poniedziałek, 19 marca 2018

CCX


        Zanim zrozumiałem, że dotyka mojej dłoni minęło parę dłuższych chwil. Jakby w zaskoczeniu zerknąłem na dół, a później poluzowałem uścisk pięści na materiale, o którym zapomniałem już dobrą chwilę temu. Z zaskoczeniem właśnie odkryłem, że faktycznie, trzymam koszulę i faktycznie, Esja dotyka mojej dłoni w sposób, który mówi, że mam ją puścić. Zdążyłem jedynie mrugnąć, a później, kiedy znowu przeniosłem spojrzenie na jej twarz, coś ponownie się zmieniło. I z pewnością nie chodziło tylko o to, że miała na sobie koszulę, że nie było już nagości, która odkrywała wszelkie niedomówienia. Paradoksalnie, teraz wydawało mi się, że jesteśmy szczerzy ze sobą bardziej, niż kiedy oboje byliśmy prawie zupełnie nadzy, a materiał i jego brak nie ma na to żadnego wpływu. Zaiste, dziwne było to odkrycie. Do tej pory nagość w pewnych sytuacjach właśnie kojarzyła mi się z odkryciem cudzych motywów i przejęciem kontroli przez kogoś, kto jednak jest w coś ubrany.
        Nie zdążyłem tego przeanalizować, ale postąpiłem tak, jak wskazywała Esja. Usiadłem na ciepłej ziemi w miejscu, gdzie skała zamieniała się w bardziej piaszczyste podłoże i po raz kolejny w tak krótkiej chwili udało się mnie jej zaskoczyć. Przez moment patrzyłem w jasne, ciepłe oczy, szukając w nich podpowiedzi, do czego to zmierza. Choć niebieskie, blade niczym to niebo prześwietlane przez słońce, nie wydawały mi się chłodne i odległe. Nie miała twardego spojrzenia. Nie, wewnątrz chowała się niewinność i przez krótką chwilę, przez ułamek tej chwili, zrozumiałem, że ja zamierzam złamać tą niewinność i skruszyć to ciepło, a później nadeszło poczucie winy.
        Drobne ukłucie. Może niezauważalne, gdybym nie patrzył prosto na jej twarz. Było jednak również otrzeźwiające, bo natychmiast niemal, kiedy tylko sobie uświadomiłem, do czego zmierzają moje myśli i uczucia, stłamsiłem je ze znaną sobie niszczycielską siłą. Zmiażdżyłem je tak skutecznie, jak pancerny, ciężki trzewik zbroi miażdżył nie tylko kwiaty, po których chodził, ale także rozłupane czaszki ludzi. Natychmiast też powróciła defensywa i obrona tego, co było wewnątrz mnie i co nie było teraz gotowe, żeby się ujawnić. Ta słabość do mnie nie pasowała. Zawsze uważałem, że wyglądam niekorzystnie w wahaniu i zaskoczeniu, dlaczego ściągnąłem brwi. Wszystko to, cały proces nie zajął więcej, niż do momentu, w którym kapłanka otworzyła usta. I wtedy już ponownie byłem sobą, starym, dobrym, okrutnym człowiekiem, którzy rządził obecnie setkami żołnierzy i który mógł zabijać, kiedy tylko miał taką wolę.
        Być może, gdybym na czas nie zdążył zamknąć się za jedną z mocniejszych fortyfikacji, to jej słowa sprawiłyby, że teraz byłbym gotów na jakąś emocjonalną reakcję. Na szczęście… O ile bogowie naprawdę istnieją, teraz uchronili mnie przed tym. A raczej, ja sam siebie uchroniłem.
        Nie zdążyłem jednak się odezwać. Wiedziałem, że jej strach jest uzasadniony, bo co więcej, ja sam czasem czułem podobne obawy. Ale może Esja zdawała sobie z tego sprawę. Może chciała tylko odpowiedzieć na moje pytanie, bo wiedziała, że jeśli ona nie wypowie tych słów na głos, ja na pewno tego nie zrobię i będą wisiały między nami niczym jedno z kolejnych niedopowiedzeń, na które oboje sobie pozwalamy poprzez nie nazywanie różnych spraw i emocji.
        A później wszystko zniknęło. Zostało jedynie jej ciało, takie elastyczne i ciepłe, takie chętne, żywe, pragnące, niczym wysuszona ziemia, którą ktoś zdecydował się nawodnić. Jej usta na moich, na szyi, oddech na obojczykach, dłonie na nogach, pośladkach, twarde podłoże za moimi plecami. Zamrugałem, kiedy się odsunęła, bo jasne słońce zaatakowało moje oczy nagle, gwałtownie, pobodnie niemal, jak jeszcze chwilę temu kapłanka moje ciało. Tym razem nie powstrzymałem się od uśmiechu, bardzo niejednoznacznego uśmiechu. Nabierałem powietrze łapczywie w płuca z bolesną świadomością, że teraz oboje przecież chcemy więcej. Ale ten pierwszy raz, jako jedyna rzecz związana z Esją, nie był mój i nigdy nie będzie.
          — Może ty nie wiesz — rzuciłem sugestywnie swoim zachrypniętym od pożądania głosem, które w tym momencie możliwe, że wyrządzało w moim organizmie pokaźne szkody — ale ja jestem całkiem dobrze świadom tego, co w ciebie wstąpiło — dodałem, a teraz był to już pospolicie złośliwy przytyk co do jej niewinności i naiwności. Z każdym takim gestem jednak, z każdą chwilą zbliżenia obie te cechy zacierały dookoła siebie granice.
        Zaraz znalazło się również potwierdzenie tych słów. Poczułem palec na dłoni i nie zawahałem się nawet przez chwilę przed przygryzieniem jego końcówki, a oczy miałem przymknięte, jakby w dosadnym wyrazie tego, o czym właśnie myślę i o może ona także.
        Kolejne słowa jednak, a właściwie cały ich potok sprawiły, że zrozumiałem, że to co zacząłem już robić Esji nigdy nie ustanie. Usunąłem tamę, którą ktoś misternie wzniósł i sam wyzwoliłem ten potok, być może bardzo rwący, który ona powstrzymywała. I tak, jak powiedziała wcześniej, nie zostawię jej, nie ważne, czym się stanie. Będzie poniekąd dziełem moich rąk i działań, będzie gotowa zrobić to, na co sam będę gotów przystać i wiedziałem, że ten dziwny układ zostanie taki już na zawsze, nie ważne, jak długo mielibyśmy się nie widzieć, przy kolejnym spotkaniu wszystko będzie takie samo. Czułem przypływ satysfakcji i czegoś nowego. Czegoś ogromnego i bardzo silnego.
        Przywiązanie.
        — Pomógłbym ci w ukryciu jej zwłok. Czy to nie dobre uczucie, że masz kogoś, kto jest gotowy do takich rzeczy? — zapytałem, choć znacznie bardziej przekornie, niż początkowo to planowałem. Tak samo, jak ona była pewna – teraz widziałem bezwzględną stanowczość w jej oczach, tak samo ja wiedziałem, że nie mówię tego tylko dla żartów. Że gdyby naprawdę zdarzyła się podoba sytuacja, obje możemy zdać się na siebie, bo nikt inny nigdy aż tak bardzo nie będzie od nas zależny, jak my sami od siebie nawzajem. — Dlatego w moim życiu nigdy nie będzie innej kapłanki, bo żadna nie byłaby w stanie zająć twojego miejsca. Jesteś cudem, jedynym w swoim rodzaju — dodałem z wyraźnie wyczuwalnym zachwytem.
        I nie mówiłem wcale o jej urodzie czy zgrabności jej ciała. Ileż na świecie jest tak pięknych kobiet, że mężczyźni gotowi są zabijać się one? I na co im piękno, skoro pod czaszką świeci im głupota i pustka, skoro nie są gotowe dla poświęceń w imię swojej szeroko pojętej próżności? Ile z nich jest gotowe zabić tych mężczyzn, którzy wcześniej się o nie ubiegali po to, żeby osiągnąć swoje cele, żeby manipulować otoczeniem? To wszystko odbijało się w moich błyszczących oczach. Ten dziwny, magiczny zachwyt, na który nigdy wcześniej sobie nie pozwalałem. Zniknął tak szybko, jak się pojawił. Odsunąłem kilka kosmyków włosów z twarzy kapłanki, które łaskotały mnie w twarz i zagłębienie nad obojczykiem, a później dłonią objąłem jej twarz. Była moim dziełem, które w połączeniu z bystrością umysłu i wrodzoną wrażliwością będzie narzędziem lepszym, niż mogłem sobie to początkowo wyobrazić. Może dlatego, że będzie narzędziem o własnej woli i takim, które kiedyś zdecyduję się pokochać.
        — Mój brat jest naiwnym głupcem, jeśli sądzi, że to poślubienie kapłanki stanowi o czymś ważnym w jego życiu i statucie. Nigdy nie będzie wiedział, że jeśli o to chodzi, przewyższam go stukrotnie — powiedziałem, a później szarpnąłem się gwałtownie i przeturlałem nas po piasku, zamieniając się teraz rolami z Esją i więżąc ją pod sobą.
        Była w tym wyczuwalna nuta zażyłej konkurencji, jakbyśmy prowadzili zapiski, który co i o ile lepiej wykonał, ale w tym momencie to nie było ważne. Kwestia Mili, żołnierza, który próbował ją zgwałcić, a nawet krwiaka na biodrze kapłanki stała się zupełnie błaha i nieważna. Między nami padło wiele słów, o jeszcze większej wadze, na które oboje wcześniej się nie odważyliśmy. Były gesty i emocje, których nie było wcześniej i które znikną, starannie zakryte, kiedy wrócimy do obozu. Pochyliłem się raz jeszcze, tym razem ostatni, nad jej usta i złożyłem na nich bardzo obiecujący pocałunek, a później podniosłem się sprężyście ze swojego miejsca, pociągając blondynkę za sobą do pozycji stojącej.
        — Musimy wracać, wymarsz za niespełna kilka godzin — poinformowałem, ale brakowało w tym głosie standardowego chłodu. — Powinniśmy się ubrać… Jeśli nie chcemy, żeby w obozie pomyślano, że okradziono nas na drobnej przejażdżce — rzuciłem wręcz żartobliwie, choć nadal również złośliwie.
        Wciągnąłem na siebie w luźnym pośpiechu swoje ubrania, a Esja zrobiła to samo. Konie powoli podeszły do nas, jakby czując, że zbliża się droga powrotna. Rozsznurowałem wodze i kiedy oboje znaleźliśmy się na siodłach, ruszyliśmy w znacznie spokojniejszą drogę powrotną do obozu, niż ta w przeciwnym kierunku. Miałem lekką głowę i spokojną, gładką twarz. Wiedziałem, że cokolwiek się stanie, teraz już nie jestem sam. I nigdy nie będę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/