wtorek, 13 marca 2018

CCIV



        Choć dawała przyjemne schronienie przed pustynnym upałem tego miejsca, rzeka nadal nie była miejscem bezpiecznym, czy chociaż przyjaznym dla ludzi, którzy nie znali jej tak jak my. Na dobrą sprawę mogły pływać tu śmiertelnie groźne zwierzęta, a zwodnicze prądy łatwo mogły znieść nas dalej, daleko, w miejsca, gdzie ciężej wypływa się ponad powierzchnię. Mimo tego nie potrafiłbym się teraz tym martwić, teraz kiedy na nowo stałem się po prostu beztroskim dzieckiem, które z taką okrutnością zabito we mnie, kiedy był czas dać mu się rozwinąć. Złapałem dziewczynę, kiedy przypadkowo ponownie zanurkowała, to był odruch, ale nie poczułem ukłucia strachu gdzieś pod sercem. Konsekwencje teraz nie miały wagi, a miały ją jedynie czyny. Odsunąłem mokre włosy z twarzy Esji, patrząc na to, jak ponownie łapczywie nabiera powietrza do ust. Uśmiechnąłem się nawet bezczelnie, ze zmrużonymi oczami i ściągniętymi brwiami, kiedy odezwała się po raz kolejny. W tej rzece nie było rzeczy, których nie powinno się robić. Miałem nawet wrażenie, że bierze wspomnienie naszych ciał ze sobą, w dół nurtu, a to rozmywa się tam tak, żeby nikt nigdy nie dowiedział się, co tutaj zaszło. Zmywa z nas nasze przewinienia i to był tak łatwe do zaakceptowania.
        Razem bylibyśmy wyjęci spoza prawa. Osobno mieliśmy wszystko, o czym mogły jedynie marzyć szerokie masy. Decyzja pomiędzy tymi dwoma stanami powinna być łatwa, dlaczego więc nie była?
        Pokręciłem powoli głową, jakby w zapewnieniu, że nie puszczę, po czym lekko stawiałem kroki. Pod wodą wszystko było o wiele lżejsze niż w powietrzu, praktycznie nie czułem ciężaru ciała kapłanki ani swoich własnych kroków. To woda mnie niosła, spychała i wodziła, a była przy tym tak kojąco chłodna, że w niepamięć odeszły już te momenty zgrzania i zadyszenia po rwistym galopie. Nie przyszło mi nawet na myśl, żeby sprawdzić co z naszymi końmi. Po prostu pozwoliłem sobie oddać się w tą beztroskę.
        Sam rozluźniłem uścisk dłoni na biodrach blondynki, kiedy ona zdecydowała się mnie puścić rękami. Rozciągnąłem je na bok, rozchlapując drobne partie wody. Staliśmy tak oboje, przez chwilę w milczeniu, ciesząc się tym momentem swobody i samotności, na jaką nie było szans w obozie. Dookoła był cicho, ale tylko na pozór. Gdyby oddać odrobinę więcej uwagi naturze, łatwo było usłyszeć tony, jakimi się posługiwała, z jakich tworzyła swoją muzykę. Szum wody, może nawet wodospadu w niedalekiej odległości nie zagłuszał świszczenia owadów w powietrzu, ani odgłosu kopyt na piaskowej skale, jakie tworzyły dwa związane ze sobą wierzchowce. Życie tętniło tutaj, w oazie wody. Może to miejsce stanowiło wodopój dla jakiegoś stada? Ta myśl sprawiła dreszcz ekscytacji.
        W naturze wszystko miało swoje miejsce. Jak naiwne i bałamutne było to dla osoby takiej, jak ja, ale ten fakt był niewielkim źródłem nadziei. Na coś, czego nie chciałem nazywać.
        — Mogę obiecać — odezwałem się w końcu, spojrzeniem powracając na skupioną w zmieniającej się w różnych wyrazach twarz Esji. Nie potwierdziłem w odpowiedzi na pierwsze pytanie, ale nie czułem, że to jest konieczne. Może to był tylko wstęp do tej rozmowy. Zatrważające, że to stwierdzenie przyszło mi tak łatwo. — Że jeśli będzie okazja, to ją wykorzystamy.
        Nie była to do końca obietnica, którą kapłanka pewnie chciała usłyszeć, zobaczyłem to w odbiciu na jej twarzy, ale nie mogłem inaczej. Nie potrafiłem obiecać czegoś, czego być może nigdy nie przyjdzie mi spełnić. Wyciągnąłem dłonie z wody i położyłem je po obu stronach jej ciepłej, nadal grzanej słońcem twarzy. Były w kontraście bardzo zimne. Zmusiłem, żeby patrzyła na mnie, chociaż nie byłem pewny, co właściwie chcę powiedzieć.
        — A ty obiecaj, że będziesz pamiętać o tych chwilach. Że jeśli będziesz o mnie myśleć, to nie zapomnisz o rzeczach, które udało mi się zrobić dobrze. Ale nie zapomnisz o tym, co zadało ci ból i będziesz uważać na siebie tam, gdzie mnie nie będzie — powiedziałem, a moje brwi zjechały w dół, w ponurym jak na tą sytuację wyrazie. Trwało to nie dłużej, niż kilka sekund, a później moja twarz ponownie bardziej się rozpogodziła, ale tamten grymas nadal był gdzieś we mnie, tkwił wewnątrz, czułem, że tam jest. Chciałem usłyszeć odpowiedź i chciałem, żeby ta szczera pokrywała się z tym, co chcę usłyszeć.
        Wszystko w naturze miało swoje miejsce. Zwierzęta i owady ciągnęły do wody, bo dawała życie. Tak samo ja miałem wrażenie, że jeśli tylko oddalę się od Esji, będę niczym jeden okaz skazany na zagładę dlatego, że za bardzo oddalił się od wodopoju. Może nie wszystko w przyrodzie ma swoje miejsce. Może wcześniejsza myśl i głupia nadzieja były podkoloryzowane emocjami tej chwili. Mimo tego wszystkiego nie zamierzałem puścić Esji bez odpowiedzi. Na pewno sama też by tego nie zrobiła. Teraz moja twarz ponownie wygładziła się jeszcze bardziej.
        — Po prostu mi to obiecaj. Wystarczy — zapewniłem spokojnym głosem, który krył w sobie szalejącą burzę.
        Tony muzyki, tej radosnej i wesołej, drgały jeszcze w powietrzu, ale powoli odsuwały się coraz bardziej. Unosiły się, oddalały, a w tej dali zamierały zupełnie, stłamszone przez ciszę. Na ich miejsce pojawiały się nowe, mroczne nuty, grające powoli, ale groźnie. Miałeś jeszcze w pamięci ten wesoły ton i nie wiedziałeś dokładnie, kiedy zamarzł, zatrwożony tym, co nadchodziło i co stłamsiło go tak brutalnie.
        Ale nie teraz.
        Teraz można było jeszcze wsłuchać się w radosną melodię szumu rzeki i wodospadu. Rżących koni. Śmiechu Esji, który nie wygasł, który odtwarzał się w pamięci niczym silne echo. Po prostu jeszcze nie teraz. Kiedyś.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/