sobota, 24 marca 2018

CCXVI


         To było jedno nic nie warte życie. Jeden człowiek, jeden wojowniczy żołnierz. Jego śmierć i życie nie miało dla mnie żadnego znaczenia. Sprawiedliwość została odstawiona na inną półkę, na tą dalszą, gdzie będzie mogła swobodnie zarosnąć kurzem, gdzie nikt nie będzie po nią sięgał. Tylko jeden człowiek z jedną historią, której szczegółów nie będzie dane mi poznać. Nie oderwałem wzroku od zdobień, które teraz błyszczały elegancko na tle ciemnego munduru. Nie pasowały do mnie. Powinny być skąpane w krwi.
        Skoro jego życie było nieistotne, dlaczego próbowałem przypomnieć sobie podobne egzekucje, te które widziałem jeszcze jako dziecko i wszystkie kolejne, które tworzyły żniwa śmierci? Były ich setki, a każda być może mniej konieczna, niż wcześniejsze. Poprawiłem odznakę. Nadal wyglądało na to, że krzywo wisi na moim ramieniu. Z nieoczekiwaną pomocą przyszła Esja. Zerknąłem na miecz. Jego bliskość sprawiała, że czułem się spokojniej, wygładzał wszelkie fałdy zwątpienia. Widział wszystko, czego dokonałem w swoim życiu. Był ze mną dłużej, niż jakikolwiek inny człowiek. Był niczym bratnia dusza, a przecież w niczym nie przypominał człowieka. Nie miał wnętrza ani pamięci, która mogłaby udokumentować każdą śmierć. Wyciągnąłem do niego dłoń, kiedy kapłanka się odezwała, wysunąłem rękojeść ze stalowej pochwy z bardzo znajomym kliknięciem. Ostrze nadal było tak samo zabójcze, jak lata temu, kiedy mi go powierzono w drogocennym prezencie. Nie stępiło się na wszystkich tych nieszczęśnikach, których rozpłatało.
        Kiedy się w końcu odezwałem, mój głos był niezmącony emocją. Czy to krzyżowało mi plany? Czy to sprawiało, że coś się zmieni?
        — Twoje słowa są moim rozkazem, najświętsza.
        Pochyliłem się i podniosłem ostrze, a ono wpadło na swoje miejsce, teraz już zabezpieczone przez pokrowiec. To jakby niebezpieczeństwo odeszło. Skryło się w cieniu, czekało na moment, kiedy będzie mogło ponownie ujrzeć światło słoneczne.
        — Weź go — powtórzyłem, a później poświęciłem jej krótkie spojrzenie i wyciągnąłem do niej rękę z dłonią zaciśniętą na misternych zdobieniach. Były piękne. Znałem je na pamięć. — Może jest trochę ciężki, ale z czasem i praktyką zapomina się, jaki ciężar naprawdę ze sobą niesie — wyjaśniłem, niechętnie pozbywając się tego właśnie ciężaru z rąk. Kiedy dziewczyna go wzięła, odwróciłem się do wyjścia i razem, ramię w ramię opuściliśmy namiot.
  

        Na miejscu wszystko było przygotowane. Cała Gwardia stała w równym rzędzie, a na głowach mieli hełmy z wielkimi, czarnymi rogami założone z prostą, elegancką przyłbicą na twarz tak, że nie sposób było od razu rozpoznać każdego z nich. Dla mnie jednak była to kwestia krótkiej obserwacji – każda sylwetka i ruchy poszczególnej osoby różniły się między sobą diametralnie. Widziałem wszystkich, byli w pełnych zbrojach, przygotowani, milczący, złowrodzy. Stali sztywno wyprostowani, niektórzy z dłońmi na rękojeściach swoich broni, niczym zastęp samej kostuchy gotowy podążyć pod jej rozkazem i wyrywać życie z ludzkich rąk. Nie drgnąłem widząc ich w gotowości. Co myśleli? Czy osądzali tą sytuację? Żaden człowiek w tym obozie, czy to żołnierz, czy sługa, czy ktokolwiek inny nie miałby na tyle śmiałości, żeby podważać to, co tutaj się dzisiaj wydarzy. Mimowolnie jednak zastanawiałem się, jakie mają odczucia. Byli moją bronią i często traktowałem ich tak samo, jak własny miecz. Jakby byli pozbawionymi duszy narzędziami, które zrobią wszystko, co tylko im rozkaże ich pan. Odwróciłem spojrzenie. Esja w kontraście do nich była jasną figurą, wybijającą się na tle Gwardii i pozostałych żołnierzy, którzy stali po przeciwnej stronie do mojej straży przybocznej. Ci bardziej przypominali motłoch. Między nimi znalazły się także kobiety, może nawet służąca kapłanki. Na nikim nie zatrzymywałem spojrzenia na dłużej. Do nikogo się nie odezwałem, nie wykonałem żadnego, nawet najdrobniejszego znaku.
        Teraz, dzisiaj, w tej chwili ja także byłem jedynie narzędziem. Narzędziem zakończonym śmiertelnie ostrą głownią.
        Słońce powoli opadało coraz niżej. Przygotowano jedynie prosty i niewysoki, zbity na potrzeby dzisiejszej ceremonii podest wyłożony płaskimi deskami, przez które mogła przeciekać krew. Tej miało być dużo. Ostre promienie słońca strzeliście wybiły się ponad horyzont, zalały cały krajobraz czerwienią, ostrą i krwistą, jakby wiedziało dokładnie, co zaraz będzie miało miejsce. Dzień dogasał powoli i pięknie, kiedy spośród tłumu wyprowadzono skazańca. On również miał na sobie jaskrawobiałe szaty, w których wydawał się bardziej niż symbolicznie pasować do ubrania Esji. Nie zaskoczyło mnie to. Przyszła do mnie z żądaniami na ustach, więc z pewnością nie były to jedyne przygotowania, jakie poczyniła tego dnia. Skinąłem głową lekko w stronę prowadzących gwałciciela mężczyzn.
        Kapłanka nadal trzymała mój miecz, może już zdążyła zapomnieć o ciężarze, jak ze sobą niósł, a może teraz dopiero poczuła, jak silnie i z jaką determinacją potrafił pociągnąć ją w dół? Podeszliśmy do podestu zdecydowanym, powolnym jednak krokiem. Najpierw wprowadzono skazańca. Nic nie mówił. Nie krzyczał. Nie modlił się. Pokiwałem głową z uznaniem, kiedy pchnęli go w przód i uderzyli od tyłu w kolana, tym samym zmuszając do upadnięcia na kolana.
        Miał związane za plecami dłonie w nadgarstkach, krwawiły jeszcze, brudząc jasne szaty. Zachwiał się, opadając do przodu, aż na ramię, powstrzymując się nim i policzkiem przed położeniem się na deskach. Z resztkami godności podniósł się, odwróciwszy głowę na krótką sekundę w naszą stronę. Posłał jedno, jedyne spojrzenie, które nie było zaadresowane do mnie.
        Czułem na sobie palący wzrok setki ludzi, spośród której nikt się nie odezwał. Wszystkich nas zalewały ostatnie, ostre promienie słoneczne tego dnia, jakby wszystkim nam chciały przypomnieć, że koniec nie jest domeną jednej osoby, która dzisiaj odda życie. Że nas wszystkich to czeka i oby dla wszystkich było tak łagodne, jak dla tego przestępcy.
        Ja pogodziłem się z takimi kolejami losu. Na mojej twarzy odbiło się głębokie zamyślenie, które być może postarzyło jeszcze moje rysy. Wyciągnąłem otwartą dłoń do Esji.
        Skazany nie krzyczał, nie miotał się, nie wierzgał. Zerknął jedynie na kapłankę, a w jego oczach było coś, czego nie potrafiłem zinterpretować. Czego nie chciałem rozumieć. Wiedział, że oto nadszedł jego koniec, ale nie podniósł nawet głosu, jego oczy nie płakały, nie było napompowanej pewności siebie. Nie było niczego, tylko to jedno, krótkie spojrzenie. A później odwrócił się do nas plecami i wyprostował na klęczkach, na ile godnie potrafił. Zapatrzył się w horyzont. Ja także zerknąłem tam na moment, może w nadziei, że znajdę jakąś odpowiedź.
        Nie było tam jednak nic, poza krwistym słońcem i jego uporczywym żarem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/