakieś było moje zdziwienie, kiedy pomachała przecząco głową. Wcześniej nigdy nie pozwoliłaby sobie na coś takiego, na podważenie mojej decyzji. Wydawało mi się, że zrozumiała, iż zauważyłam tą zmianę. Z miejsca opuściła głowę pokornie, powróciła na moment stara Mila, ta przerażona, nieufna i wycofana.
- Wybacz najświętsza, pozwól, że wyjaśnię. Odkąd pamiętam byłam niewolnicą i robiłam, co musiałam ze strachu. Służyłam temu, kto mianował się moim panem, nie przywiązując wagi do tego, kto faktycznie nim był. Teraz... teraz jest inaczej. Chcę ci służyć najświętsza, ale żeby robić to dobrze, tak jak należy, nie mogę jedynie stać z boku - wyrzuciła z siebie i teraz moje zaskoczenie naprawdę było już ogromne. Zapanowała cisza i czułam, że to ja powinnam ją przerwać, ale nic sensownego nie przychodziło mi do głowy. Ostatecznie postanowiłam się do tego przyznać.
- Nie rozumiem, co masz na myśli - jeśli się nie mylę, po tych słowach na jej twarzy pojawił się drobny uśmiech. Pierwszy, jaki u niej widziałam. Przełknęłam ślinę. Nadal nie podniosła na mnie spojrzenia. Była taka pokorna, mimo tej nowej, niezrozumiałem pewności.
- Jesteś sama pani i wybacz, że pozwolę sobie na takie słowa, ale mało wiesz o świecie, mało widziałaś i to twoja słabość. Ja widziałam wiele, błagam pokornie, byś pozwoliła mi służyć radą. Nie musisz brać ich pod uwagę, ale jedynie wysłuchać - nieco się zawahała. Powoli zaczynało do mnie docierać, co właśnie ma między nami miejsce. Oferowała mi pomoc, ale czy ja o nią prosiłam? Czy jej potrzebowałam? Zamrugałam dwa razy, nie wiedząc, jak mam się zachować. Ostatecznie zależało mi na tej dziewczynie, była przecież moja, chociaż nie chciałam, by uważała, że traktuję ją przedmiotowo.
Widząc, że nie zamierzam nic powiedzieć, sama postanowiła kontynuować. Najpierw jednak zbliżyła się nieco do mnie, zajęła miejsce przede mną i jakby z dużą ostrożnością uniosła dłonie do wiązania przy mojej pelerynie.
- To piękne, co dla mnie zrobiłaś pani, nigdy nie będę w stanie wyrazić swojej wdzięczności. Są jednak tacy, którzy twoją delikatność na pewno będą chcieli wykorzystać, sama sobie z tym nie poradzisz. Będę twoimi oczami i jeśli będzie trzeba oddam za ciebie życie bez zawahania - powiedziała coś tak wielkiego w tak spokojny sposób. Moja peleryna opadła w jej ramiona, a ja patrzyłam szeroko otwartymi oczami.
- Co ty mówisz... to nie będzie konieczne, Milo - zauważyłam, łapiąc ją za ramiona i zmuszając do tego, aby spojrzała mi w oczy. W jej tęczówkach dostrzegłam determinację i ujmującą szczerość. Cokolwiek postanowiła, nie kłamała i nie rzucała słów na wiatr.
- Nie będzie, jeśli dobrze wszystko rozegramy, pani... - przytaknęła mi głową i delikatnie złapała za materiał mojej koszulki nocnej, jakby pytając o pozwolenie. Zawahałam się, zarumieniłam, poczułam niezręcznie, ale uniosłam ręce do góry, dając jej tym przyzwolenie na rozebranie mnie. W przeciwieństwie do mnie zachowywała się bardzo swobodnie, ja nie potrafiłam. Nadal byłam w szoku, a ona mówiła. Nie sądziłam, że jest w stanie tak wiele mówić, nie przypuszczałam też, że może być na tyle inteligentną dziewczyną. Wzięła misę z wodą i miękki materiał, który w nim zamoczyła, ale zaraz zamarła i zauważyłam, że patrzy na brzydkiego, bordowego krwiaka w otoczeniu sinych plam. - Na bogów, czy oficer Tealvash to widział? - zapytała, a ja odruchowo pokiwałam przecząco głową. Zaraz jednak coś do mnie dotarło. Zrobiłam dwa kroki w tył, jakby w przerażeniu, zasłaniając się.
- Jak mogłabym mu to pokazać? - powiedziałam z dużym oburzeniem, świdrując ją spojrzeniem. Wytrzymała to, a potem... po prostu pokornie opuściła głowę i bez skrępowania pokonała dystans, uklękła i ze spokojem uniosła materiał, by rozpocząć obmywanie mojej skóry. Ja natomiast z przerażeniem patrzyłam na nią, błagając bym coś źle zrozumiała.
- Służące są różne pani. Wiele z nas często się zastrasza, bądź przekupuje, by zdobyć informacje. Sama dawałam się nieraz tak potraktować, ale dla ciebie jestem gotowa przejść przez wszystko, bo jesteś pani światłem, jakiego w życiu nie widziałam. Pozwól mi siebie bronić - nadal ten spokojny ton. Nie mogłam już ignorować znaczenia jej słów. Nie mogłam uciekać od prawdy.
- Ty wiesz... - powiedziałam cicho, a ten fakt upadł między nas. Na moment przestała mnie obmywać, a potem uniosła podbródek do góry.
- Od dawna - przyznała. - Musimy jednak być sprytniejsze pani, jeśli chcemy, by nikt więcej się nie dowiedział - w jej oczach zabłysło coś niebezpiecznego, ale zaraz pokornie wróciła do swojej pracy. Ja natomiast stałam i patrzyłam w swoje własne oblicze, zastanawiając się nad tym ile zmian w moim życiu wprowadził wczorajszy dzień.
Mila pomogła mi ze wszystkim. Zaplotła mi włosy, ubrała mnie, a przy tym powiedziała, że w stolicy na pewno będą chcieli ją ode mnie odsunąć. Zrozumiałam nagle, jak bardzo nie chcę do tego pozwolić i jak wiele jej rad może okazać się jedynym źródłem sensownej wiedzy w kryzysowym momencie. Przestałam na nią patrzeć, jak na biedactwo, które dostałam w prezencie od Nevana. Nieświadomie oficer sprezentował mi tarczę, ale jeszcze... nie mogę mu powiedzieć o jej wadze. Obie uznałyśmy, że musimy nazbierać argumentów, świadczących o tym, że dziewczyna jest godna zaufania. Jak przerażające to nie było, miałyśmy chyba tą świadomość, że w razie potrzeby Tealvash nie będzie się wahał jak ja.
Rannych od wczoraj przybyło, a w namiocie medycznym unosił się nieprzyjemny zapach otwartych ciał, krwi i innych nieczystości. Mimo to nie wahałam się. Pomogłam tyle, ile byłam w stanie, znów odcinając się od myśli o mojej lekcji. Od wczoraj nadal tam wisiał. Nie musiałam tego sprawdzać, bo służąca zdała mi raport i nagle uderzyło mnie miłe uczucie, że całkiem przydatne okazują się dodatkowe oczy.
Nie chciałam się spóźnić na spotkanie z Nevanem, więc pomknęłam do stajni w odpowiednim czasie. Tam natomiast oprócz stajennych nie było nikogo. Rozglądałam się spokojnie po boksach, czekając na pojawienie się mężczyzny. Wszyscy wyglądali na zajętych, więc wolałam nie przeszkadzać, poza tym miała wrażenie, że moja obecność jest im nie na rękę.
- Jesteś - mruknęłam jedynie, gdy Tealvash się pojawił, ale on w odpowiedzi po prostu mnie złapał i zaczął gdzieś prowadzić. Sapnęłam cicho, w ciszy za nim podążając, aż nie zatrzymaliśmy się przed tak charakterystycznym, znanym już przeze mnie czarnym wierzchowcu. Nie miałam pojęcia, co też planuje. Zamrugałam zaskoczona, słysząc wyjaśnienia. Byłam w szoku. Zmrużyłam też oczy, zastanawiając się, czy może nie jest to jakąś wymówką, aby odciągnąć mnie od pracy z rannymi. Trudno było mi zgadnąć, z resztą teraz nie miałam na to wiele czasu, szczególnie w chwili, w której Nevan zawołał do nas stajennego.
Zamrugałam zaskoczona i spojrzałam na Dyfara. Jedno było pewne, w tej chwili oboje mieliśmy te same miny wymalowane na naszych twarzach. Ja jednak miałam ten przywilej, że nieco więcej można mi było powiedzieć.
- Skąd taki pomysł? - przerwałam ciszę, ale szybko dotarło do mnie, że to zabrzmiało, jakbym miała nie podołać temu zajęciu, a to z kolei wcale mi się nie spodobało. Tym bardziej, że miałam wrażenie, że po tym pytaniu twarz stajennego wyglądała, jakby chciał powiedzieć, że to raczej niemożliwe. - Oczywiście nie mówię, że nie chcę... co w tym niby trudnego? - prychnęłam, prostując się znacząco.
- Jeśli mogę, najświętsza... konie to duże zwierzęta, często kapryśne. Siodła są ciężkie, wędzidło nieraz trza wpychać na siłę, nastąpić się taki nie nastąpi pod byle dotykiem, a kopyta... och, nieraz trzeba się nasiłować, żeby uniósł nogę...- mówił i mówił, a ja zwęziłam oczy. Ewidentnie we mnie nie wierzył.
- Wybacz drogi Dyfarze, ale nieszczególnie rosły z ciebie mężczyzna. Jeśli ty dajesz radę, to ja też dam - uśmiechnęłam się grzecznie, jednak... irytacja bardzo wyraźnie błyszczała w moich oczach. Potrafiłam być ambitna i normalnym było, że wówczas miałam ochotę coś udowodnić, tak jak teraz. Chłopak uniósł brwi, a potem cmoknął.
- Jeśli taka oficerska wola, nie mnie ją podważać - wzruszył ramionami, chociaż o entuzjazmie nie było mowy. - Zacznijmy od sierści, to dobre na początek - mruknął i wziął z ziemi zgrzebło, które mi podał. Od razu je ujęłam, unosząc podbródek.
- Wybornie - skwitowałam, odwracając się na pięcie i jak gdyby nigdy nic otworzyłam wejście do boksu, jak się okazuje Helikaona. Koń stał dumnie, w kłębie mnie przerastał. Teraz zdałam sobie z tego sprawę. Był wielki i nie bezpieczny, jak w chwili, w której Nevan go kontorlował. Właśnie zdałam sobie z tego sprawę. Zamrugałam trzy raz.
- Z daleka pani go nie wyczyścisz - mruknął Dyfar. Zacisnęłam zęby i łaskawie się do niego uśmiechnęłam, a potem przeniosłam wzrok na Nevana.
- Doprawdy światłego nauczyciela dla mnie wybrałeś, oficerze - nie mogłam sobie odmówić tej uwagi, po czym podeszłam do konia, a w chwili w której ułożyłam zgrzebło na jego ciele i przejechałam, ten drgnął cały, prychnął i odwrócił się nagle do mnie łbem. Pisnęłam odskakując do tyłu i jeśli się nie mylę, usłyszałam odgłos ludzkiego prychnięcia. Kiedy na nich spojrzałam, żadne nie przejawiało rozbawienia. Zmrużyłam oczy.
- Cóż... w tym miejscu ma łaskotki - mruknął stajenny.
- Cudownie, że mówisz - zauważyłam, a on wzruszył ramionami. Jeśli zaś chodzi o ogiera, ten jakby zniecierpliwiony zaczął grzebać kopytem w sianie i zaraz prychnął ponownie, a ja oparłam się plecami o ściankę boksu. - Chyba mnie nie lubi... - mruknęłam.
- Sama pani, chciałaś go czyścić.
- Jak to sama?
- A to ja kazałem wchodzić do Helikaona? Wyrwałaś się najświętsza do największego demona w tej stajni - rzucił luźno, a ja stłamsiłam w sobie chęć powiedzenia, że największy stoi obok niego, albo tego, że jaki pan, taki wierzchowiec. W każdym razie opuściłam boks w jednej chwili. Kiedy to zrobiłam z boksu obok wyłonił się łady, zgrabny biały łeb. Uśmiechnęłam się zaraz.
- Witaj ślicznotko... - pogładziłam ją między oczami.
- Amaltea dawno nie była pod siodłem - zauważył Dyfar. Przeprosił nas na moment, a ja spojrzałam na Tealvasha.
- Nikt na niej nie jeździ poza mną? - zapytałam niepewnie. Była o wiele milszego usposobienia, niż jego rumak. Przede wszystkim nie przerażała mnie tak. Wydawało mi się, że całkiem nieźle się ze sobą dogadywałyśmy. Poklepałam ją z czułością po szyi i obróciłam się do Nevana, korzystając z chwili samotności.
- To jak? Jeśli ładnie ją oporządzę, pozwolisz mi na przejażdżkę? Czy lepiej poczekać, aż pojedziesz i pozwolić sobie na niegrzeczną samowolę? - zapytałam, bezczelnie spoglądając mu przy tym w oczy. Może nikt nas nie słyszał, ale dookoła było dość ludzi, by jego władza nade mną, jak i czyny były w pewnym stopniu ograniczone, co z kolei napawało mnie jakąś ekscytacją. Uśmiechnęłam się psotnie, zdając sobie sprawę z tego, jak rzadko mogę sobie pozwolić na podobne zachowanie. Całkiem to miła odmiana, nie zamierzałam narzekać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz