Pierwsze jej słowa wycisnęły naturalny
wyraz głębszego zastanowienia. Zmarszczyłem lekko brwi, jak robiłem zawsze,
kiedy coś mnie frasowało i kiedy nie była to rzecz bardzo dużej wagi.
Faktycznie, nie wiedziałem jeszcze, kto mógłby być na tej pozycji. Nikt
oczywisty nie przychodził mi do głowy, a teraz nawet nie potrafiłem przypomnieć
sobie imion większej części moich żołnierzy, którzy mi podlegali. Byłem zbyt
zmęczony, żeby o tym myśleć, dlatego właśnie zmarszczka na czole wygładziła się
całkiem szybko. Pomimo tego czekałem na dalszą część odpowiedzi na moje
pytania. Nie potrafiłbym tego sprecyzować, ale wiedziałem, że padną, że Esja
nie wybierze prostej drogi pójścia spać i z resztą – że na taką drogę ja jej
nie pozwolę. Patrzyłem prosto na nią i wewnątrz siebie tworzyłem scenariusze, w
których na przemian kłamała i mówiła prawdę, zachowywała zimną krew i
rozszalała się z różnymi emocjami. Chwila oczekiwania nie była przyjemna, ale
przyjąłem ją z cierpliwością i spokojem. Jakby to, co nieuniknione i tak
musiało nadejść. W gąszczu tych wszystkich przypuszczeń zapomniałem nawet, że potrzebuję
znaleźć nowego nauczyciela do jej nauki posługiwania się mieczem i że będzie to
zadanie bardziej niż wymagające. Ten problem zamierzałem zostawić sobie na jutro.
I tak nie wyruszymy wcześniej, niż przed południem; czasu będzie wystarczająco
dużo.
Czy mi się wydawało, czy na jej twarzy
odbiło się widmo obaw i wewnętrznej walki? Ten fakt nieco mnie rozbawił;
możliwe nawet, że na moich ustach zatańczył drobny, ledwo dostrzegalny uśmiech,
który obrazował zadowolenie z tej sytuacji. Rozumiałem, że dla Esji sprawa jej
służącej i tego mężczyzny była dużą sprawą. Potrafiłem też pojąć, że mogła bać
się mojej reakcji – zwłaszcza, że nigdy nie dawałem jej powodów do zaufania, że
stoję po jej stronie. Nie, jeśli chodziło o rozkazy, prawo, wręcz o samowolę.
Mimo wszystko czułem, że będę bawił się dobrze, chociaż teraz ten wcześniejszy
drobny wyraz emocji został skutecznie zmyty z moich ust.
Kiedy przeszła do tematu służącej, poprawiłem
się na twardym podłożu, poruszyłem lekko łopatkami, podnosząc się na kilka
centymetrów. Mimo wszystko nadal przyglądałem się jej uważnie, jakby ciekawy,
czy wybierze opcję z kłamaniem.
Nie wybrała. Lekko skinąłem głową, sam
do siebie, w niemym wyrazie aprobaty.
Wysłuchałem do samego końca bez
przerywania. Trwało to dłuższą chwilę, zwłaszcza że Esja nie zamierzała
dopuścić do dłuższej chwili ciszy. W głowie już formowała mi się odpowiedź na
te słowa, a mimo wszystko nie powiedziałem niczego od razu. Podniosłem się do
pół siedzącej pozycji, podparty na łokciu i z głową opartą o prawe ramię
przyglądałem się jej długą chwilę. Czy zastanawiała się teraz, co chodzi mi po
głowie? Nie mogła wiedzieć, że wydałem stosowne rozkazy, ale teraz ekscytacja
odgoniła zmęczenie. Czy będzie z nich zadowolona, czy raczej zbuntuje się
ponownie, jak wczoraj, kiedy nie wiedziała, gdzie się udajemy?
— Nie zostaniesz za nic ukarana —
zapewniłem od razu, czując, że wcale nie żartowała ani nie lekceważyła moich
możliwości w tym pytaniu. Wolałem, żeby to od razu zostało powiedziane jasno.
Nawet nie posiadałbym możliwości, żeby jakkolwiek ją ukarać. Zaraz jednak
przywołałem swoją standardową, neutralną minę, która wyparła złośliwy
uśmieszek. — Ale oczywistym jest, że cała odpowiedzialność ciąży na tobie.
Przypatrywałem się przez chwilę jej
rysom, które teraz wyostrzyły się, jakby znowu zamierzała mi coś udowadniać. Faktycznie
zmieniła się przez ten czas, który spędziła w moim oddziale. Ten upór, który ją
cechował, podobnie jak pewna hardość były cechami, których nie mogła nabyć,
cechami, które już wcześniej miała w sobie. Prawdopodobnie na długo przed
zrabowaniem jej świątyni. Ale nie potrafiłem odmówić sobie swojej zasługi w
wypolerowaniu obu tych umiejętności, nie potrafiłem obejść się smakiem bez
przypisania sobie wartości wyostrzenia ich. W końcu moja twarz złagodniała,
rozpogodziła się wręcz. Nie wiem, czy to kwestia zmęczenia, czy może pewnego
rodzaju pokrętnej dumy, ale coś bez wątpienia się między nami zmieniło.
— Spotkałem zarządcę, z którym
wykłócałaś się o karę dla tego żołnierza. Człowiek, który zamierzał zhańbić twoją
służkę należy do mnie i to mi przypada prawo i obowiązek decydować o jego losie
— podkreśliłem, chociaż kapłanka na pewno dobrze to wiedziała. Zarządca
zarzekał się, że wszystko dokładnie jej wyjaśnił, wszystkie procedury związane
z karaniem podopiecznych. Mimo wszystko czułem, że chcę dodać ten wstęp przed
przejściem do meritum sprawy. — Toteż właśnie to zrobiłem. Wydałem już rozkazy,
które mają zdecydować o jego losie. Jak sądzisz, jaką wydałem opinię na ten
temat?
Pytanie retoryczne padło między nami
niczym ciężki głaz. Chociaż moja twarz była spokojna, wręcz pogodna od
rozluźnienia, to to pytanie i zarzuty, jakie mogły się za nią kryć wcale nie
były lekkie. Podniosłem dłoń i ułożyłem ją w zagięciu szyi i ramienia Esji,
zaciskając swoje palce na jej skórze. Tak jak pamiętałem jeszcze z rana, ten
dotyk był niesamowicie przyjemny, promieniował niecodziennym, miłym uczuciem.
Odgarnąłem włosy z jej szyi i pochyliłem się bliżej w jej kierunku, zawisłem
nad nią, zatrzymując jednak mimo wszystko bezpieczny dystans. Zmuszałem do
patrzenia w swoje oczy, przeciągałem ciszę. Być może nawet bawiłem się i
upajałem poczuciem dominacji nad sytuacją. W końcu jednak stwierdziłem, że
wystarczy.
— Przekazałem los tego mężczyzny w
twoje ręce — odpowiedziałem w końcu, wydawało mi się, że napięcie, które przez
ten czas cały czas rosło, teraz pękło niczym bańka mydlana. — Możesz zdecydować
o jego życiu lub śmierci. Jest twój. Znieważył twoją własność, która w świetle prawa
należy jedynie do ciebie – nawet nie do mnie, więc i jego życie i śmierć są
twoje — wyjaśniłem. W moich oczach błyszczał niebezpieczny wyraz. Oczywiście,
gdyby decyzja należała do mnie… Być może zabiłbym go własnoręcznie. Ale
wolałem, żeby to Esja o tym zdecydowała. Jeśli zdecyduje się skazać go na
śmierć, chciałem, żeby zrobiła to własnoręcznie, na całą własną
odpowiedzialność. Żeby poczuła, jaką wartość ma ludzkie życie, żeby mogła
zważyć to na własnej szali. Wydawało mi się to odpowiednią, bardzo brutalną
lekcją jedną z wielu, które zamierzałem jej nauczyć. — Możesz okazać mu
łaskawość… Wtedy jednak nigdy nie wróci w rangi żołnierskie. Nigdy nie będzie
mógł zdobywać już honorów naszego kraju, a zostanie wyklęty i wygnany, uznany
za dezertera. To właśnie były moje rozkazy.
Czy działałem impulsywnie? Czy rzucałem
ją na głęboką wodę, gdzie musiała decydować o śmierci lub hańbie człowieka,
którego sama poniekąd nieświadomie skazała na marny los? Wiedziałem, że nie
mamy już wiele czasu razem. Że lada dzień może przyjść list, który każe mi ją
wysłać do stolicy. A wtedy… Wtedy być może nie będę mógł jej już pomóc.
Chciałem więc zrobić to teraz, nieważne, czy odbierze to jako lekcję, czy karę.
Ja czułem, że jest to odpowiednia lekcja, zwłaszcza, że była również jedną z
ostatnich.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz