czwartek, 22 marca 2018

CCXIV


        Wzruszyłem obojętnie ramionami, słysząc jej odpowiedź. Wydawało mi się, że ostatnio częściej niż zwykle zapomina o tym, że nie cierpię, kiedy ktoś odzywa się do mnie w ten sposób kompletnie pozbawiony szacunku i że może powinienem jej o tym przypomnieć. Teraz jednak zignorowałem jej zaczepkę. Najwyraźniej nie była w dobrym nastroju. Czy to już oznaka rosnącego rozpieszczenia?
        Ułożyłem po kolei elementy swojego stroju na blacie – te, których nie noszę na co dzień i które naprawdę mogą świadczyć, że dzisiaj mamy wyjątkowy dzień. Odbiorę jedno życie, ale przecież nazywamy to honorowym postępowaniem. Jest w tym pełno okrucieństwa, na które nikt nie powinien przymykać oczu i do którego jednocześnie wszyscy są już przyzwyczajeni. W obozie czasami porządni ludzie zamieniają się w najgorsze bestie. Potrząsnąłem głową, zastanawiając się, skąd u mnie takie myśli. Czyżby zły humor kapłanki tak na mnie wpływał? A może jej złośliwe słowa, zupełnie nie pasujące do tego obrazka naiwności, który stworzyłem sobie w głowie? Tak naprawdę chyba zirytowało mnie jej zachowanie, a może nawet wkurwiło, tylko byłem psychicznie i fizycznie zbyt zmęczony, żeby poddać się temu uczuciu w pełni. Złe prychnięcie i wzruszenie ramionami było więc koniec końców jedynym wyrazem emocji, na jaki sobie teraz pozwoliłem. Jeśli Esja zamierzała wycisnąć ze mnie coś siłą i złośliwością, to przekona się boleśnie, że to tylko sprawia, że dookoła mnie dzisiaj wyrośnie nowa forma obrony, kolejny mur.
        — Masz teraz do mnie o coś pretensje? — zapytałem zaskakująco spokojnie, przenosząc na nią spojrzenie i opierając dłoń o blat stołu. Męczyła mnie teraz jej obecność. — Zgoda, idź. Poza tym sama wiele razy podkreślałaś, że nie potrzebujesz mojego pozwolenia ani nie przestrzeżesz zakazu, żeby zrobić to, co ci się podoba. Po co więc to wszystko?
        Czułem, że takie pytania i pretensje nigdzie mnie nie zaprowadzą. Dlatego właśnie od razu pokręciłem głową i uniosłem dłoń na znak, że nie chcę słyszeć jej odpowiedzi. Jej pełne goryczy słowa nie wpływały chyba na mnie najlepiej od samego rana. Gdyby tylko można było odjąć moja zmęczenie, to może nie rozdrażniłoby mnie to kobiece paplanie. Westchnąłem, zakładając jeszcze kamizelkę, która posiadała wiele pasków, klamer i troczków, do których normalnie można przymocować zbroję, sprawdziłem resztę munduru, który leżał na blacie i byłem gotowy.
        — Tak. Będzie bardzo romantycznie. Egzekucja polega na pozbawieniu życia poprzez odcięcie głowy od reszty ciała. Może tego nie jesteś świadoma, ale z przeciętej tętnicy szyjnej zawsze wypływa fontanna krwi, to łącze, które pompuje krew do mózgu, więc popatrzymy sobie jak błyszczy przy zachodzącym słońcu — rzuciłem z premedytacją nie oszczędzając takich słów, jakie właśnie padły, po czym zabrałem z komody pas, do którego normalnie mocowałem miecz. Broń leżała jak zwykle blisko przy łóżku, więc podszedłem po nią i podrzuciłem, łapiąc w pewniejszym uchwycie. Kiedy był już zamocowany do mojego biodra, znowu spojrzałem na Esję. Co się z nią stało i czy to miało miejsce przez tą noc, czy zaczęło się już wcześniej? Nie przypominało mi się, żeby była na tyle nierozważna i bezczelna, żeby mielić językiem bez przemyślenia swoich słów. Z pewnością nie to chciałem osiągnąć, kiedy udzielałem jej lekcji. Może nie byłem zbyt dobrym przykładem do nauki pokory. — A dzięki wąwozowi szybko pozbędziemy się i całej tej krwi, i ciała na raz, bez konieczności sprzątania resztek tego nieszczęśnika. Bardzo romantyczne i naraz niezwykle pragmatycznie, prawda?
        Pytanie retoryczne zawisło w powietrzu. Dyfar czy nie, to naprawdę nie miało dla mnie znaczenia. Może Esja oczekiwała, że będę każdego poranka radośnie z nią sobie świergotał o balladach, romantyzmie i kochankach, które uciekają nocą, ale wybrała sobie do tego nieodpowiedniego człowieka. I wcześniej wydawało mi się, że jest świadoma tego, że tak będzie. Może jednak wcale nie była.
        Może ja jestem zbyt wymagający.
        — Nie powinnaś milczeć — powiedziałem, teraz znacznie łagodniej. Irytacja mnie nie opuściła, ale zmusiłem się do uspokojenia. Pochyliłem się nad łóżkiem i złapałem jej twarz za podbródek w swoją dłoń. Szorstki materiał oplatający moje śródręcze otarł się o jej delikatną skórę. — Lubię, kiedy mówisz. Nie obrażaj się jak dziecko, nie pasuje ci to.
        Chwilę później stal jęknęła, ocierając się o cholewę buta, kiedy odwróciłem się do wyjścia.

        Tego dnia faktycznie starałem się robić mniej, niż zazwyczaj. Nawet opuściłem jedną z pomniejszych narad, które zdecydował się poprowadzić Eliah na rzecz wizyty w namiocie medyka. Oczywiście, nie wszedłem do niego frontowym wejściem; żołnierze często woleli, żeby ich przywódcy byli niezłomnymi potworami, niż ludźmi o zwykłej kruchości. Febiasz jednak nie mógł zrobić dla mnie zbyt wiele.
          — Nie istnieje skuteczniejsze lekarstwo na zmęczenie, niż czas i odpoczynek — zawyrokował, kiedy zażądałem od niego lekarstwa wzmacniającego.
        Złączył ze sobą palce obu dłoni i zaplótł tuż pod swoim splotem słonecznym. Z niekrytą niecierpliwością poprawiłem swoją pozę, tym samym dając po sobie poznać rozdrażnienie.
        — Nie mogę sobie pozwolić na jedno ani drugie.
        — Ludzie niezastąpieni nie istnieją.
        Ściągnąłem brwi. Jawna sugestia, taka jak ta, rzadko opuszczała usta podstarzałego medyka. Z pewnością po całym życiu spędzonym na froncie i w obozach wiedział dużo o strategii wojennej i polityce, ale rzadko pozwalał sobie się do niej wtrącać. Na tyle rzadko, że teraz zaskoczyły mnie jego słowa.
        — Istnieją tacy, których lepiej nie zastępować — odpowiedziałem, odbierając napar, który wcześniej zaczął przygotowywać. Tym razem ostrożniej dobierałem słowa, jakby świadom tego, że dałem wciągnąć się w słowną potyczkę oraz tego, że nie znam w niej atutów swojego rozmówcy.
        — I tacy, którzy nie powinni zginąć zbyt szybko z powodu drobnego przemęczenia — dodał, po czym uśmiechnął się blado.
        Poczułem dziwny ucisk w klatce piersiowej, kiedy wypijałem specyfik, kiedy szybko przykładałem naczynie do ust, nie chcąc, żeby mężczyzna zobaczył wyrazu, który się na nich pojawił.

        Do namiotu wszedłem spóźniony. Esji w nim nie było; może na szczęście. Przez cały dzień nie miałem ani okazji, ani ochoty, żeby się z nią spotkać, trochę omijając konfrontacje z nią na wypadek, gdyby dalej próbowała psuć mi dzień swoim pyskowaniem. Ściągnąłem wprawnym ruchem kamizelkę, a później naciągnąłem mundur. Był sztywny, dawno nie noszony. Miał uświadamiać mi, że zaiste, nie mogę czuć się zbyt swobodnie, bo to ma być dzień godny zapamiętania. Dzień naznaczony cudzą śmiercią z rąk własnych ludzi. Zdążyłem zapiąć połowę odznaczeń, kiedy w namiocie pojawiła się kapłanka. Zerknąłem na nią, a później odwróciłem się drugim bokiem, mocując stalowe odznaczenia na drugim ramieniu.
        — Weź mój miecz — poleciłem, nie poświęcając jej kolejnego spojrzenia. Broń leżała oparta o łóżko. Wypolerowana i gładka, przerażająca. Przygotowana do wykonania swojego zadania. I ja również byłem przygotowany, nawet pomimo narastającego zmęczenia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/