Rozdrażnienie.
Rzadko kiedy miałam z nim do czynienia, mam tutaj na myśli te dotyczące mojej osoby, bo inni zdawali się częściej sobie na nie pozwalać. Sęk w tym, że ja tego nie robiłam, przyzwyczajając zarówno swoje otoczenie, jak i samą siebie do tego, że takie emocje, humory mnie nie dotyczą. Byłam więc uśmiechniętą kapłanka, czasem pozwalałam sobie na złość, czasem na powagę, zamyślenie. Rozdrażnienie było natomiast nowe, zarówno dla innych, jak i dla mnie. Musiałam się nauczyć co oznacza, a co ważniejsze, jakie konsekwencje ze sobą przynosi. Pierwszym źródłem wiedzy miał być Nevan i już podświadomie czułam, że gorzej nie mogłam wybrać.
Może ktoś inny z sympatii, obawy, czy zwykłego szacunku zignorowałby moje zachowanie, a już na pewno nie śmiałby pokazywać, że mu ono nie odpowiada. Jeśli sądziłam, że tak będzie z Nevanem, to byłam głupia. Kwestia była jednak taka, że wcześniej o tym nie myślałam. Konsekwencje mnie nie obchodziły, a własne odczucia wzięły nade mną górę. Dobrze, wiem ile noszę na własnych barkach, ale na litość bogów! Całe życie byłam zamknięta w świątyni, moje prawdziwe obcowanie z innymi zaczęło się około dwóch miesięcy temu, a nade wszystko nie byłam podstarzałym mędrcem, tylko młodą dziewczyną.
Miotaliśmy się w tym wszystkim. Raz byłam posłuszna, gotowa na karę, to on mówił, że przecież nie ma nade mną władzy, innym razem wydawał mi rozkaz, a ja go nie przestrzegałam, kolejnym razem wytykałam mu, że mną rozporządza, a on przypominał, że przecież i tak o to nie dbam. Stale coś w tej kwestii było nie tak, bo żadne z nas nie określiło zasad, bo te zmieniały się w zależności od naszych humorów i atmosfery, jaka aktualnie między nami panowała. Teraz też musiał to zaznaczyć, ale nim odpowiedziałam, uniósł rękę. W pierwszej chwili mnie to poirytowało. No tak. Powiedział, ale zreflektował się. Miałam być cicho. Byłam.
Mimo frustracji wiedziałam, że zrobił dobrze, że miał w tym wszystkim więcej rozsądku niż ja, aby mnie powstrzymać. W środku więc byłam mu wdzięczna, na zewnątrz jeszcze ta wdzięczność nie dotarła. Dziecięca upartość. Teraz człowiek, który po prostu chce załagodzić atmosferę, udobruchać rozmówcę, zakończyłby temat. Tak należało postąpić, ale przecież Tealvash wyznawał własne zasady.
Zrobiło mi się niedobrze.
Nie chciałam go słuchać, nie chciałam aby moje myśli przeżywały każde jego słowo, wizualizując sobie je przed oczami. Zacisnęłam mocno wargi, dłonie mi drżały. W tej chwili sama chciałam, żeby Tealvash już wyszedł. Znęcał się nade mną, nie wiem czy specjalnie, czy przez przypadek. Czy miało to właściwie znaczenie? To nie była kłótnia, było w tym coś innego. Wyraźna różnica zdań, przekonań, światopoglądów. Pierwszy raz tak dotkliwie pokazane zostało, jak wiele nas różni. Jeśli któreś nie przeciągnie drugiego na swoją stronę, czy możliwe będzie udawanie, że mamy szansę?
Jak zawsze w takich momentach on potrafił wszystko na raz odwrócić. Nie pozwalał moim myślą się ułożyć, opaść na dno i zająć jakieś miejsce. Zawsze mącił wodę, wprowadzał zamieszanie, a ja mu na to pozwalałam i może nawet czekałam na to.
Otworzyłam oczy, gdy złapał moją twarz. Leniwie spojrzałam w te jego krwiste tęczówki. Nie chciałam pokazać po sobie więcej emocji, niż wypadało. Tego jak bardzo się ucieszyłam z jego słów, jak wielka fala ciepła nagle mnie oblała. Nawet jeśli ostatnie zdanie do przyjemnych nie należało, a potem... po prostu wyszedł, a ja jęknęłam głośno.
Śmiesznie było unikać Nevana. To było czymś nowym, a wizja tego, że może być na mnie złym przykryła fakt, że i ja na niego byłam podenerwowana. U Dyfara byłam zaledwie chwilę, powiedzieć, że dzisiaj jednak nie dam rady niczego się nauczyć. Kręciłam się to tu, to tam. Bez większego celu, aż w końcu ten znalazł się sam. Stałam prosto, dumnie wręcz. Powitał mnie kpiący, może nawet bezczelny chichot. Bardzo gardłowy, z widocznymi oznakami zmęczenia.
- Proszę, proszę... cóż za zaszczyt. Najświętsza w swej majestatycznej osobie - rzucił mężczyzna, z trudem unosząc na mnie spojrzenie. Głowa nieładnie mu zwisała, nadgarstki miał poranione od liny. Ignorowałam roztaczający się smród.
- Jak się nazywasz? - zapytałam o to, co chodziło mi już od dawna po głowie. Dziś miał zginąć, ja miałam wydać wyrok. Nie znałam nawet jego imienia. W jego oczach widać było zaskoczenie, a zaraz prychnął, znów w ten sam bezczelny sposób.
- Cóż za łaskawość, cóż za odwaga. Przyszłaś poznać imię okrutnika? - rzadko kiedy ludzie pozwalali sobie na wyśmiewanie mnie w otwarty sposób. Nie mogłam udawać, że nie zrobiło to na mnie wrażenia. Zrozumiałam chyba, że w obliczu śmierci nie liczą się zasady. W obliczu strachu upadamy nisko. Nie mogłam mu mieć tego za złe, był w moich oczach śmieciem, ale w jego oczach to ja byłam oprawcą i to mnie bolało. Wbrew wszystkiemu bałam się tej roli, jaką miałam odegrać w jego życiu. Nic nie odpowiedziałam, nie wiedziałam co, więc pokiwałam wolno głowa. - Dobrze więc, Diego Merver - wykrztusił z siebie. Teraz to ja kiwnęłam głową. Zbliżyłam się o krok, mimo wkradającego się w moje nozdrza odoru.
- Umrzesz dziś Diego - powiedziałam spokojnie. Mój głos był smutny, spojrzałam mu w oczy.
- Długo ci zajęła ta decyzja - syknął, brzydko krzywiąc się jednym kącikiem ust. Bezczelnie przestał mnie już chwilę temu tytułować. Nie miałam mu tego za złe. Nie dlatego tu wisiał, nie przez wzgląd na mnie.
- Nigdy nie przyczyniłam się do niczyjej śmierci - odpowiedziałam mu spokojnie, jakby całe jego zachowanie nie robiło na mnie wrażenia. W rzeczy samej nie robiło. Jutro już go nie będzie.
- I co? Oczekujesz rady, czy rozgrzeszenia? U mnie nie szukaj ni jednego, ni drugiego - splunął mi pod nogi, skrzywiłam się, ale nie cofnęłam. W tym otoczeniu jego ślina nie była najohydniejsza.
- A jeśli podobnie jak ty, w tej rozmowie będę bezczelna i wyznam, że właśnie po to tutaj przyszłam? - zapytałam cicho. Nic nie odpowiedział, głupi uśmiech zniknął z jego twarzy, szukał czegoś w mojej, ale ja sama przez cały ten dzień nie umiałam tego tam znaleźć. Dlaczego sądziłam, że ten człowiek mi pomoże? Może błędem było przychodzić do niego, a może... było to moim ostatnim ratunkiem, gdy inne znane mi sposoby zawiodły.
- Idź kapłanko, nie powinnaś tu przychodzić - zawyrokował, ale ani drgnęłam. Spojrzał na mnie pytająco.
- Pomóżmy sobie nawzajem, Diego - wypowiedziałam spokojnie, uniosłam dłoń i otarłam mu pot z czoła, a potem podtrzymałam jego głowę, by nie musiał jej samotnie dźwigać. - Miałeś pecha, bo akurat ty uświadomiłeś mi, ile brudu jest dookoła i na twoim miejscu mogłoby być wielu innych. Posłużysz za przykład, zginiesz ku przestrodze innym, jednak... - zawahałam się na moment, a w mojej pamięci rozbrzmiały słowa Nevana, zwilżyłam wargi, dałam sobie chwilę. - Mogę cię rozgrzeszyć. Mogę ci wybaczyć. Mogę zbawić twoją duszę - wymieniłam, nie odwracając spojrzenia.
Niedowierzanie wymalowane na jego twarzy. Źrenice, które teraz się rozszerzyły. Najpierw kpina, potem coś innego. Złość? To też minęło. Wiele emocji, ostatnia - niepewność.
- Co masz na myśli? - zapytał w końcu, przestał się chować za fałszywą pewnością siebie. Uniosłam jedną brew, będąc w transie być może. Palcami odsunęłam mu włosy z czoła.
- Chcą zrzucić twoje ciało do wąwozu, byś gnił, jak przystało na złoczyńcę. Ja mogę zaoferować ci należyty pochówek. Śmierć zmyje grzechy...
- A ty unikniesz tym samym własnych...
- Tak - odpowiedziałam zaskoczona tym, z jaką łatwością mi to przyszło.
- Nie tak to działa, kapłaneczko - prychnął, ale już nie było w tym rozbawienia.
- Dlaczego? Bo macie własne zasady? Ja mam swoje i będę ich broić tak długo, jak starczy mi sił - zawyrokowałam, a on pokiwał spokojnie głowa. Kolejna cisza, a na jego twarzy zdawało się coś rozjaśniać, jakaś idea.
- Mogę teraz ja zadać pytanie? - pokiwałam głową na znak, że się zgadzam. Nie mogłam przewidzieć tego, co opuści jego usta. - Po chuj to robisz? Gdybyś chciała, to byś tu kurwa nie przyszła - wysyczał. Drgnęłam, otworzyłam szerzej oczy. Wyszłam z tego dziwnego stanu, ale nie puściłam jego twarzy. Przełknęłam to, pokiwałam powoli głową. Jak miałam mu na to odpowiedzieć? Szukałam dobrego wyjaśnienia, ale odpowiedź przyszła sam z siebie. Może bardziej rozwianie niejasności. Nie musiałam mu się tłumaczyć, to wszystko.
- Jutro będziesz już martwy, Diego. Przyczyny mojego działania ciebie nie dotyczą - ucięłam, a on znów się zaśmiał. Tym razem o dziwo było to śmielsze. Swoją drogą ciekawe, gdybym była na jego miejscu, być może umiałabym jedynie płakać i drżeć. To była różnica między dzieckiem, a mężczyzną? Czy każdy taki był, czy może nieopacznie miał zginąć jeden z tych twardszych, który mógł się zapisać na kartach historii, ale zostanie z nich zmazany, nim jego legenda się rozpocznie.
- Słuszna uwaga. Obóz cię zmienił, właśnie dlatego jesteście chowane przed światem. Inteligencja, piękno i świadoma władza to trzy rzeczy, których nie powinna dostać na raz jedna kobieta - zawyrokował, ale potem zakaszlał, co świadczyło, że nie skończył. Musiał zauważyć zmianę na mojej twarzy. - Chcesz mi zapewnić miejsce wśród bogów, tak? Mi? Gwałcicielowi? A co jeśli do tego dodam, że przez ostatnie dni przy życiu trzyma mnie wizja tego, że zrywam te liny, a potem pieprzę ciebie jak najtańszą dziwkę, aż nie wypuszczasz z siebie ostatniego tchnienia... przyznaję, że w wizjach tych nie przestaję wraz z twoją śmiercią, a po wszystkim kwestia pochówku gówno mnie obchodzi - rzucił od niechcenia. Najbardziej dosadne słowa, jakie w życiu słyszałam. Zachowanie kamiennej maski kosztowało mnie ogrom wysiłku. Z trudem nie odeszłam. Nie mogłam. Wzięłam głęboki wdech, koleiny.
Frustracja.
Poznałam dziś to uczucie. Gdy strach pcha nas do złości i tak trudno jest wówczas dostać od kogoś pomoc. Zraża się otoczenie i nie można go winić za to, że te ma nas dość. Nawet gdy byłam tego świadoma, z trudem przyszło mi zostać tutaj przy tym mężczyźnie. Mimo wszystko się przemogłam.
- W tym wypadku mogę jedynie uznać, że cieszy mnie fakt, iż liny nie puściły. Wówczas nie byłabym w stanie wybawić cię od potępienia - spokój. Ten na mojej twarzy i ten, który pokazał się na twarzy mężczyzny, gdy zrozumiał, że walka tutaj się kończy, że duma tutaj opada. To dało mi jasno do zrozumienia, że wygram, osiągnę, co chcę. Śmieszna satysfakcja.
- Dobrze więc... Żyj więc dalej kapłaneczko, wiedząc, że nie mam żalu. Koniec końców przynajmniej zawsze to jakiś zaszczyt, przyczynić się do splamienia takich słodkich rączek i umrzeć z myślą, że nie zapomnisz o mnie - wypowiedział, a w głosie dało się wyczuć żal, szczerość i coś jeszcze. Pokiwałam głową, ale zanim się odezwałam.
- EJSA! - podskoczyłam słysząc głos Eliaha. Odwróciłam się szybko, puściłam więźnia. Blondyn zaraz znalazł się koło mnie. - Co ty tu robisz? - rzucił, złapał mnie za nadgarstek i spojrzał przenikliwie. Uśmiechnęłam się słabo. Chciałam mu wytłumaczyć wszystko, ale nie zrobiłam tego.
- Rozkaż go umyć, opatrzyć i ubrać. Niech zje, napoi się i na egzekucje czeka w wozie - powiedziałam jedynie i go minęłam. Musiałam odetchnąć, uspokoić emocje, które zbyt długo we mnie wzbierały.
Zbliżał się czas nieunikniony. Śmieszyło mnie to, jak pięknie moje włosy zaplotła Mila. Ubrana byłam w swoją szatę kapłańską i nie miałam już nic więcej do zrobienia, jak jedynie odejść do namiotu Nevana. W zasadzie mogłam skierować się od razu do wschodniej części obozu, ale... nie chciałam.
Kiedy weszłam do środka, Nevan miał już na sobie mundur i przypinał odznaczenia. Nie przywitał mnie. Ja nie przywitałam jego. Nie lubiłam tej sytuacji. Zerknęłam na jego miecz, duży i ciężki, ale nie aż tak, bym nie była w stanie go podnieść. Teraz jednak nie sięgnęłam po niego od razu. Podeszłam powoli, pochyliłam się lekko, ujęłam pochwę oburącz i oderwałam go od ziemi. Metal był chłodny, ale nie umiałam ocenić, czy było to przyjemne, czy przerażające. Przeszłam z bronią tak, aby zatrzymać się przed nim. Nie z boku, nie za plecami, nie gdzieś tam w namiocie, a centralnie przed nim. Patrzyłam na niego cały ten czas, na twarz, chociaż on zerkał w miejsce, gdzie właśnie mocował odznaczenie. Zacisnęłam nieco mocniej dłonie na metalu.
- Nie zrzucimy jego zwłok do wąwozu - oznajmiłam. Nie pytałam, nie prosiłam. Po prostu oznajmiłam. Nie było we mnie tyle pewności siebie, ile bym chciała, ale było więcej, niż się spodziewałam. - Po wszystkim jego ciało zostanie oczyszczone i namaszczone. Zrobię to sama. Spalimy je o świcie na stosie, a ja zadbam, by jego dusza była zbawiona - dokończyłam. Nim jednak on coś powiedział, uniosłam dłoń, nauczyłam się tego od niego. Jeszcze nie skończyłam. Zrobiłam trzy kroki w przód. Nieco mnie to wszystko przerażało, a jednak zbliżyłam się na tyle, by poprawić jedno odznaczenie, zaraz po tym, jak wsparłam miecz o stół. Palce trzęsły mi się lekko.
- Powiedziałeś, że mam nad nim władzę. Nie wiem, czy postępuję słusznie, ale taką podjęłam decyzję. Swoją własną, z którą będę musiała się zmierzyć. Teraz dopiero jest to moja decyzja, może nie tak doskonała i pewna, jakby była, gdybyś to ty ją podejmował, ale przynajmniej szczera, zgodna z tym, co czuję. Wierzę, że postępuję dobrze, bo minęła frustracja, którą czułam rano - zakończyłam, zadzierając wyżej głowę. Nigdy nie mogłam przewidzieć, jak się zachowa. Czy nadal będzie zły, czy złagodnieje, czy pokaże obojętność? Musiałam czekać, zawsze musiałam czekać. Nie mogłam manipulować emocjami, bo nim się nie dało manipulować. Prawda, jaką oferował była jedyną, jaką miałam.
- Jesteś mną rozczarowany? - zapytałam w końcu, chyba właśnie tego bojąc się w tym wszystkim najbardziej.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz