Wzruszyłem obojętnie ramionami, słysząc
jej odpowiedź. Wydawało mi się, że ostatnio częściej niż zwykle zapomina o tym,
że nie cierpię, kiedy ktoś odzywa się do mnie w ten sposób kompletnie
pozbawiony szacunku i że może powinienem jej o tym przypomnieć. Teraz jednak
zignorowałem jej zaczepkę. Najwyraźniej nie była w dobrym nastroju. Czy to już
oznaka rosnącego rozpieszczenia?
Ułożyłem po kolei elementy swojego stroju
na blacie – te, których nie noszę na co dzień i które naprawdę mogą świadczyć,
że dzisiaj mamy wyjątkowy dzień. Odbiorę jedno życie, ale przecież nazywamy to
honorowym postępowaniem. Jest w tym pełno okrucieństwa, na które nikt nie
powinien przymykać oczu i do którego jednocześnie wszyscy są już
przyzwyczajeni. W obozie czasami porządni ludzie zamieniają się w najgorsze
bestie. Potrząsnąłem głową, zastanawiając się, skąd u mnie takie myśli. Czyżby
zły humor kapłanki tak na mnie wpływał? A może jej złośliwe słowa, zupełnie nie
pasujące do tego obrazka naiwności, który stworzyłem sobie w głowie? Tak
naprawdę chyba zirytowało mnie jej zachowanie, a może nawet wkurwiło, tylko
byłem psychicznie i fizycznie zbyt zmęczony, żeby poddać się temu uczuciu w
pełni. Złe prychnięcie i wzruszenie ramionami było więc koniec końców jedynym
wyrazem emocji, na jaki sobie teraz pozwoliłem. Jeśli Esja zamierzała wycisnąć
ze mnie coś siłą i złośliwością, to przekona się boleśnie, że to tylko sprawia,
że dookoła mnie dzisiaj wyrośnie nowa forma obrony, kolejny mur.
— Masz teraz do mnie o coś pretensje? —
zapytałem zaskakująco spokojnie, przenosząc na nią spojrzenie i opierając dłoń
o blat stołu. Męczyła mnie teraz jej obecność. — Zgoda, idź. Poza tym sama
wiele razy podkreślałaś, że nie potrzebujesz mojego pozwolenia ani nie
przestrzeżesz zakazu, żeby zrobić to, co ci się podoba. Po co więc to wszystko?
Czułem, że takie pytania i pretensje
nigdzie mnie nie zaprowadzą. Dlatego właśnie od razu pokręciłem głową i
uniosłem dłoń na znak, że nie chcę słyszeć jej odpowiedzi. Jej pełne goryczy
słowa nie wpływały chyba na mnie najlepiej od samego rana. Gdyby tylko można
było odjąć moja zmęczenie, to może nie rozdrażniłoby mnie to kobiece paplanie.
Westchnąłem, zakładając jeszcze kamizelkę, która posiadała wiele pasków, klamer
i troczków, do których normalnie można przymocować zbroję, sprawdziłem resztę
munduru, który leżał na blacie i byłem gotowy.
— Tak. Będzie bardzo romantycznie.
Egzekucja polega na pozbawieniu życia poprzez odcięcie głowy od reszty ciała.
Może tego nie jesteś świadoma, ale z przeciętej tętnicy szyjnej zawsze wypływa fontanna
krwi, to łącze, które pompuje krew do mózgu, więc popatrzymy sobie jak błyszczy
przy zachodzącym słońcu — rzuciłem z premedytacją nie oszczędzając takich słów,
jakie właśnie padły, po czym zabrałem z komody pas, do którego normalnie
mocowałem miecz. Broń leżała jak zwykle blisko przy łóżku, więc podszedłem po
nią i podrzuciłem, łapiąc w pewniejszym uchwycie. Kiedy był już zamocowany do
mojego biodra, znowu spojrzałem na Esję. Co się z nią stało i czy to miało
miejsce przez tą noc, czy zaczęło się już wcześniej? Nie przypominało mi się,
żeby była na tyle nierozważna i bezczelna, żeby mielić językiem bez
przemyślenia swoich słów. Z pewnością nie to chciałem osiągnąć, kiedy
udzielałem jej lekcji. Może nie byłem zbyt dobrym przykładem do nauki pokory. —
A dzięki wąwozowi szybko pozbędziemy się i całej tej krwi, i ciała na raz, bez
konieczności sprzątania resztek tego nieszczęśnika. Bardzo romantyczne i naraz
niezwykle pragmatycznie, prawda?
Pytanie retoryczne zawisło w powietrzu.
Dyfar czy nie, to naprawdę nie miało dla mnie znaczenia. Może Esja oczekiwała,
że będę każdego poranka radośnie z nią sobie świergotał o balladach, romantyzmie
i kochankach, które uciekają nocą, ale wybrała sobie do tego nieodpowiedniego
człowieka. I wcześniej wydawało mi się, że jest świadoma tego, że tak będzie.
Może jednak wcale nie była.
Może ja jestem zbyt wymagający.
— Nie powinnaś milczeć — powiedziałem,
teraz znacznie łagodniej. Irytacja mnie nie opuściła, ale zmusiłem się do
uspokojenia. Pochyliłem się nad łóżkiem i złapałem jej twarz za podbródek w
swoją dłoń. Szorstki materiał oplatający moje śródręcze otarł się o jej
delikatną skórę. — Lubię, kiedy mówisz. Nie obrażaj się jak dziecko, nie pasuje
ci to.
Chwilę później stal jęknęła, ocierając
się o cholewę buta, kiedy odwróciłem się do wyjścia.
Tego dnia faktycznie starałem się robić
mniej, niż zazwyczaj. Nawet opuściłem jedną z pomniejszych narad, które
zdecydował się poprowadzić Eliah na rzecz wizyty w namiocie medyka. Oczywiście,
nie wszedłem do niego frontowym wejściem; żołnierze często woleli, żeby ich
przywódcy byli niezłomnymi potworami, niż ludźmi o zwykłej kruchości. Febiasz
jednak nie mógł zrobić dla mnie zbyt wiele.
— Nie istnieje skuteczniejsze
lekarstwo na zmęczenie, niż czas i odpoczynek — zawyrokował, kiedy zażądałem od
niego lekarstwa wzmacniającego.
Złączył ze sobą palce obu dłoni i
zaplótł tuż pod swoim splotem słonecznym. Z niekrytą niecierpliwością
poprawiłem swoją pozę, tym samym dając po sobie poznać rozdrażnienie.
— Nie mogę sobie pozwolić na jedno ani
drugie.
— Ludzie niezastąpieni nie istnieją.
Ściągnąłem brwi. Jawna sugestia, taka jak
ta, rzadko opuszczała usta podstarzałego medyka. Z pewnością po całym życiu
spędzonym na froncie i w obozach wiedział dużo o strategii wojennej i polityce,
ale rzadko pozwalał sobie się do niej wtrącać. Na tyle rzadko, że teraz
zaskoczyły mnie jego słowa.
— Istnieją tacy, których lepiej nie
zastępować — odpowiedziałem, odbierając napar, który wcześniej zaczął
przygotowywać. Tym razem ostrożniej dobierałem słowa, jakby świadom tego, że
dałem wciągnąć się w słowną potyczkę oraz tego, że nie znam w niej atutów swojego
rozmówcy.
— I tacy, którzy nie powinni zginąć
zbyt szybko z powodu drobnego przemęczenia — dodał, po czym uśmiechnął się
blado.
Poczułem dziwny ucisk w klatce
piersiowej, kiedy wypijałem specyfik, kiedy szybko przykładałem naczynie do
ust, nie chcąc, żeby mężczyzna zobaczył wyrazu, który się na nich pojawił.
Do namiotu wszedłem spóźniony. Esji w
nim nie było; może na szczęście. Przez cały dzień nie miałem ani okazji, ani
ochoty, żeby się z nią spotkać, trochę omijając konfrontacje z nią na wypadek,
gdyby dalej próbowała psuć mi dzień swoim pyskowaniem. Ściągnąłem wprawnym
ruchem kamizelkę, a później naciągnąłem mundur. Był sztywny, dawno nie noszony.
Miał uświadamiać mi, że zaiste, nie mogę czuć się zbyt swobodnie, bo to ma być
dzień godny zapamiętania. Dzień naznaczony cudzą śmiercią z rąk własnych ludzi.
Zdążyłem zapiąć połowę odznaczeń, kiedy w namiocie pojawiła się kapłanka.
Zerknąłem na nią, a później odwróciłem się drugim bokiem, mocując stalowe
odznaczenia na drugim ramieniu.
— Weź mój miecz — poleciłem, nie
poświęcając jej kolejnego spojrzenia. Broń leżała oparta o łóżko. Wypolerowana
i gładka, przerażająca. Przygotowana do wykonania swojego zadania. I ja również
byłem przygotowany, nawet pomimo narastającego zmęczenia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz