Choć dawała przyjemne schronienie przed
pustynnym upałem tego miejsca, rzeka nadal nie była miejscem bezpiecznym, czy
chociaż przyjaznym dla ludzi, którzy nie znali jej tak jak my. Na dobrą sprawę
mogły pływać tu śmiertelnie groźne zwierzęta, a zwodnicze prądy łatwo mogły
znieść nas dalej, daleko, w miejsca, gdzie ciężej wypływa się ponad
powierzchnię. Mimo tego nie potrafiłbym się teraz tym martwić, teraz kiedy na
nowo stałem się po prostu beztroskim dzieckiem, które z taką okrutnością zabito
we mnie, kiedy był czas dać mu się rozwinąć. Złapałem dziewczynę, kiedy
przypadkowo ponownie zanurkowała, to był odruch, ale nie poczułem ukłucia
strachu gdzieś pod sercem. Konsekwencje teraz nie miały wagi, a miały ją
jedynie czyny. Odsunąłem mokre włosy z twarzy Esji, patrząc na to, jak ponownie
łapczywie nabiera powietrza do ust. Uśmiechnąłem się nawet bezczelnie, ze
zmrużonymi oczami i ściągniętymi brwiami, kiedy odezwała się po raz kolejny. W
tej rzece nie było rzeczy, których nie powinno się robić. Miałem nawet
wrażenie, że bierze wspomnienie naszych ciał ze sobą, w dół nurtu, a to rozmywa
się tam tak, żeby nikt nigdy nie dowiedział się, co tutaj zaszło. Zmywa z nas
nasze przewinienia i to był tak łatwe do zaakceptowania.
Razem bylibyśmy wyjęci spoza prawa.
Osobno mieliśmy wszystko, o czym mogły jedynie marzyć szerokie masy. Decyzja
pomiędzy tymi dwoma stanami powinna być łatwa, dlaczego więc nie była?
Pokręciłem powoli głową, jakby w
zapewnieniu, że nie puszczę, po czym lekko stawiałem kroki. Pod wodą wszystko
było o wiele lżejsze niż w powietrzu, praktycznie nie czułem ciężaru ciała
kapłanki ani swoich własnych kroków. To woda mnie niosła, spychała i wodziła, a
była przy tym tak kojąco chłodna, że w niepamięć odeszły już te momenty
zgrzania i zadyszenia po rwistym galopie. Nie przyszło mi nawet na myśl, żeby
sprawdzić co z naszymi końmi. Po prostu pozwoliłem sobie oddać się w tą
beztroskę.
Sam rozluźniłem uścisk dłoni na
biodrach blondynki, kiedy ona zdecydowała się mnie puścić rękami. Rozciągnąłem
je na bok, rozchlapując drobne partie wody. Staliśmy tak oboje, przez chwilę w
milczeniu, ciesząc się tym momentem swobody i samotności, na jaką nie było
szans w obozie. Dookoła był cicho, ale tylko na pozór. Gdyby oddać odrobinę
więcej uwagi naturze, łatwo było usłyszeć tony, jakimi się posługiwała, z
jakich tworzyła swoją muzykę. Szum wody, może nawet wodospadu w niedalekiej
odległości nie zagłuszał świszczenia owadów w powietrzu, ani odgłosu kopyt na
piaskowej skale, jakie tworzyły dwa związane ze sobą wierzchowce. Życie tętniło
tutaj, w oazie wody. Może to miejsce stanowiło wodopój dla jakiegoś stada? Ta
myśl sprawiła dreszcz ekscytacji.
W naturze wszystko miało swoje miejsce.
Jak naiwne i bałamutne było to dla osoby takiej, jak ja, ale ten fakt był
niewielkim źródłem nadziei. Na coś, czego nie chciałem nazywać.
— Mogę obiecać — odezwałem się w końcu,
spojrzeniem powracając na skupioną w zmieniającej się w różnych wyrazach twarz
Esji. Nie potwierdziłem w odpowiedzi na pierwsze pytanie, ale nie czułem, że to
jest konieczne. Może to był tylko wstęp do tej rozmowy. Zatrważające, że to
stwierdzenie przyszło mi tak łatwo. — Że jeśli będzie okazja, to ją
wykorzystamy.
Nie była to do końca obietnica, którą
kapłanka pewnie chciała usłyszeć, zobaczyłem to w odbiciu na jej twarzy, ale
nie mogłem inaczej. Nie potrafiłem obiecać czegoś, czego być może nigdy nie
przyjdzie mi spełnić. Wyciągnąłem dłonie z wody i położyłem je po obu stronach
jej ciepłej, nadal grzanej słońcem twarzy. Były w kontraście bardzo zimne.
Zmusiłem, żeby patrzyła na mnie, chociaż nie byłem pewny, co właściwie chcę
powiedzieć.
— A ty obiecaj, że będziesz pamiętać o
tych chwilach. Że jeśli będziesz o mnie myśleć, to nie zapomnisz o rzeczach,
które udało mi się zrobić dobrze. Ale nie zapomnisz o tym, co zadało ci ból i
będziesz uważać na siebie tam, gdzie mnie nie będzie — powiedziałem, a moje
brwi zjechały w dół, w ponurym jak na tą sytuację wyrazie. Trwało to nie
dłużej, niż kilka sekund, a później moja twarz ponownie bardziej się
rozpogodziła, ale tamten grymas nadal był gdzieś we mnie, tkwił wewnątrz, czułem,
że tam jest. Chciałem usłyszeć odpowiedź i chciałem, żeby ta szczera pokrywała
się z tym, co chcę usłyszeć.
Wszystko w naturze miało swoje miejsce.
Zwierzęta i owady ciągnęły do wody, bo dawała życie. Tak samo ja miałem
wrażenie, że jeśli tylko oddalę się od Esji, będę niczym jeden okaz skazany na
zagładę dlatego, że za bardzo oddalił się od wodopoju. Może nie wszystko w
przyrodzie ma swoje miejsce. Może wcześniejsza myśl i głupia nadzieja były
podkoloryzowane emocjami tej chwili. Mimo tego wszystkiego nie zamierzałem
puścić Esji bez odpowiedzi. Na pewno sama też by tego nie zrobiła. Teraz moja
twarz ponownie wygładziła się jeszcze bardziej.
— Po prostu mi to obiecaj. Wystarczy
— zapewniłem spokojnym głosem, który krył w sobie szalejącą burzę.
Tony muzyki, tej radosnej i wesołej,
drgały jeszcze w powietrzu, ale powoli odsuwały się coraz bardziej. Unosiły
się, oddalały, a w tej dali zamierały zupełnie, stłamszone przez ciszę. Na ich
miejsce pojawiały się nowe, mroczne nuty, grające powoli, ale groźnie. Miałeś
jeszcze w pamięci ten wesoły ton i nie wiedziałeś dokładnie, kiedy zamarzł,
zatrwożony tym, co nadchodziło i co stłamsiło go tak brutalnie.
Ale nie teraz.
Teraz można było jeszcze wsłuchać się w
radosną melodię szumu rzeki i wodospadu. Rżących koni. Śmiechu Esji, który nie
wygasł, który odtwarzał się w pamięci niczym silne echo. Po prostu jeszcze nie
teraz. Kiedyś.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz