Szalony pęd nie zamienił się w zawody,
w których ktoś musiał coś udowodnić. Chyba oboje poczuliśmy ten zastrzyk
adrenaliny, kiedy pod nami konie uderzały o suchą, stwardniałą ziemię, a wiatr
rozbijał się nam na twarzach i zostawiliśmy troski za sobą tak, że nie były w
stanie doścignąć nas w tym galopie. Zmiana kierunku była wręcz odruchowa,
podążyłem w stronę, którą wskazała Esja. Nie znałem tych terenów, oboje nie
mieliśmy na sobie na dobrą sprawę zbroi, a mimo wszystko, był to front wojenny.
Chyba tylko Esja mogła być tym faktem tak zupełnie nieprzejęta, dotarło do
mnie, kiedy obserwowałem jak jeszcze zmusza konia do szybszego biegu. A może to
Amaltea tak rwała się do przodu, zadowolona, że w końcu ktoś poświęcił jej
odrobinę uwagi. Dotrzymywałem jej tempa z łatwością. Mijaliśmy być może mile,
razem i jednocześnie samotnie, oddzieleni hałasem galopu i wiatru, który nas
rozdzielał. Był mi bardzo… Przyjemnie. Dawno nie robiłem takich nierozsądnych,
żeby nie powiedzieć głupich rzeczy jedynie dla własnej przyjemności i korzyści.
Prawie, jakbym zapomniał, że można w ogóle sobie na coś takiego pozwolić.
Kiedy zsiadałem z grzbietu Helikaona,
czułem, że pot skroplił się na moim karku i czole, było paskudnie gorąco;
słońce nie ustępowało na niebie nawet jednej chmurze, a kiedy zadarłem głowę,
żeby to sprawdzić, jak zwykle oślepiła mnie nie tylko jego jasność, ale również
praktycznie biały nieboskłon. Nabierał niebieskawej barwy jedynie bardzo blisko
horyzontu. Nawet bliskość wody teraz nie dawała wytchnienia. Możliwe, że
wymarsz opóźni się o godzinę, dwie… Zacząłem analizować to, jak maszerować w
takich warunkach i jaką obrać taktykę, a później odezwała się kapłanka i
przypomniałem sobie, gdzie właściwie jesteśmy. I że nie muszę na razie niczego
planować, bo przecież to miała być też moja chwila odpoczynku od funkcji w
obozie. Nie byłem tylko pewny, czy uda mi się ją tak zwyczajnie wyłączyć.
Siłą rzeczy skrzywiłem się, a później
podszedłem do jej wierzchowca z zamiarem pokazania, że owszem, kiedy ja mówię,
że będzie przerwa, to jest przerwa. Nawet nie potrzebowałem słów, a jedynie
precyzyjnego szarpnięcia, a Esji już nie było w siodle. Nawet rozbawił mnie ten
fakt, że tak łatwo ją stamtąd zerwać.
— Jestem paskudny — przyznałem,
pozwalając jej się odsunąć. Nie była to żadna odkrywcza prawda, ale ponownie…
Sposób, w jaki ona to mówiła bawił mnie do tego stopnia, że na ustach pojawił
mi się uśmiech. Daleko mu było do miłych.
Kiedy Esja odeszła, ja złapałem wodze
obu koni i związałem je sprawnie razem tak, żeby w razie czego nie plątały im
się pod nogami. Wystraszony koń to niebezpieczny koń, nawet dla siebie samego,
dlatego zająłem się tym, uznając że skoro kapłanka już zajęła się czymś innym,
to to zadanie jest moje. Ale mimo wszystko kątem oka patrzyłem, co też wyrabia,
wchodząc do wody. Uniosłem brwi na słowo „służbista”. Byłem autentycznie
zdziwiony, skąd też przyszło jej do głowy to słowo. Może raczej tyran, albo
potwór? Służbista mimo wszystko mi nie pasowało.
Pozwoliłem koniom odejść, klepiąc
Amalteę lekko w zad. Kwiknęła tylko, a później pociągnęła za zawiązane wodze,
jakby niezbyt zadowolona z faktu, że nie może biegać sama, swobodnie. Przez
chwilę obserwowałem, jak zwierzęta ciągną się za ogłowia, a później, kiedy
stwierdziłem, że nie ma większego niebezpieczeństwa, powróciłem spojrzeniem na
Esję. A ona już praktycznie niczego na sobie do tej pory nie miała.
Po chwili wahania zrzuciłem z siebie
ciężkie buty, a później także kilka kolejnych części garderoby; skórzane
naramienniki, kamizelkę, koszulę bez rękawów, a następnie jeszcze wierzchnie
spodnie, które sięgały do połowy łydki. Pozbawienie się ubrań jednak nie przyniosło
jeszcze całkowitej ulgi; fakt, wiatr teraz przyjemnie co jakiś czas rozbijał
się o moją rozgrzaną, spoconą skórę, ale nadal było niemiłosiernie gorąco.
Wszedłem do wody i bez żadnego słowa podszedłem do Esji. Wyglądała, jakby już
zupełnie nic jej nie interesowało, szarpnąłem więc za koszulę i przeciągnąłem
ją przez jej głowę. Odrzuciłem materiał podobnie jak ona gorset na brzeg, a
później złapałem ją w pasie i pociągnąłem za sobą… Prosto pod wodę. Bez
ostrzeżenia. Nie była na tyle głęboka, żeby ten gest mógł stanowić
niebezpieczeństwo, a nurt nie był tutaj rwący; rzeka rozlewała się szeroko w
zakolu, tworząc przyjemne swoiste jeziorko. Uderzyłem kolanem o dno, a zimna
woda szybko wycisnęła powietrze z moich płuc. Ale było to wszystko kurewsko
przyjemnie, dlatego kiedy odepchnąłem się stopami silnie od podłoża i nie
wypuszczając z ramion dziewczyny wyciągnąłem nas zaraz na powierzchnię, krótki,
szczery śmiech opuścił moje gardło.
Był tak… Oczyszczający. Nie pamiętam,
kiedy ostatnio bawiłem się tak niczym dziecko, kiedy się tak śmiałem, jak
wtedy, kiedy jeszcze życie nie zdążyło obedrzeć mnie ze wszystkich złudzeń.
Teraz miałem wrażenie, że cofnąłem się przypadkowo do tych czasów. Puściłem
Esję i pozwoliłem się odsunąć, nabrać tchu po tym niespodziewanym ataku. Woda była lodowata, a
nasze ciała rozgrzane słońcem i wysiłkiem, więc pierwszy kontakt sprawiał
wrażenie, że zaraz zamarznę. Wystarczyło tylko kilka krótkich chwil, żeby to
wrażenie zniknęło.
—
Proszę, oto obiecana kąpiel — rzuciłem, rozkładając na powierzchni wody ręce.
Była przejrzysta, a dno kamieniste. W takim klimacie nie było mułu ani błota, a
rzeka musiała mieć ujście w górach niedaleko stąd. — Teraz już nie można nazwać
mnie niesłownym, prawda, kapłanko? Żywię nadzieje, że czerpiesz z tego wielką
przyjemność — dodałem złośliwie, stając na palcach na dnie, którego tutaj już
ledwo dosięgałem. Zanurzony praktycznie aż po ramiona czułem, jak zmęczenie i
pot spływają w dół wraz z nurtem. Poruszyłem się nieco w przód, w stronę Esji,
do miejsca, gdzie rzeka znacznie się wypłycała.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz