środa, 21 marca 2018

CCXII


        Walka była nieustanna. Praktycznie nic się w niej nie zmieniało, poza drobnymi detalami. Poza ilością wojsk, poza ilością ciał rannych i martwych padających na ziemię. Walka pozostawała taka sama. Choć jeszcze kilka dni temu… Czułem, że może coś się zmieni, to swój błąd zrozumiałem, podnosząc lśniący ponurą chwałą miecz z ciemnej stali, mój błąd utwierdził się, kiedy owy miecz opadł, z chlaśnięciem rozcinając cało ciemnoskórego mężczyzny o nienaturalnie jasnoniebieskich oczach. Cięcie zaczynało się u nasady szyi, w miejscu, gdzie jego skórzany pancerz łączył się z dwóch elementów. Było to miejsce, które odkryłem już dawno temu i właśnie od niego zawsze zaczynałem zabijanie pierwszej ofiary. Może było w tym coś z wojennego rytuału, który miał zapewnić mi szczęście.
        Szczęście, cóż za zabobonne bzdury. Baby w swoich lepionych chatach mogą o tym opowiadać, podobnie jak o moim bezwzględnym okrucieństwie. Nie, nie było to zapewnienie szczęścia w walce. Ale było czymś, co zawsze pomagało nakreślić mi początek końca wielu ludzkich istnień.
        Szarpnąłem się mocno, rozcinając z dziecinną łatwością skórzane paski, którymi kamizelka była połączona z naramiennikami, a miecz wyswobodzony spod oporu materiału wbił się w skórę. Natrafił na kość, zmiażdżył ją. Zatrzymał się dopiero tuż przy przeciwnym biodrze, rozcinając mężczyznę na połowę. Flaki nigdy nie stawiały większego oporu, ale w tym cięciu najważniejsze było ominięcie serca. Poprowadzenie miecza pod odpowiednim kątem, rozkruszenie żeber i rozcięcie głównych tętnic. Zawsze starałem się omijać serce. Rytuał.
        Głowę i uszy wypełniał mi bitewny szał. Pierwsza ofiara padła, ale nadal były jeszcze dziesiątki innych do zabicia. Wytrzeszczone w zaskoczeniu oczy czarnoskórego miały zostać tuż pod moimi powiekami aż do końca, do wyczerpania całego zapasu adrenaliny. Oby to oznaczało również koniec tej potyczki. Krzyki, jęki, nawet błagalne prośby. Uderzanie stalowych butów o skałę, napierśników o skórzane kamizelki. Hałas. Bitewny chaos. Każdy dzień był taki sam.
        Walka była nieustanna i niezmienna.
        Zawsze taka sama, zawsze blisko znajoma, obejmująca mnie krwawymi ramionami. Niektórzy mówili, ze to opatrzność. Że bogowie patrzą na mnie ze specjalną przychylnością. Nawet teraz, zaśmiałem się krótko na tą szaloną myśl.
          Wolałem wierzyć, że wszystko zawdzięczam jedynie sobie. Bo jeśli to od nich zależałby mój los, czym pokaraliby mnie za splamienie krwią i nieczystością jedną z ich ukochanych córek? Za takie przewinienie nie powinni byli otaczać mnie swoimi skrzydłami. Chyba, że byli głupcami. Chyba, że mieli co do mnie specjalnie okrutne plany.
          Walka była niezmienna. Miecz ze świstem przecinał powietrze i ludzkie czaszki.

          Obudziłem się nagle, szeroko otwierając oczy. Nie dla mnie były leniwe pobudki, nie mi przypadało długie wylegiwanie się w wygodnych łożach szlacheckich. Jedynym ruchem, jakim wykonałem, było tylko natychmiastowe uniesienie powiek. Mój wzrok wyostrzył się na zamyślonej, pogrążonej w nienaturalnym półśnie dziewczyny. Czarka z ziołami nadal tu stała i nieprzyjemny, ostry zapach szczypał mnie w nosie. Czekałem bez ruchu, niczym nie zdradzając tego, że już nie śpię, jedynie wpatrując się w zamyślony profil. I jednocześnie w pamięci dogasał jeszcze sen, te jasne  oczy wpatrzone we mnie w wyrazie zaskoczenia i niewinności, który wręcz nie pasował do rosłego mężczyzny. To wszystko powoli bledło i odsuwało się z jawy, ustępując jej pierwszeństwa. Krzyki i hałas walki także zaczynał cichnąć w moich uszach, zastąpiony przyjemną ciszą oznaczającą bezpieczeństwo obozu. Zapach ziół wwiercał mi się w nozdrza, chociaż te dawno już wystygły, może nawet wyparowały. Może było to jedynie urojenie zmęczonego umysłu.
        Wtedy Esja się poruszyła, wybudziła z tego letargu i spojrzała na mnie. Równie zaskoczona, jak mężczyzna ze snu. Zamrugałem dwukrotnie i obraz czarnoskórego zniknął z mojej wizji.
        — Zawsze witasz mnie tymi słowami — zauważyłem, kiedy się odezwała. Nadal nie poruszyłem ani ręką ani żadną kończyną. Czułem, że były sztywne ze zmęczenia, a mięśnie bolały. Z pewnością po wczorajszej walce. — Nie znam zbyt wiele romantycznych ballad, ciężko mi ocenić, jak też dziewczyna powinna uciekać po wspólnej nocy. I dlaczego — dodałem, zupełnie poważnie, a w końcu z cichym sapnięciem poruszyłem się w końcu.
        Wziąłem swoje ramię, spoczywające na niej do tej pory i podciągnąłem się wyżej na pryczy. Ta zaskrzypiała ostrzegawczo pod tym ruchem, jakby chciała dać znać, że jej czasy świetności minęły, a takie ruchy nie są pożądane ku jej dobrobytowi. Zamierzałem wstać ze swojego miejsca, żeby blask poranka i świeżość rześkiego powietrza na dobre wygnała z mojej głowy teraz bardzo odległy obraz ze snów. Zanim jednak to zrobiłem, jeszcze na chwilę odwróciłem się w stronę dziewczyny.
        Patrzyłem tak dłuższą chwilę, bez słowa, a ona nawijała niczym katarynka. Faktycznie, zawsze mówiła dużo, ale nie AŻ tak dużo. Skrzywiłem brwi i ściągnąłem je do siebie.
        — Za dużo czasu spędzałaś ostatnimi dniami z Dyfarem, prawda? — zapytałem, a mój ton głosu nie wskazywał na to, że jestem z tego faktu przesadnie zadowolony. Lekko mówiąc. — Może faktycznie powinnaś sobie znaleźć inne zajęcie, niż spędzanie czasu z tym gryzipiórkiem. Na przykład, rozsądną walkę mieczem. Albo praniem ubrań w rzece — dodałem, teraz już czysto złośliwie.
        Z tymi słowami na ustach podniosłem się z posłania. Zanim ostatecznie wyprostowałem się na nogach, mięśnie zawahały się na krótki moment i zakręciło mi się w głowie. Na szczęście tuż obok stał stolik z miksturą nasenną, więc zdążyłem się o niego podeprzeć, zanim jasne się stało, jak mocno zakręciło mi się wszystko przed oczami. Nie zauważyłem wcześniej, żebym był aż tak zmęczony. Złapałem się za skroń, a później zerknąłem na zioła. Odwróciwszy się przez lewę ramię do leżącej nadal w łóżku Esji znalazłem sobie wytłumaczenie tego zachowania. I nie chciałem jej pozwolić, żeby zaczęła zadawać jakieś bzdurne pytania typu czy nic mi nie jest.
        — Silne te twoje wywary. Chyba za dużo się już ich dzisiaj nawdychałem — zauważyłem, podnosząc elementy swojego ubrania z ziemi.
        I dopiero gdzieś wtedy, pomiędzy wkładaniem na siebie koszuli, a mierzeniem niezadowolonym wzrokiem czarkę, przypomniałem sobie dzisiejsze obowiązki. To również zajęło mi dłużej, niż zwykle. A więc nie tylko moje ciało, ale i umysł były tego poranka niebezpiecznie otępiałe. Choć przed chwilą cały czas stałem plecami do dziewczyny, to teraz odwróciłem się do niej jednym bokiem, nadal nie przerywając procesu wiązania koszuli.
        — Dzisiaj nie mamy w planach żadnej wyprawy, więc cały dzień będę w obozie, razem z moimi ludźmi. Dobrze będzie, jeśli wielu z nich zobaczy tuż przed zachodem słońca, jak wydajesz rozkaz. Sąd i ceremonia odbędą się we wschodniej części obozu — rzuciłem, pewny, że wcześniej nie wtajemniczałem jej w nic, co tylko miało związek z egzekucją. Skończyłem wiązanie ubrań i założyłem na siebie spodnie, podchodząc do szafki, w której trzymałem mundur i swoje odznaki. Na co dzień zostawały tam, na dnie szuflady. Dzisiaj jednak wszystko miało być dobrze zorganizowane i przygotowane, więc i one z pewnością okażą się użyteczne. Wszystko będzie zrobione tak, jak nakazuje nasze królestwo w swoim kodeksie karnym.
        Wyciągnąłem powoli błyszczące ozdoby. Ile dla mnie znaczyły? Były tylko kawałkami metalu. Kawałkami metalu, na zdobycie których poświęciłem wszystkie najlepsze w teorii lata swojego życia. Mogłem być z nich dumny. Zakurzone, ale mimo wszystko lśniące. Odłożyłem je na biurko i wtedy zerknąłem na Esję.
        — We wschodniej części jest wąwóz, a to już samo w sobie bardzo użyteczne. — Czy zorientowałem się, że wcześniej nawijała tak wiele, żeby tylko nie zahaczyć o temat egzekucji? Może nie było to najbardziej dyplomatyczne podejście z mojej strony. — Do tej pory znajdź sobie jakieś zajęcie. Byle nie z Dyfarem. Naprawdę ma na ciebie zły wpływ.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/