piątek, 9 marca 2018

CXCII



        Pierwsze jej słowa wycisnęły naturalny wyraz głębszego zastanowienia. Zmarszczyłem lekko brwi, jak robiłem zawsze, kiedy coś mnie frasowało i kiedy nie była to rzecz bardzo dużej wagi. Faktycznie, nie wiedziałem jeszcze, kto mógłby być na tej pozycji. Nikt oczywisty nie przychodził mi do głowy, a teraz nawet nie potrafiłem przypomnieć sobie imion większej części moich żołnierzy, którzy mi podlegali. Byłem zbyt zmęczony, żeby o tym myśleć, dlatego właśnie zmarszczka na czole wygładziła się całkiem szybko. Pomimo tego czekałem na dalszą część odpowiedzi na moje pytania. Nie potrafiłbym tego sprecyzować, ale wiedziałem, że padną, że Esja nie wybierze prostej drogi pójścia spać i z resztą – że na taką drogę ja jej nie pozwolę. Patrzyłem prosto na nią i wewnątrz siebie tworzyłem scenariusze, w których na przemian kłamała i mówiła prawdę, zachowywała zimną krew i rozszalała się z różnymi emocjami. Chwila oczekiwania nie była przyjemna, ale przyjąłem ją z cierpliwością i spokojem. Jakby to, co nieuniknione i tak musiało nadejść. W gąszczu tych wszystkich przypuszczeń zapomniałem nawet, że potrzebuję znaleźć nowego nauczyciela do jej nauki posługiwania się mieczem i że będzie to zadanie bardziej niż wymagające. Ten problem zamierzałem zostawić sobie na jutro. I tak nie wyruszymy wcześniej, niż przed południem; czasu będzie wystarczająco dużo.
        Czy mi się wydawało, czy na jej twarzy odbiło się widmo obaw i wewnętrznej walki? Ten fakt nieco mnie rozbawił; możliwe nawet, że na moich ustach zatańczył drobny, ledwo dostrzegalny uśmiech, który obrazował zadowolenie z tej sytuacji. Rozumiałem, że dla Esji sprawa jej służącej i tego mężczyzny była dużą sprawą. Potrafiłem też pojąć, że mogła bać się mojej reakcji – zwłaszcza, że nigdy nie dawałem jej powodów do zaufania, że stoję po jej stronie. Nie, jeśli chodziło o rozkazy, prawo, wręcz o samowolę. Mimo wszystko czułem, że będę bawił się dobrze, chociaż teraz ten wcześniejszy drobny wyraz emocji został skutecznie zmyty z moich ust.
        Kiedy przeszła do tematu służącej, poprawiłem się na twardym podłożu, poruszyłem lekko łopatkami, podnosząc się na kilka centymetrów. Mimo wszystko nadal przyglądałem się jej uważnie, jakby ciekawy, czy wybierze opcję z kłamaniem.
        Nie wybrała. Lekko skinąłem głową, sam do siebie, w niemym wyrazie aprobaty.
        Wysłuchałem do samego końca bez przerywania. Trwało to dłuższą chwilę, zwłaszcza że Esja nie zamierzała dopuścić do dłuższej chwili ciszy. W głowie już formowała mi się odpowiedź na te słowa, a mimo wszystko nie powiedziałem niczego od razu. Podniosłem się do pół siedzącej pozycji, podparty na łokciu i z głową opartą o prawe ramię przyglądałem się jej długą chwilę. Czy zastanawiała się teraz, co chodzi mi po głowie? Nie mogła wiedzieć, że wydałem stosowne rozkazy, ale teraz ekscytacja odgoniła zmęczenie. Czy będzie z nich zadowolona, czy raczej zbuntuje się ponownie, jak wczoraj, kiedy nie wiedziała, gdzie się udajemy?
        — Nie zostaniesz za nic ukarana — zapewniłem od razu, czując, że wcale nie żartowała ani nie lekceważyła moich możliwości w tym pytaniu. Wolałem, żeby to od razu zostało powiedziane jasno. Nawet nie posiadałbym możliwości, żeby jakkolwiek ją ukarać. Zaraz jednak przywołałem swoją standardową, neutralną minę, która wyparła złośliwy uśmieszek. — Ale oczywistym jest, że cała odpowiedzialność ciąży na tobie.
        Przypatrywałem się przez chwilę jej rysom, które teraz wyostrzyły się, jakby znowu zamierzała mi coś udowadniać. Faktycznie zmieniła się przez ten czas, który spędziła w moim oddziale. Ten upór, który ją cechował, podobnie jak pewna hardość były cechami, których nie mogła nabyć, cechami, które już wcześniej miała w sobie. Prawdopodobnie na długo przed zrabowaniem jej świątyni. Ale nie potrafiłem odmówić sobie swojej zasługi w wypolerowaniu obu tych umiejętności, nie potrafiłem obejść się smakiem bez przypisania sobie wartości wyostrzenia ich. W końcu moja twarz złagodniała, rozpogodziła się wręcz. Nie wiem, czy to kwestia zmęczenia, czy może pewnego rodzaju pokrętnej dumy, ale coś bez wątpienia się między nami zmieniło.
        — Spotkałem zarządcę, z którym wykłócałaś się o karę dla tego żołnierza. Człowiek, który zamierzał zhańbić twoją służkę należy do mnie i to mi przypada prawo i obowiązek decydować o jego losie — podkreśliłem, chociaż kapłanka na pewno dobrze to wiedziała. Zarządca zarzekał się, że wszystko dokładnie jej wyjaśnił, wszystkie procedury związane z karaniem podopiecznych. Mimo wszystko czułem, że chcę dodać ten wstęp przed przejściem do meritum sprawy. — Toteż właśnie to zrobiłem. Wydałem już rozkazy, które mają zdecydować o jego losie. Jak sądzisz, jaką wydałem opinię na ten temat?
        Pytanie retoryczne padło między nami niczym ciężki głaz. Chociaż moja twarz była spokojna, wręcz pogodna od rozluźnienia, to to pytanie i zarzuty, jakie mogły się za nią kryć wcale nie były lekkie. Podniosłem dłoń i ułożyłem ją w zagięciu szyi i ramienia Esji, zaciskając swoje palce na jej skórze. Tak jak pamiętałem jeszcze z rana, ten dotyk był niesamowicie przyjemny, promieniował niecodziennym, miłym uczuciem. Odgarnąłem włosy z jej szyi i pochyliłem się bliżej w jej kierunku, zawisłem nad nią, zatrzymując jednak mimo wszystko bezpieczny dystans. Zmuszałem do patrzenia w swoje oczy, przeciągałem ciszę. Być może nawet bawiłem się i upajałem poczuciem dominacji nad sytuacją. W końcu jednak stwierdziłem, że wystarczy.
        — Przekazałem los tego mężczyzny w twoje ręce — odpowiedziałem w końcu, wydawało mi się, że napięcie, które przez ten czas cały czas rosło, teraz pękło niczym bańka mydlana. — Możesz zdecydować o jego życiu lub śmierci. Jest twój. Znieważył twoją własność, która w świetle prawa należy jedynie do ciebie – nawet nie do mnie, więc i jego życie i śmierć są twoje — wyjaśniłem. W moich oczach błyszczał niebezpieczny wyraz. Oczywiście, gdyby decyzja należała do mnie… Być może zabiłbym go własnoręcznie. Ale wolałem, żeby to Esja o tym zdecydowała. Jeśli zdecyduje się skazać go na śmierć, chciałem, żeby zrobiła to własnoręcznie, na całą własną odpowiedzialność. Żeby poczuła, jaką wartość ma ludzkie życie, żeby mogła zważyć to na własnej szali. Wydawało mi się to odpowiednią, bardzo brutalną lekcją jedną z wielu, które zamierzałem jej nauczyć. — Możesz okazać mu łaskawość… Wtedy jednak nigdy nie wróci w rangi żołnierskie. Nigdy nie będzie mógł zdobywać już honorów naszego kraju, a zostanie wyklęty i wygnany, uznany za dezertera. To właśnie były moje rozkazy.
        Czy działałem impulsywnie? Czy rzucałem ją na głęboką wodę, gdzie musiała decydować o śmierci lub hańbie człowieka, którego sama poniekąd nieświadomie skazała na marny los? Wiedziałem, że nie mamy już wiele czasu razem. Że lada dzień może przyjść list, który każe mi ją wysłać do stolicy. A wtedy… Wtedy być może nie będę mógł jej już pomóc. Chciałem więc zrobić to teraz, nieważne, czy odbierze to jako lekcję, czy karę. Ja czułem, że jest to odpowiednia lekcja, zwłaszcza, że była również jedną z ostatnich.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/