Odsunąłem się instynktownie do tyłu, nie
spodziewając się takiego gestu. Mimo wszystko jednak nie miałem zbyt wielkiego
pola manewru przed zbliżając się twarzą Esji, a te kilka centymetrów nie
uratowało mnie przed niespodziewaną bliskością. Może nawet na mojej twarzy na
ułamek sekundy pojawiło się zdziwienie. Ale wcześniejsza atmosfera minęła
bezpowrotnie wraz z tą właśnie bliskością i następującymi po niej słowami. Nie
mogłem zignorować tego, z jak wielką łatwością to się stało. To nie było
codzienne ani naturalne.
Poczułem się lżej i nie była to zasługa
otaczającej nas wody. Nie potrafiłem tego przed sobą wyjaśnić i nie czułem
potrzeby, żeby dociekać do źródeł tej zmiany. Po prostu było lepiej. Nawet
dalsze małpie wygłupy w wodzie i nieusiłowane podtopienia Esji przebiegały
dalej bez żadnych skaz na atmosferze, jaka między nami panowała. Całkowicie i
bardzo poważnie oddałem się zadaniu nauczenia jej pływania – jak wszystkiemu,
czego wymagało przekazanie wiedzy, a o moją świadomość otarła się również
konieczność znalezienia nauczyciela, z którym mogłaby kontynuować walkę
mieczem. Zaraz jednak, kiedy zanurzyliśmy się pod wodą, otworzyłem szeroko
oczy, rozglądając się dookoła na kolorowe życie, które trwało tutaj pod
powierzchnią. Od razu zauważyłem małą ławicę różnokolorowych, drobnych rybek,
które rozpierzchły się i schowały w zielonych glonach, lekko rwanych prądem
rzeki. Dla nich byliśmy z pewnością intruzami. Miałem nadzieję, że Esja również
patrzy na podwodne życie, ale akurat wtedy ona szarpnęła się i odepchnęła, tym
samym spychając mnie głębiej w dół.
Miałem wystarczająco wstrzymanego w
płucach powietrza, żeby zostać pod taflą wody jeszcze długą, wręcz tęskną
chwilę. Przynajmniej nauka pływania nie pójdzie na marne, pomyślałem, patrząc
jak w miarę sprawnie wydostaje się ponad taflę wody.
Spomiędzy moich włosów i z powierzchni
skóry odrywały się drobne bąbelki powietrza, a później szybko szybowały ku
górze. Promienie słoneczne odbijały się od tafli rzeki, a później przenikały w
głąb. Obróciłem się plecami w stronę podłoża i przez chwilę zagapiłem się na
grę światła, cienia i ruchu wody, a także na unoszącą się powyżej Esję,
przebierającą zgrabnie nogami tak, żeby utrzymać się na powierzchni wody.
Pod wodą przez chwilę czułem się wolny.
Wstrzymywanie oddechu najwyraźniej nie pomagało w tworzeniu wokół siebie murów
obronnych.
Wynurzyłem się nieco dalej, niż oboje
zanurkowaliśmy chwilę wcześniej.
Esja od razu zaczęła krzyczeć, kiedy
tylko wypłynąłem, nawet woda jeszcze nie zdążyła opuścić moich uszu. Doprawdy,
czasami jeszcze naprawdę zachowywała się jak obrażone dziecko. Mimo wszystko
nie odezwałem się wcale i sama zauważyła, że już od dawna nie dotyka podłoża.
Uśmiechnąłem się jedynie i rozłożyłem pod wodą ręce, w wyrazie, który mógł
powiedzieć, jak to dobrze, że sama na to wpadła.
Spędziliśmy jeszcze trochę czasu w
zimnej wodzie i mógłbym przysiąc, że oboje opuszczaliśmy ją na rzecz rozpalonej
pustyni z pewną niechęcią. Słońce weszło w fazę zenitu, a to podpowiadało mi,
że jest już późno i że nie można odwlekać powrotu do obozu oraz obowiązków,
które tam na nas czekają. Dopiero, kiedy wyszedłem na brzeg i pozbierałem swoje
ubrania, rozrzucone w nieładzie, zerknąłem na wierzchowce. Stały nieopodal,
starały się skubać suchą roślinność, która przy rzece zdołała się nieco
zazielenić. Obróciłem się w stronę Esji, która wychodziła z wody po mnie,
jednocześnie wyciągając się na swojej koszuli na twardej ziemi w pełnym słońcu.
W takim tempie uda mi się szybko wyschnąć, zanim będę próbował coś na siebie ubrać.
Wyciągnąłem nogi i rozciągnąłem się z
cichym sapnięciem. Woda sprawiała, że robiłem się głodny. Przymknąłem nawet
oczy, bo jasne promienie raziły mnie, odbijając się od rzeki i jasnego,
piaszczystego podłoża. Zanim jednak zamknąłem je całkiem, moją uwagę przykuło
coś, co zupełnie nie pasowało mi do całego tego obrazka.
A mianowicie było to sporych rozmiarów
przebarwienie na biodrze Esji, którego nie zauważyłem wcześniej. Zmarszczyłem
brwi i podniosłem się do pół leżenia na łokciach. Odgarnąłem mokre włosy z
czoła i zaczesałem je palcami do tyłu, a kropelki wody spływające z nich na
piasek wsiąkały, a może nawet parowały natychmiast. Moja skóra też robiła się
zaskakująco szybko sucha.
— Skąd ten krwiak? — zapytałem po
prostu, może ktoś uznałby, że to pytanie było nawet uprzejme, ale na pewno nie
Esja. Ona musiała wiedzieć, że za nim czyha coś więcej, że ten przyjemny ton w
tym wypadku jest jedynie przykrywką dla tego, co oryginalnie miało ukryć.
Zamiast czekać na odpowiedź, poderwałem
się sprawnie z ziemi – na wszelki wypadek, gdyby blondynka chciała się wykpić
byle kłamstwem, albo próbować zasłonić ogromną, sino-czerwoną plamę na swoim
ciele. Złapałem ją za nadgarstek, w którym trzymała już materiał koszuli i
zmusiłem, żeby odwróciła się bokiem w moją stronę. Zdecydowanie było to niedelikatne.
Przykucnąłem obok niej, zatrzymałem się z twarzą na wysokości zranienia i
przechyliłem lekko głowę. Nadal zimnymi jeszcze z wody palcami przejechałem po
sinych plamach, które znajdowały się wokół głównego zranienia – tego nie
dotykałem, bo zdawałem sobie sprawę z tego, że musi być bolesne. Sam miałem
podobne co najmniej setki razu.
Zadarłem spojrzenie na twarz Esji,
która teraz choć górowała nade mną, to nadal mimo wszystko wydawała się
niewielka. Odsunąłem dłoń z miejsca, w którym skóra była zraniona i oparłem
łokcie na kolanach, zgiętych pode mną w przykucu. Materiał moich spodni nadal
jeszcze nie wysechł i przyjemnie chłodził, przylegając do ciała.
— Nie widziałem tego tu jeszcze wczoraj
— zauważyłem trzeźwo, jakby na wypadek, gdyby zdecydowała się skłamać, albo
chociaż zaczynać kręcić. Nadal używałem tego samego, gładkiego tonu głosu.
Właściwie nawet nie zmienił się wyraz twarzy. Był cały czas zrelaksowany, ale
wewnątrz mnie pulsowała już bardzo znajoma emocja, którą serce rozprowadzało po
całym ciele z każdym uderzeniem. — Stało się coś, o czym zapomniałaś wspomnieć?
Właściwie nie była to groźba. Miałem
zbyt dobry humor, żeby tutaj teraz taką wystosować, ale niepokoił mnie fakt, że
nie wiem, skąd wziął się ten paskudny krwiak. I fakt, że Esja nie powiedziała
nic na jego temat i najpewniej już by tego nie zrobiła, gdybym przypadkiem go
nie zauważył, gdybyśmy nie zdecydowali się na postój i nie weszliśmy do wody.
Tym razem, pod wpływem tych myśli musiałem już się wysilić na spokój. Oparłem
dłoń na udzie, jakbym chciał się podnieść do pionu, chociaż nie zrobiłem tego.
Brew drgnęła mi niebezpiecznie.
— Widziałaś się chociaż w tej sprawie z
medykiem? — zapytałem, tym razem już mniej groźnie, znowu starając się złapać
kontakt wzrokowy z kapłanką. — Febiasz powinien mieć jakieś maści, które
przyspieszyłyby gojenie. Nie wiadomo, kiedy…
Ugryzłem się w język. A właściwie
zrobiła to za mnie moja intuicja. Nie wiadomo, kiedy przyjedzie list. Kiedy cię
wezmą. Rana powinna zniknąć jak najszybciej, jeśli masz niedługo zostać
przedstawiona mężowi. Mogłoby mu się nie spodobać, że ją masz, może zacząłby
zadawać pytania. A może zrobiłby coś innego. Kto wie, jakim typem człowieka
będzie? Może posunąłby się do jakiegoś bestialstwa.
Ale nawet jeśli tak, to nie mnie to
oceniać. Prawda?
Westchnąłem ciężko, ciepłe powietrze z
moich ust omiotło ranę na biodrze.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz