piątek, 9 marca 2018

CXC



        Dopiero kiedy materiał zasłaniający wejście do namiotu przestał łopotać po gwałtownym podniesieniu go pozwoliłem postawić sobie pierwszy krok naprzód. Jeden krok, jeden stopień. Kolejny i stanąłem na suchej, zbitej ziemi charakterystycznej pustynnej skale. Podłoże było inne, niż w naszych stronach, niż nasze ziemie. Każdy krok mógł uświadomić naraz i tak dobitnie, że nie jesteśmy u siebie, że jesteśmy tu wrogami, nie mile widzianymi gośćmi. Z każdym normalnym krokiem miałem w głębi swojej świadomości myśl o tym, że nie to obczyzna, że to wojna i wygnanie. Że to ziemia, na której nie ma niczego dla nas poza stratą i cierpieniem.
        Postawiłem jeszcze jeden. Dla sprawdzenia. Dla sprowadzenia siebie na tą ziemię, dla przypomnienia, gdzie jestem. Ale nie podziałało. To, co zawsze budziło się we mnie w dzień taki jak ten, teraz nie nadeszło. Nie nadeszło też kiedy znalazłem się w połowie drogi do stajni.
        Moje serce wewnątrz klatki piersiowej biło silnie, niezdrowo.
        Wymierzało rytm, do którego stawiałem kroki. A znajome poczucie, które zawsze nawiedzało mnie przed bitwą i ostrożność, którą zawsze kierowałem się na obcym terenie nie nadeszła. Nie było niczego, tylko wzmocnione bicie serca. Było tylko to serce, które boleśnie szybko biło do osoby, która została w tamtym namiocie. Delikatny powiew wiatru owiał moją twarz, ale nie pomógł otrzeźwieć. Zatrzymałem się i przymknąłem oczy, ale to także niewiele dało.
        Przeraziło mnie to, że chęć walki i zabijania nie nadchodzi. Automatycznie sprawiło, że przeszył mnie nieprzyjemny dreszcz, który był dziwny w połączeniu z ekscytacją, która najwidoczniej nie została wcale w namiocie, jak powinna. Westchnąłem, unosząc lekko podbródek do góry. Ta chwila zawieszenia była tak intymna, że cieszyłem się wręcz, że nikogo nie było na wąskiej ścieżce między namiotami.
        Może jestem już spóźniony.
        Poprawiłem miecz przymocowany do paska zawieszonego na moich biodrach. Czarna, lśniąca klinga i jej dotyk, chłodna stal w końcu sprawiły, że powoli ruszyłem naprzód, tak jakby już zdążyła zacząć pożerać mnie rdza.

        Nie było łatwo. Miałem świadomość, że to zadanie nie będzie należało do takich, po których wszyscy wrócą do obozu i będą świętować aż do samego rana. Teraz jednak czułem, jak cały ciężar opada na moje barki. Nie było nikogo, kogo moglibyśmy winić, nie było nikogo poza mną. Odpowiedzialność też była moja. Zebrałem wodze, kiedy zmęczony koń wystraszył się czegoś, nagłego ruchu po mojej prawej stronie. Sam obróciłem głowę w tamtym kierunku, ale to był tylko Eliah. Nie miałem nawet czasu, żeby powiedzieć mu, że cieszę się że wraca razem z nami, że nie leży tam, na rozdziobanie dla wron, sępów i kruków. Nie zrobiłbym tego, a nawet wtedy on wiedział, znał moje uczucia. Przynajmniej te dotyczące tracenia ludzi w walce.
        — Dzisiaj wielu poległo.
        Skinąłem głową. To był fakt. Wielu z moich ludzi nie wróci już bezpiecznie do swojego namiotu. Kilka z nich staną się puste, będą musiały czekać na nowe siły zbrojne. Ten suchy fakt jednak sprawił, że zbroja na moich ramionach stała się podwójnie ciężka.
        — Widziałem czterech w przełęczy, kiedy zarządziłem odwrót. Nie wiem, ilu zostało poza nią — powiedziałem spokojnie, cicho. Byłem zmęczony, ale tym razem nie fizycznie, a psychicznie. Miałem ochotę zrobić coś, poprawić jakąś strategię. Przywołać martwych zza grobu. Cokolwiek, byleby ta misja nie skończyła się z takim wynikiem.
        Oczywiście nie było to możliwe. Jako żołnierz, a teraz również dowódca, musiałem być gotowy na takie i jeszcze większe straty. Ale nie byłem, nie dzisiaj, kiedy ten dzień rozpoczął się tak jasno, kiedy nie zapowiadał wcale podobnego finału.
        Nie dzisiaj, kiedy skamieniałe serce przypomniało sobie, że ono również może szybciej bić.
        — Przygotuję raport w obozie. Ithrick policzy straty, kiedy dotrzemy na miejsce — zadecydował Eliah, zupełnie nie pytając mnie o zdanie. Nawet nie miałem mu tego za złe.
        Za odpowiedź otrzymał jedynie skąpe w wyrazie skinienie głową, a na mojej twarzy musiał gościć nieprzenikniony wyraz, bo blondwłosy mężczyzna wyraźnie się strapił. Jego twarz teraz wyglądała na starszą niż w rzeczywistości. Może chciał coś dodać, może chciał powiedzieć coś, co zazwyczaj między nami nie padało. Nie zrobił tego jednak. Zamilkł, a ja przeniosłem spojrzenie na drogę przed nami, którą oświetlały zaledwie dwie pochodnie, które nieśli na przecie żołnierze i księżyc o ogromnej, okrągłej tarczy. Samo jego chłodne światło wystarczyłoby jako drogowskaz, ale ludzie nie czuli się pewnie w blasku księżyca, który miał odpowiadać za pokój. Już nie.
          Z resztą nie wiem, czy w tym momencie mogłem im się dziwić. Nie potrafiłbym tego wytłumaczyć, a tym bardziej się do tego przyznać, ale na tych ziemiach miałem wrażenie, że złe fatum i los, który nie zamierzał być dla nas przychylny dreptał za nami, czasami naciskał na piętę, czasami na odcisk. I nigdy nie odchodził, chyba że obecna była Esja. Ona była jak światło, które mogło prowadzić tych żołnierzy po nocnych, nieznanych szlakach, ludzie wierzyli w nią i liczyli się z jej słowem, choć jednocześnie traktowali ją nie jak człowieka, a symbol. Coś bliskiego bóstwu, ale jednak nim nie będące.
        Zacisnąłem dłoń boleśnie na skórzanym pasku. Dzisiaj udało mi się wrócić. Dzisiaj przeżyłem, ale kto wie, czy jutro nie podążę za tym losem, który nas zwodzi i który prowadzi ku przepaści?
        — Powinieneś odpocząć Nevanie — odezwał się Eliah i tym samym zaskoczył mnie do tego stopnia, że odwróciłem się do niego. Nadal jechał obok, choć mógłbym przysiąc, że wcześniej znacznie zwolnił. Ile minęło czasu, od kiedy maszerowaliśmy do domu? Godzina, może dwie? Czy więcej? Księżyc był bardzo wysoko na niebie. — Jeszcze nie dzisiaj, nie jutro, ale kiedy przyjdzie list ze stolicy, powinieneś pojechać.
        Wyraz mojej twarzy nieprzyjemnie stwardniał, kiedy zrozumiałem, o czym mówi. Nie spodobało mi się to, że uważa, że posiadam jakąś słabość. Że to za dużo dla mnie. Bardzo mi się nie spodobało.
        — A ty powinieneś zrozumieć, że nadal jeszcze tutaj nie rządzisz — odpowiedziałem niemal od razu, pozwalając przybrać głosowi ton wyższości.
        Taki zwrot zaskoczył go, a ja użyłem tej chwili, żeby oddalić się od niego i uciec od sideł, które wydawało mi się, że chciał na mnie zastawić. Straciłem kilku ludzi. Ale wygrałem walkę, tą, wcześniejszą i każdą następną. Nie pozwolę, żeby ktoś mówił mi o moich słabościach, żeby ktoś dysponował moją władzą i moją siłą. Złość z resztą dodała mi animuszu. Może dzięki temu w obozie pojawiliśmy się zaskakująco szybko. Jak zwykle zostawiłem swojego konia do opieki stajennemu – jedynemu chłopcu, któremu pozwalałem zajmować się moim wierzchowcem. A kiedy ten był w dobrych rękach, natychmiast skierowałem się do namiotu.
        Już niemal przy celu mojej drogi zatrzymał mnie zwierzchnik jednostki, która została pilnować obozu. Miał starszą, poprzecinaną bliznami twarz i mądre, jasne oczy. Skinąłem głową, żeby mówił.
        I powiedział. Opowiedział mi w skrócie, bardzo rzeczowo wszystko, co wydarzyło się dzisiaj w obozie podczas naszej nieobecności. A ja słuchałem, spokojnie, nie zdradzając żadnej emocji. Nie pokazałem jej nawet, kiedy skończył, a wydawało mi się, że liczy na jakąś – może konkretną – reakcję. Po prostu skinąłem głową z twarzą niczym wykutą w chłodnej skale, nie patrząc dłużej na niego.
        — Dzisiaj nie będzie świętowania. Przygotuj też swoich żołnierzy, jutro wasza jednostka idzie ze mną, wymarsz blisko przed południem — rozkazałem i już miałem ruszyć dalej przed siebie, kiedy mężczyzna mnie jednak zatrzymał.
        — Oficerze. — Skinąłem cierpliwie głową. — A co z mężczyzną? Jakie wydasz rozkazy?
        Oczywiście. Zatrzymałem się w pół kroku, który jeszcze przed chwilą byłem gotów podjąć. I pozwoliłem sobie na chwilę zamyślenia. Chciałem przemyśleć to dokładnie, podjąć mądrą decyzję, której nie powstydziłby się dobry dowódca. Zajęło mi to dobrą minutę milczenia, a później z namysłem zwróciłem się do zwierzchnika.
        Spijał moje słowa i dokładne rozkazy z ust, nie kryjąc przy tym swojego zaszokowania.

        Wszedłem cicho, starając się nie wydać żadnego odgłosu. Nadal paliła się jedna świeca, w pierwszej chwili pomyślałem więc, że Esja faktycznie nie zasnęła. Widok, który zastałem sprawił, że wcześniejsze troski nieco stopniały. Najpierw podszedłem do biurka i w milczeniu przyglądałem się temu obrazkowi, spokojnej twarzy i kilku nerwowym tikom wykonanym zapewne przez sen. Dopiero chwilę później zabrałem się za przygotowanie do spania. Tak cicho, jak to możliwe, choć bez przesadnej wrażliwości zacząłem pozbywać się części swojej zbroi, odpinając fragment za fragmentem, metodycznie, bez pośpiechu. To było bardzo znajome zajęcie, bardzo uspokajające uczucie, którego smak znałem praktycznie na pamięć po setkach razy powtórzeń.
        Esja obudziła się prawie pod koniec tego rytuału.
        — Spałaś — odpowiedziałem po prostu z rozbrajającą szczerością i faktycznie był to jedyny powód, dla którego jej nie obudziłem. Powoli dokończyłem ściąganie reszty metalowych blaszek i innych fragmentów zbroi. — Zamierzałem przenieść cię do łóżka po skończeniu.
        Jakby na potwierdzenie tych słów podniosłem ją z jej miejsca i skierowałem się w stronę łóżka. Wolałem zapomnieć o własnym zmęczeniu, o własnych problemach teraz, kiedy mogłem położyć się spać i nie rozmyślać o tym, co przyniesie, a czego nie przyniesie jutro. Położyłem ją na posłaniu, sam niemal od razu ułożyłem się obok, na plecach. Mięśnie rwały mnie przyjemnie. Przymknąłem powieki. Nie zapomniałem jednak wcale o kilku ważnych sprawach.
        — Wolisz iść spać, czy opowiedzieć mi o tym, co dzisiaj się wydarzyło? — zapytałem w końcu po długim, spokojnym milczeniu. Mój głos nie był zły… Właściwie nawet nie wyrażał żadnej emocji. Zastanawiałem się jednak, jak przedstawi sprawę, czy będzie próbowała wydostać ode mnie jakieś konkretne konsekwencje. Oczywiście, zagrałem trochę niesprawiedliwie, bo nie wiedziała, że pierwsze rozkazy zostały już w tej sprawie wydane. Zastanawiała mnie jej pozycja. Zastanawiało mnie to, czy nauczyła się czegoś przez cały ten czas. A później jeszcze coś innego przyszło mi do głowy. Tym razem obróciłem się twarzą w jej stronę, a dłonie miałem zaplecione na brzuchu. — Powinnaś nadal ćwiczyć walkę mieczem. Nadal niewiele umiesz i nadal wiele może ci się jeszcze przydać, a przecież w tamtym obozie dopiero zacząłem uczyć cię stawiać pierwsze kroki.
        Uniosłem lekko brwi. Ja nie będę miał czasu, ale może uda znaleźć mi się kogoś, kto nie będzie zadawał wiele niepotrzebnych pytań.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/