Walka była nieustanna. Praktycznie nic
się w niej nie zmieniało, poza drobnymi detalami. Poza ilością wojsk, poza ilością
ciał rannych i martwych padających na ziemię. Walka pozostawała taka sama. Choć
jeszcze kilka dni temu… Czułem, że może coś się zmieni, to swój błąd
zrozumiałem, podnosząc lśniący ponurą chwałą miecz z ciemnej stali, mój błąd
utwierdził się, kiedy owy miecz opadł, z chlaśnięciem rozcinając cało
ciemnoskórego mężczyzny o nienaturalnie jasnoniebieskich oczach. Cięcie
zaczynało się u nasady szyi, w miejscu, gdzie jego skórzany pancerz łączył się
z dwóch elementów. Było to miejsce, które odkryłem już dawno temu i właśnie od
niego zawsze zaczynałem zabijanie pierwszej ofiary. Może było w tym coś z
wojennego rytuału, który miał zapewnić mi szczęście.
Szczęście, cóż za zabobonne bzdury.
Baby w swoich lepionych chatach mogą o tym opowiadać, podobnie jak o moim
bezwzględnym okrucieństwie. Nie, nie było to zapewnienie szczęścia w walce. Ale
było czymś, co zawsze pomagało nakreślić mi początek końca wielu ludzkich
istnień.
Szarpnąłem się mocno, rozcinając z
dziecinną łatwością skórzane paski, którymi kamizelka była połączona z
naramiennikami, a miecz wyswobodzony spod oporu materiału wbił się w skórę.
Natrafił na kość, zmiażdżył ją. Zatrzymał się dopiero tuż przy przeciwnym
biodrze, rozcinając mężczyznę na połowę. Flaki nigdy nie stawiały większego
oporu, ale w tym cięciu najważniejsze było ominięcie serca. Poprowadzenie
miecza pod odpowiednim kątem, rozkruszenie żeber i rozcięcie głównych tętnic.
Zawsze starałem się omijać serce. Rytuał.
Głowę i uszy wypełniał mi bitewny szał.
Pierwsza ofiara padła, ale nadal były jeszcze dziesiątki innych do zabicia.
Wytrzeszczone w zaskoczeniu oczy czarnoskórego miały zostać tuż pod moimi
powiekami aż do końca, do wyczerpania całego zapasu adrenaliny. Oby to
oznaczało również koniec tej potyczki. Krzyki, jęki, nawet błagalne prośby.
Uderzanie stalowych butów o skałę, napierśników o skórzane kamizelki. Hałas.
Bitewny chaos. Każdy dzień był taki sam.
Walka była nieustanna i niezmienna.
Zawsze taka sama, zawsze blisko
znajoma, obejmująca mnie krwawymi ramionami. Niektórzy mówili, ze to
opatrzność. Że bogowie patrzą na mnie ze specjalną przychylnością. Nawet teraz,
zaśmiałem się krótko na tą szaloną myśl.
Wolałem wierzyć, że wszystko
zawdzięczam jedynie sobie. Bo jeśli to od nich zależałby mój los, czym
pokaraliby mnie za splamienie krwią i nieczystością jedną z ich ukochanych
córek? Za takie przewinienie nie powinni byli otaczać mnie swoimi skrzydłami.
Chyba, że byli głupcami. Chyba, że mieli co do mnie specjalnie okrutne plany.
Walka była niezmienna. Miecz ze
świstem przecinał powietrze i ludzkie czaszki.
Obudziłem się nagle, szeroko
otwierając oczy. Nie dla mnie były leniwe pobudki, nie mi przypadało długie
wylegiwanie się w wygodnych łożach szlacheckich. Jedynym ruchem, jakim
wykonałem, było tylko natychmiastowe uniesienie powiek. Mój wzrok wyostrzył się
na zamyślonej, pogrążonej w nienaturalnym półśnie dziewczyny. Czarka z ziołami
nadal tu stała i nieprzyjemny, ostry zapach szczypał mnie w nosie. Czekałem bez
ruchu, niczym nie zdradzając tego, że już nie śpię, jedynie wpatrując się w
zamyślony profil. I jednocześnie w pamięci dogasał jeszcze sen, te jasne oczy wpatrzone we mnie w wyrazie zaskoczenia i
niewinności, który wręcz nie pasował do rosłego mężczyzny. To wszystko powoli
bledło i odsuwało się z jawy, ustępując jej pierwszeństwa. Krzyki i hałas walki
także zaczynał cichnąć w moich uszach, zastąpiony przyjemną ciszą oznaczającą
bezpieczeństwo obozu. Zapach ziół wwiercał mi się w nozdrza, chociaż te dawno
już wystygły, może nawet wyparowały. Może było to jedynie urojenie zmęczonego
umysłu.
Wtedy Esja się poruszyła, wybudziła z
tego letargu i spojrzała na mnie. Równie zaskoczona, jak mężczyzna ze snu.
Zamrugałem dwukrotnie i obraz czarnoskórego zniknął z mojej wizji.
— Zawsze witasz mnie tymi słowami —
zauważyłem, kiedy się odezwała. Nadal nie poruszyłem ani ręką ani żadną
kończyną. Czułem, że były sztywne ze zmęczenia, a mięśnie bolały. Z pewnością
po wczorajszej walce. — Nie znam zbyt wiele romantycznych ballad, ciężko mi
ocenić, jak też dziewczyna powinna uciekać po wspólnej nocy. I dlaczego —
dodałem, zupełnie poważnie, a w końcu z cichym sapnięciem poruszyłem się w
końcu.
Wziąłem swoje ramię, spoczywające na
niej do tej pory i podciągnąłem się wyżej na pryczy. Ta zaskrzypiała
ostrzegawczo pod tym ruchem, jakby chciała dać znać, że jej czasy świetności
minęły, a takie ruchy nie są pożądane ku jej dobrobytowi. Zamierzałem wstać ze
swojego miejsca, żeby blask poranka i świeżość rześkiego powietrza na dobre
wygnała z mojej głowy teraz bardzo odległy obraz ze snów. Zanim jednak to
zrobiłem, jeszcze na chwilę odwróciłem się w stronę dziewczyny.
Patrzyłem tak dłuższą chwilę, bez
słowa, a ona nawijała niczym katarynka. Faktycznie, zawsze mówiła dużo, ale nie
AŻ tak dużo. Skrzywiłem brwi i ściągnąłem je do siebie.
— Za dużo czasu spędzałaś ostatnimi
dniami z Dyfarem, prawda? — zapytałem, a mój ton głosu nie wskazywał na to, że
jestem z tego faktu przesadnie zadowolony. Lekko mówiąc. — Może faktycznie
powinnaś sobie znaleźć inne zajęcie, niż spędzanie czasu z tym gryzipiórkiem.
Na przykład, rozsądną walkę mieczem. Albo praniem ubrań w rzece — dodałem,
teraz już czysto złośliwie.
Z tymi słowami na ustach podniosłem się
z posłania. Zanim ostatecznie wyprostowałem się na nogach, mięśnie zawahały się
na krótki moment i zakręciło mi się w głowie. Na szczęście tuż obok stał stolik
z miksturą nasenną, więc zdążyłem się o niego podeprzeć, zanim jasne się stało,
jak mocno zakręciło mi się wszystko przed oczami. Nie zauważyłem wcześniej,
żebym był aż tak zmęczony. Złapałem się za skroń, a później zerknąłem na zioła.
Odwróciwszy się przez lewę ramię do leżącej nadal w łóżku Esji znalazłem sobie
wytłumaczenie tego zachowania. I nie chciałem jej pozwolić, żeby zaczęła
zadawać jakieś bzdurne pytania typu czy nic mi nie jest.
— Silne te twoje wywary. Chyba za dużo
się już ich dzisiaj nawdychałem — zauważyłem, podnosząc elementy swojego
ubrania z ziemi.
I dopiero gdzieś wtedy, pomiędzy
wkładaniem na siebie koszuli, a mierzeniem niezadowolonym wzrokiem czarkę,
przypomniałem sobie dzisiejsze obowiązki. To również zajęło mi dłużej, niż
zwykle. A więc nie tylko moje ciało, ale i umysł były tego poranka
niebezpiecznie otępiałe. Choć przed chwilą cały czas stałem plecami do
dziewczyny, to teraz odwróciłem się do niej jednym bokiem, nadal nie
przerywając procesu wiązania koszuli.
— Dzisiaj nie mamy w planach żadnej
wyprawy, więc cały dzień będę w obozie, razem z moimi ludźmi. Dobrze będzie,
jeśli wielu z nich zobaczy tuż przed zachodem słońca, jak wydajesz rozkaz. Sąd
i ceremonia odbędą się we wschodniej części obozu — rzuciłem, pewny, że
wcześniej nie wtajemniczałem jej w nic, co tylko miało związek z egzekucją.
Skończyłem wiązanie ubrań i założyłem na siebie spodnie, podchodząc do szafki,
w której trzymałem mundur i swoje odznaki. Na co dzień zostawały tam, na dnie
szuflady. Dzisiaj jednak wszystko miało być dobrze zorganizowane i przygotowane,
więc i one z pewnością okażą się użyteczne. Wszystko będzie zrobione tak, jak
nakazuje nasze królestwo w swoim kodeksie karnym.
Wyciągnąłem powoli błyszczące ozdoby.
Ile dla mnie znaczyły? Były tylko kawałkami metalu. Kawałkami metalu, na zdobycie
których poświęciłem wszystkie najlepsze w teorii lata swojego życia. Mogłem być
z nich dumny. Zakurzone, ale mimo wszystko lśniące. Odłożyłem je na biurko i
wtedy zerknąłem na Esję.
— We wschodniej części jest wąwóz, a to
już samo w sobie bardzo użyteczne. — Czy zorientowałem się, że wcześniej
nawijała tak wiele, żeby tylko nie zahaczyć o temat egzekucji? Może nie było to
najbardziej dyplomatyczne podejście z mojej strony. — Do tej pory znajdź sobie
jakieś zajęcie. Byle nie z Dyfarem. Naprawdę ma na ciebie zły wpływ.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz