Zanim zrozumiałem, że dotyka mojej
dłoni minęło parę dłuższych chwil. Jakby w zaskoczeniu zerknąłem na dół, a
później poluzowałem uścisk pięści na materiale, o którym zapomniałem już dobrą
chwilę temu. Z zaskoczeniem właśnie odkryłem, że faktycznie, trzymam koszulę i
faktycznie, Esja dotyka mojej dłoni w sposób, który mówi, że mam ją puścić.
Zdążyłem jedynie mrugnąć, a później, kiedy znowu przeniosłem spojrzenie na jej
twarz, coś ponownie się zmieniło. I z pewnością nie chodziło tylko o to, że
miała na sobie koszulę, że nie było już nagości, która odkrywała wszelkie
niedomówienia. Paradoksalnie, teraz wydawało mi się, że jesteśmy szczerzy ze
sobą bardziej, niż kiedy oboje byliśmy prawie zupełnie nadzy, a materiał i jego
brak nie ma na to żadnego wpływu. Zaiste, dziwne było to odkrycie. Do tej pory
nagość w pewnych sytuacjach właśnie kojarzyła mi się z odkryciem cudzych
motywów i przejęciem kontroli przez kogoś, kto jednak jest w coś ubrany.
Nie zdążyłem tego przeanalizować, ale
postąpiłem tak, jak wskazywała Esja. Usiadłem na ciepłej ziemi w miejscu, gdzie
skała zamieniała się w bardziej piaszczyste podłoże i po raz kolejny w tak
krótkiej chwili udało się mnie jej zaskoczyć. Przez moment patrzyłem w jasne,
ciepłe oczy, szukając w nich podpowiedzi, do czego to zmierza. Choć niebieskie,
blade niczym to niebo prześwietlane przez słońce, nie wydawały mi się chłodne i
odległe. Nie miała twardego spojrzenia. Nie, wewnątrz chowała się niewinność i
przez krótką chwilę, przez ułamek tej chwili, zrozumiałem, że ja zamierzam
złamać tą niewinność i skruszyć to ciepło, a później nadeszło poczucie winy.
Drobne ukłucie. Może niezauważalne,
gdybym nie patrzył prosto na jej twarz. Było jednak również otrzeźwiające, bo
natychmiast niemal, kiedy tylko sobie uświadomiłem, do czego zmierzają moje
myśli i uczucia, stłamsiłem je ze znaną sobie niszczycielską siłą. Zmiażdżyłem
je tak skutecznie, jak pancerny, ciężki trzewik zbroi miażdżył nie tylko
kwiaty, po których chodził, ale także rozłupane czaszki ludzi. Natychmiast też
powróciła defensywa i obrona tego, co było wewnątrz mnie i co nie było teraz
gotowe, żeby się ujawnić. Ta słabość do mnie nie pasowała. Zawsze uważałem, że
wyglądam niekorzystnie w wahaniu i zaskoczeniu, dlaczego ściągnąłem brwi.
Wszystko to, cały proces nie zajął więcej, niż do momentu, w którym kapłanka
otworzyła usta. I wtedy już ponownie byłem sobą, starym, dobrym, okrutnym człowiekiem,
którzy rządził obecnie setkami żołnierzy i który mógł zabijać, kiedy tylko miał
taką wolę.
Być może, gdybym na czas nie zdążył
zamknąć się za jedną z mocniejszych fortyfikacji, to jej słowa sprawiłyby, że
teraz byłbym gotów na jakąś emocjonalną reakcję. Na szczęście… O ile bogowie
naprawdę istnieją, teraz uchronili mnie przed tym. A raczej, ja sam siebie
uchroniłem.
Nie zdążyłem jednak się odezwać.
Wiedziałem, że jej strach jest uzasadniony, bo co więcej, ja sam czasem czułem
podobne obawy. Ale może Esja zdawała sobie z tego sprawę. Może chciała tylko
odpowiedzieć na moje pytanie, bo wiedziała, że jeśli ona nie wypowie tych słów
na głos, ja na pewno tego nie zrobię i będą wisiały między nami niczym jedno z
kolejnych niedopowiedzeń, na które oboje sobie pozwalamy poprzez nie nazywanie
różnych spraw i emocji.
A później wszystko zniknęło. Zostało
jedynie jej ciało, takie elastyczne i ciepłe, takie chętne, żywe, pragnące,
niczym wysuszona ziemia, którą ktoś zdecydował się nawodnić. Jej usta na moich,
na szyi, oddech na obojczykach, dłonie na nogach, pośladkach, twarde podłoże za
moimi plecami. Zamrugałem, kiedy się odsunęła, bo jasne słońce zaatakowało moje
oczy nagle, gwałtownie, pobodnie niemal, jak jeszcze chwilę temu kapłanka moje
ciało. Tym razem nie powstrzymałem się od uśmiechu, bardzo niejednoznacznego
uśmiechu. Nabierałem powietrze łapczywie w płuca z bolesną świadomością, że teraz
oboje przecież chcemy więcej. Ale ten pierwszy raz, jako jedyna rzecz związana
z Esją, nie był mój i nigdy nie będzie.
— Może ty nie wiesz — rzuciłem
sugestywnie swoim zachrypniętym od pożądania głosem, które w tym momencie
możliwe, że wyrządzało w moim organizmie pokaźne szkody — ale ja jestem całkiem
dobrze świadom tego, co w ciebie wstąpiło — dodałem, a teraz był to już
pospolicie złośliwy przytyk co do jej niewinności i naiwności. Z każdym takim
gestem jednak, z każdą chwilą zbliżenia obie te cechy zacierały dookoła siebie
granice.
Zaraz znalazło się również
potwierdzenie tych słów. Poczułem palec na dłoni i nie zawahałem się nawet
przez chwilę przed przygryzieniem jego końcówki, a oczy miałem przymknięte,
jakby w dosadnym wyrazie tego, o czym właśnie myślę i o może ona także.
Kolejne słowa jednak, a właściwie cały
ich potok sprawiły, że zrozumiałem, że to co zacząłem już robić Esji nigdy nie
ustanie. Usunąłem tamę, którą ktoś misternie wzniósł i sam wyzwoliłem ten
potok, być może bardzo rwący, który ona powstrzymywała. I tak, jak powiedziała
wcześniej, nie zostawię jej, nie ważne, czym się stanie. Będzie poniekąd
dziełem moich rąk i działań, będzie gotowa zrobić to, na co sam będę gotów
przystać i wiedziałem, że ten dziwny układ zostanie taki już na zawsze, nie
ważne, jak długo mielibyśmy się nie widzieć, przy kolejnym spotkaniu wszystko
będzie takie samo. Czułem przypływ satysfakcji i czegoś nowego. Czegoś
ogromnego i bardzo silnego.
Przywiązanie.
— Pomógłbym ci w ukryciu jej zwłok. Czy
to nie dobre uczucie, że masz kogoś, kto jest gotowy do takich rzeczy? —
zapytałem, choć znacznie bardziej przekornie, niż początkowo to planowałem. Tak
samo, jak ona była pewna – teraz widziałem bezwzględną stanowczość w jej
oczach, tak samo ja wiedziałem, że nie mówię tego tylko dla żartów. Że gdyby
naprawdę zdarzyła się podoba sytuacja, obje możemy zdać się na siebie, bo nikt
inny nigdy aż tak bardzo nie będzie od nas zależny, jak my sami od siebie
nawzajem. — Dlatego w moim życiu nigdy nie będzie innej kapłanki, bo żadna nie
byłaby w stanie zająć twojego miejsca. Jesteś cudem, jedynym w swoim rodzaju —
dodałem z wyraźnie wyczuwalnym zachwytem.
I nie mówiłem wcale o jej urodzie czy
zgrabności jej ciała. Ileż na świecie jest tak pięknych kobiet, że mężczyźni
gotowi są zabijać się one? I na co im piękno, skoro pod czaszką świeci im
głupota i pustka, skoro nie są gotowe dla poświęceń w imię swojej szeroko
pojętej próżności? Ile z nich jest gotowe zabić tych mężczyzn, którzy wcześniej
się o nie ubiegali po to, żeby osiągnąć swoje cele, żeby manipulować
otoczeniem? To wszystko odbijało się w moich błyszczących oczach. Ten dziwny,
magiczny zachwyt, na który nigdy wcześniej sobie nie pozwalałem. Zniknął tak
szybko, jak się pojawił. Odsunąłem kilka kosmyków włosów z twarzy kapłanki,
które łaskotały mnie w twarz i zagłębienie nad obojczykiem, a później dłonią
objąłem jej twarz. Była moim dziełem, które w połączeniu z bystrością umysłu i
wrodzoną wrażliwością będzie narzędziem lepszym, niż mogłem sobie to początkowo
wyobrazić. Może dlatego, że będzie narzędziem o własnej woli i takim, które
kiedyś zdecyduję się pokochać.
— Mój brat jest naiwnym głupcem, jeśli
sądzi, że to poślubienie kapłanki stanowi o czymś ważnym w jego życiu i
statucie. Nigdy nie będzie wiedział, że jeśli o to chodzi, przewyższam go
stukrotnie — powiedziałem, a później szarpnąłem się gwałtownie i przeturlałem
nas po piasku, zamieniając się teraz rolami z Esją i więżąc ją pod sobą.
Była w tym wyczuwalna nuta zażyłej
konkurencji, jakbyśmy prowadzili zapiski, który co i o ile lepiej wykonał, ale
w tym momencie to nie było ważne. Kwestia Mili, żołnierza, który próbował ją
zgwałcić, a nawet krwiaka na biodrze kapłanki stała się zupełnie błaha i
nieważna. Między nami padło wiele słów, o jeszcze większej wadze, na które
oboje wcześniej się nie odważyliśmy. Były gesty i emocje, których nie było
wcześniej i które znikną, starannie zakryte, kiedy wrócimy do obozu. Pochyliłem
się raz jeszcze, tym razem ostatni, nad jej usta i złożyłem na nich bardzo
obiecujący pocałunek, a później podniosłem się sprężyście ze swojego miejsca,
pociągając blondynkę za sobą do pozycji stojącej.
— Musimy wracać, wymarsz za niespełna
kilka godzin — poinformowałem, ale brakowało w tym głosie standardowego chłodu.
— Powinniśmy się ubrać… Jeśli nie chcemy, żeby w obozie pomyślano, że
okradziono nas na drobnej przejażdżce — rzuciłem wręcz żartobliwie, choć nadal
również złośliwie.
Wciągnąłem na siebie w luźnym pośpiechu
swoje ubrania, a Esja zrobiła to samo. Konie powoli podeszły do nas, jakby
czując, że zbliża się droga powrotna. Rozsznurowałem wodze i kiedy oboje
znaleźliśmy się na siodłach, ruszyliśmy w znacznie spokojniejszą drogę powrotną
do obozu, niż ta w przeciwnym kierunku. Miałem lekką głowę i spokojną, gładką
twarz. Wiedziałem, że cokolwiek się stanie, teraz już nie jestem sam. I nigdy
nie będę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz