Pomachałam jedynie głową na boki, słysząc jego słowa i nie odmówiłam sobie delikatnego uśmiechu. Czyli przejażdżka. Oczywiście to jego decyzja, a moja zaczepka nie miała tutaj nic do rzeczy. Mimo to, dla samej siebie, we własnej głowie nieco inaczej to interpretowałam.
Jak się okazało sam Tealvash pokazał mi wszystko i złapałam się na tym, że większą swobodę czułam w rozmowie z Dyfarem. Wiązało się to chyba z tym, że przy chłopcu nie przejmowałam się błędami, a przy oficerze chciałam wypaść naprawdę perfekcyjnie, a niestety to nie zawsze mi wychodziło. Mimo to robiłam co w mojej mocy. Musiałam mieć trochę głupią minę, kiedy zaciskałam mocno usta, próbując zebrać całą swoją siłę i zarzucić siodło. Robiłam co w mojej mocy, aby ze wszystkim sobie poradzić i koniec końców byłam z siebie dumna. Tak oto pierwszy raz przygotowałam sobie prawie sama wierzchowca. Być może taka wiedza była bardziej przydatna, niż teraz mogła się wydawać.
Podczas nauki zrozumiałam też, że nie tylko za mną koń Nevana nie przepada. Co ciekawe miałam już przyjemność na nim jechać, ale oczywiście w towarzystwie oficera. Wtedy zachowywał się bez zarzutów. Zastanawiało mnie to, czy zwierze wyczuwało, że ze swoim panem nie ma szans i pod nim po prostu pokorniało. Swoją drogą, jak spojrzeć na Tealvasha, to niemal widać mroczną aurę dookoła niego. Może działa i na zwierzęta? Ciekawe spostrzeżenie dla którego teraz nie miałam za wiele czasu. Tym bardziej, że oficer już zdążył zabrać konia, a mnie zatrzymał Dyfar.
- Najświętsza jedzie w tym? - zagadnął, a ja zdałam sobie sprawę, że faktycznie mam na sobie szatę kapłańską. Od razu wsadziłam mu w dłonie lejce.
- Wyprowadzaj go bardzo wolno, oficer nie lubi czekać bezczynnie - mruknęłam jedynie i wyślizgnęłam się bokiem, pędząc do swojego namiotu. Jeśli czegoś nadal nie opanowałam do perfekcji, to było to wiązanie gorsetu na koszuli. Zrobiłam to jako tako, nie chcąc, aby Nevan na mnie czekał. Dlatego też znów przebiegłam przez obóz, nieco zdyszana wpadając do stajni i odbierając wodzę. Zajęło mi to naprawdę mało czasu, można nawet zaryzykować i uznać, że oficer nie zauważył, że przebrałam się w spodnie i koszulę.
Wskoczyłam w siodło zaraz po wyjściu ze stajni. Mój towarzysz nic nie powiedział, po prostu ruszył bez słowa, a ja prychnęłam. To bez wątpienia był ten Nevan, który potrafił mi działaś na nerwy. Zapomniałam w ostatnim czasie o tym obliczu, ale nie zamierzałam przez to zostawać w tyle. Co to, to nie. Może faktycznie ostatnimi czasy nastroje między nami się zmieniały, ale to nie oznacza, że nie potrafimy wrócić do tego, co już znane. Ja na ten przykład uwielbiałam się z nim spierać, a może nawet po cichu rywalizować? Pewnie dlatego zaraz spięłam Amalteę, by ta nie została zbyt daleko za Helikaonem. Udało mi się z nim zrównać, gdy wypadliśmy na otwarty teren, a mężczyzna zwolnił... jednakże nie trwało to długo. Tym razem zareagowałam szybciej, nie pozostając mu dłużną, a biała klacz spragniona szybkości mnie nie zawiodła. Sama rozpromieniłam się zaraz, czując, jak upięcie, które na dziś wybrała dla mnie Mila całkowicie poddaje się pędowi. Cóż, wcale się tym nie martwiłam. Było mi zbyt dobrze.
- Wzdłuż rzeki! - poinformowałam Nevana i nie czekając na żadną informację od niego, odbiłam na prawo, gdzie między skałami widniało łagodniejsze zejście w dół, do koryta Zbliżyłam się, bardziej i bardziej, a w chwili, w której koń pędził po płytkiej wodzie, poczułam się jeszcze lepiej. Śmiejąc się i spoglądając to na swój cień, to na postać oficera, który oczywiście w tyle nie zostawał, ale miał przynajmniej tyle przyzwoitości, by nie wyprzedzać mnie zanadto.
Pędziliśmy przed siebie, już dawno porzucając obóz za pagórkami i skałami. Zmęczona pędem poluzowałam wiązanie przy szyi, ciesząc się z tego, jak wiatr znajduje drogę pod koszulą i omiata moje rozgrzane ciało. W końcu jednak uznaliśmy, że przyda się przerwa, a może bardziej Nevan uznał, bo wyprzedził mnie i w całkiem widowiskowy sposób zatrzymał ogiera. Zeskoczył z niego płynnie, więc i ja musiałam się zatrzymać, chociaż przyznaję, że miałam zbyt dobry humor, by zrobić to bez słowa.
- Już chcesz odpoczynku, oficerze? Możesz tu zostać, a ja pojadę dalej i wrócę po ciebie, jak będę wraca... - nie zdążyłam dokończyć swojej wypowiedzi, bo poczułam mocne szarpnięcie, a potem z przerażeniem zrozumiałam, że lecę w dół. Na całe szczęście nie spotkałam się z ziemią, a z ramionami tego, kto postanowił mnie ściągnąć z siodła. Wcale tak miękko w nie nie wpadłam.
Obrzuciłam go niezadowolonym spojrzeniem.
- Jesteś okropny - mruknęłam mu prosto w usta, a potem... zdałam sobie sprawę, że jesteśmy sami. Nie tak, jak u niego w namiocie. Inaczej. Dookoła nie było nikogo. Siłą rzeczy poczułam, że się rumienię, a oddech mi nieco przyspieszył, twarz złagodniała. Byłam zgrzana galopem, ale to miejsce było przyjemne. Skalna ściana dawała nieco cienia, od rzeki bił przyjemny chłód. Kiedy mnie postawił nie zastanawiałam się długo, przysiadłam na kamieniu i wyciągnęłam koszulę ze spodni, była męska więc sięgała mi przed kolana. Potem pozbyłam się butów, a po chwili wahania i spodni.
- Jest gorąco oficerze, marzę o tej rzece od dawna - uśmiechnęłam się radośnie, po czym go minęłam i weszłam po kostki. - Możesz być służbistą, który stoi na czatach, a możesz dołączyć do mnie. Ostatecznie jednak, pragnę przypomnieć, obiecałeś mi kąpiel wczorajszego wieczora, a tej się nie doczekałam. Niesłowny z pana mężczyzna, oficerze - rzuciłam, patrząc na swoją stopę, którą kreśliłam wzory na tafli. W zasadzie to dobrze się tutaj czułam, pozwalałam sobie na większą swobodę ruchów, może nawet tanecznych. Odchyliłam głowę do tyłu, nie myśląc już o tym, że może nieco naciągnęłam fakty, bo obietnicą jego słów nie dało się nazwać, ale to nie było istotne. Teraz, kiedy byliśmy po środku niczego, kiedy udało mi się zdobyć swoją wymarzoną ucieczkę, nie chciałam skupiać się na niczym, co mogło zostać załatwione po naszym powrocie do obozu.
Tylko tu i teraz. Tylko on i ja.
- Woda jest naprawdę cudowna - rzuciłam w powietrze i z przymkniętymi oczami wykonałam swobodny obrót. Czułam się tak lekka, jak nigdy, jakby nic mi nie ciążyło. O skrępowaniu nie było mowy, bo może... rozwiązałam jeszcze gorset i rzuciłam go niedbale na brzeg, pozostając w samej koszuli. Od razu też wiatr przyjemniej otulał moje ciało. Teraz nie myślałam o tym, że kiedyś będzie trzeba wrócić. Było mi zbyt dobrze w tym miejscu, a upał zdawał się nie być męczący, tak, jak to miało miejsce w obozie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz