Dopiero kiedy materiał zasłaniający
wejście do namiotu przestał łopotać po gwałtownym podniesieniu go pozwoliłem
postawić sobie pierwszy krok naprzód. Jeden krok, jeden stopień. Kolejny i
stanąłem na suchej, zbitej ziemi charakterystycznej pustynnej skale. Podłoże
było inne, niż w naszych stronach, niż nasze ziemie. Każdy krok mógł uświadomić
naraz i tak dobitnie, że nie jesteśmy u siebie, że jesteśmy tu wrogami, nie
mile widzianymi gośćmi. Z każdym normalnym krokiem miałem w głębi swojej
świadomości myśl o tym, że nie to obczyzna, że to wojna i wygnanie. Że to
ziemia, na której nie ma niczego dla nas poza stratą i cierpieniem.
Postawiłem jeszcze jeden. Dla
sprawdzenia. Dla sprowadzenia siebie na tą ziemię, dla przypomnienia, gdzie
jestem. Ale nie podziałało. To, co zawsze budziło się we mnie w dzień taki jak
ten, teraz nie nadeszło. Nie nadeszło też kiedy znalazłem się w połowie drogi
do stajni.
Moje serce wewnątrz klatki piersiowej
biło silnie, niezdrowo.
Wymierzało rytm, do którego stawiałem
kroki. A znajome poczucie, które zawsze nawiedzało mnie przed bitwą i
ostrożność, którą zawsze kierowałem się na obcym terenie nie nadeszła. Nie było
niczego, tylko wzmocnione bicie serca. Było tylko to serce, które boleśnie
szybko biło do osoby, która została w tamtym namiocie. Delikatny powiew wiatru
owiał moją twarz, ale nie pomógł otrzeźwieć. Zatrzymałem się i przymknąłem
oczy, ale to także niewiele dało.
Przeraziło mnie to, że chęć walki i zabijania
nie nadchodzi. Automatycznie sprawiło, że przeszył mnie nieprzyjemny dreszcz,
który był dziwny w połączeniu z ekscytacją, która najwidoczniej nie została
wcale w namiocie, jak powinna. Westchnąłem, unosząc lekko podbródek do góry. Ta
chwila zawieszenia była tak intymna, że cieszyłem się wręcz, że nikogo nie było
na wąskiej ścieżce między namiotami.
Może jestem już spóźniony.
Poprawiłem miecz przymocowany do paska
zawieszonego na moich biodrach. Czarna, lśniąca klinga i jej dotyk, chłodna
stal w końcu sprawiły, że powoli ruszyłem naprzód, tak jakby już zdążyła zacząć
pożerać mnie rdza.
Nie było łatwo. Miałem świadomość, że
to zadanie nie będzie należało do takich, po których wszyscy wrócą do obozu i
będą świętować aż do samego rana. Teraz jednak czułem, jak cały ciężar opada na
moje barki. Nie było nikogo, kogo moglibyśmy winić, nie było nikogo poza mną.
Odpowiedzialność też była moja. Zebrałem wodze, kiedy zmęczony koń wystraszył
się czegoś, nagłego ruchu po mojej prawej stronie. Sam obróciłem głowę w tamtym
kierunku, ale to był tylko Eliah. Nie miałem nawet czasu, żeby powiedzieć mu,
że cieszę się że wraca razem z nami, że nie leży tam, na rozdziobanie dla wron,
sępów i kruków. Nie zrobiłbym tego, a nawet wtedy on wiedział, znał moje
uczucia. Przynajmniej te dotyczące tracenia ludzi w walce.
— Dzisiaj wielu poległo.
Skinąłem głową. To był fakt. Wielu z
moich ludzi nie wróci już bezpiecznie do swojego namiotu. Kilka z nich staną
się puste, będą musiały czekać na nowe siły zbrojne. Ten suchy fakt jednak
sprawił, że zbroja na moich ramionach stała się podwójnie ciężka.
— Widziałem czterech w przełęczy, kiedy
zarządziłem odwrót. Nie wiem, ilu zostało poza nią — powiedziałem spokojnie,
cicho. Byłem zmęczony, ale tym razem nie fizycznie, a psychicznie. Miałem
ochotę zrobić coś, poprawić jakąś strategię. Przywołać martwych zza grobu.
Cokolwiek, byleby ta misja nie skończyła się z takim wynikiem.
Oczywiście nie było to możliwe. Jako
żołnierz, a teraz również dowódca, musiałem być gotowy na takie i jeszcze
większe straty. Ale nie byłem, nie dzisiaj, kiedy ten dzień rozpoczął się tak
jasno, kiedy nie zapowiadał wcale podobnego finału.
Nie dzisiaj, kiedy skamieniałe serce
przypomniało sobie, że ono również może szybciej bić.
— Przygotuję raport w obozie. Ithrick
policzy straty, kiedy dotrzemy na miejsce — zadecydował Eliah, zupełnie nie
pytając mnie o zdanie. Nawet nie miałem mu tego za złe.
Za odpowiedź otrzymał jedynie skąpe w
wyrazie skinienie głową, a na mojej twarzy musiał gościć nieprzenikniony wyraz,
bo blondwłosy mężczyzna wyraźnie się strapił. Jego twarz teraz wyglądała na
starszą niż w rzeczywistości. Może chciał coś dodać, może chciał powiedzieć
coś, co zazwyczaj między nami nie padało. Nie zrobił tego jednak. Zamilkł, a ja
przeniosłem spojrzenie na drogę przed nami, którą oświetlały zaledwie dwie
pochodnie, które nieśli na przecie żołnierze i księżyc o ogromnej, okrągłej
tarczy. Samo jego chłodne światło wystarczyłoby jako drogowskaz, ale ludzie nie
czuli się pewnie w blasku księżyca, który miał odpowiadać za pokój. Już nie.
Z resztą nie wiem, czy w tym momencie
mogłem im się dziwić. Nie potrafiłbym tego wytłumaczyć, a tym bardziej się do
tego przyznać, ale na tych ziemiach miałem wrażenie, że złe fatum i los, który
nie zamierzał być dla nas przychylny dreptał za nami, czasami naciskał na
piętę, czasami na odcisk. I nigdy nie odchodził, chyba że obecna była Esja. Ona
była jak światło, które mogło prowadzić tych żołnierzy po nocnych, nieznanych
szlakach, ludzie wierzyli w nią i liczyli się z jej słowem, choć jednocześnie
traktowali ją nie jak człowieka, a symbol. Coś bliskiego bóstwu, ale jednak nim
nie będące.
Zacisnąłem dłoń boleśnie na skórzanym
pasku. Dzisiaj udało mi się wrócić. Dzisiaj przeżyłem, ale kto wie, czy jutro
nie podążę za tym losem, który nas zwodzi i który prowadzi ku przepaści?
— Powinieneś odpocząć Nevanie — odezwał
się Eliah i tym samym zaskoczył mnie do tego stopnia, że odwróciłem się do
niego. Nadal jechał obok, choć mógłbym przysiąc, że wcześniej znacznie zwolnił.
Ile minęło czasu, od kiedy maszerowaliśmy do domu? Godzina, może dwie? Czy
więcej? Księżyc był bardzo wysoko na niebie. — Jeszcze nie dzisiaj, nie jutro,
ale kiedy przyjdzie list ze stolicy, powinieneś pojechać.
Wyraz mojej twarzy nieprzyjemnie
stwardniał, kiedy zrozumiałem, o czym mówi. Nie spodobało mi się to, że uważa,
że posiadam jakąś słabość. Że to za dużo dla mnie. Bardzo mi się nie spodobało.
— A ty powinieneś zrozumieć, że nadal
jeszcze tutaj nie rządzisz — odpowiedziałem niemal od razu, pozwalając przybrać
głosowi ton wyższości.
Taki zwrot zaskoczył go, a ja użyłem
tej chwili, żeby oddalić się od niego i uciec od sideł, które wydawało mi się,
że chciał na mnie zastawić. Straciłem kilku ludzi. Ale wygrałem walkę, tą,
wcześniejszą i każdą następną. Nie pozwolę, żeby ktoś mówił mi o moich
słabościach, żeby ktoś dysponował moją władzą i moją siłą. Złość z resztą
dodała mi animuszu. Może dzięki temu w obozie pojawiliśmy się zaskakująco
szybko. Jak zwykle zostawiłem swojego konia do opieki stajennemu – jedynemu chłopcu,
któremu pozwalałem zajmować się moim wierzchowcem. A kiedy ten był w dobrych
rękach, natychmiast skierowałem się do namiotu.
Już niemal przy celu mojej drogi zatrzymał
mnie zwierzchnik jednostki, która została pilnować obozu. Miał starszą,
poprzecinaną bliznami twarz i mądre, jasne oczy. Skinąłem głową, żeby mówił.
I powiedział. Opowiedział mi w skrócie,
bardzo rzeczowo wszystko, co wydarzyło się dzisiaj w obozie podczas naszej
nieobecności. A ja słuchałem, spokojnie, nie zdradzając żadnej emocji. Nie
pokazałem jej nawet, kiedy skończył, a wydawało mi się, że liczy na jakąś –
może konkretną – reakcję. Po prostu skinąłem głową z twarzą niczym wykutą w
chłodnej skale, nie patrząc dłużej na niego.
— Dzisiaj nie będzie świętowania. Przygotuj
też swoich żołnierzy, jutro wasza jednostka idzie ze mną, wymarsz blisko przed
południem — rozkazałem i już miałem ruszyć dalej przed siebie, kiedy mężczyzna
mnie jednak zatrzymał.
— Oficerze. — Skinąłem cierpliwie
głową. — A co z mężczyzną? Jakie wydasz rozkazy?
Oczywiście. Zatrzymałem się w pół
kroku, który jeszcze przed chwilą byłem gotów podjąć. I pozwoliłem sobie na
chwilę zamyślenia. Chciałem przemyśleć to dokładnie, podjąć mądrą decyzję,
której nie powstydziłby się dobry dowódca. Zajęło mi to dobrą minutę milczenia,
a później z namysłem zwróciłem się do zwierzchnika.
Spijał moje słowa i dokładne rozkazy z
ust, nie kryjąc przy tym swojego zaszokowania.
Wszedłem cicho, starając się nie wydać
żadnego odgłosu. Nadal paliła się jedna świeca, w pierwszej chwili pomyślałem
więc, że Esja faktycznie nie zasnęła. Widok, który zastałem sprawił, że
wcześniejsze troski nieco stopniały. Najpierw podszedłem do biurka i w
milczeniu przyglądałem się temu obrazkowi, spokojnej twarzy i kilku nerwowym
tikom wykonanym zapewne przez sen. Dopiero chwilę później zabrałem się za
przygotowanie do spania. Tak cicho, jak to możliwe, choć bez przesadnej
wrażliwości zacząłem pozbywać się części swojej zbroi, odpinając fragment za
fragmentem, metodycznie, bez pośpiechu. To było bardzo znajome zajęcie, bardzo
uspokajające uczucie, którego smak znałem praktycznie na pamięć po setkach razy
powtórzeń.
Esja obudziła się prawie pod koniec
tego rytuału.
— Spałaś — odpowiedziałem po prostu z
rozbrajającą szczerością i faktycznie był to jedyny powód, dla którego jej nie
obudziłem. Powoli dokończyłem ściąganie reszty metalowych blaszek i innych fragmentów
zbroi. — Zamierzałem przenieść cię do łóżka po skończeniu.
Jakby na potwierdzenie tych słów
podniosłem ją z jej miejsca i skierowałem się w stronę łóżka. Wolałem zapomnieć
o własnym zmęczeniu, o własnych problemach teraz, kiedy mogłem położyć się spać
i nie rozmyślać o tym, co przyniesie, a czego nie przyniesie jutro. Położyłem
ją na posłaniu, sam niemal od razu ułożyłem się obok, na plecach. Mięśnie rwały
mnie przyjemnie. Przymknąłem powieki. Nie zapomniałem jednak wcale o kilku
ważnych sprawach.
— Wolisz iść spać, czy opowiedzieć mi o
tym, co dzisiaj się wydarzyło? — zapytałem w końcu po długim, spokojnym
milczeniu. Mój głos nie był zły… Właściwie nawet nie wyrażał żadnej emocji.
Zastanawiałem się jednak, jak przedstawi sprawę, czy będzie próbowała wydostać
ode mnie jakieś konkretne konsekwencje. Oczywiście, zagrałem trochę
niesprawiedliwie, bo nie wiedziała, że pierwsze rozkazy zostały już w tej
sprawie wydane. Zastanawiała mnie jej pozycja. Zastanawiało mnie to, czy
nauczyła się czegoś przez cały ten czas. A później jeszcze coś innego przyszło
mi do głowy. Tym razem obróciłem się twarzą w jej stronę, a dłonie miałem
zaplecione na brzuchu. — Powinnaś nadal ćwiczyć walkę mieczem. Nadal niewiele
umiesz i nadal wiele może ci się jeszcze przydać, a przecież w tamtym obozie
dopiero zacząłem uczyć cię stawiać pierwsze kroki.
Uniosłem lekko brwi. Ja nie będę miał
czasu, ale może uda znaleźć mi się kogoś, kto nie będzie zadawał wiele
niepotrzebnych pytań.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz