sobota, 10 marca 2018

CXCIV



        Cofnąć się teraz oznaczałoby przegrać. Dlatego uparcie pozostawałem w jednym miejscu, zupełnie niewzruszony, patrząc na nią, świdrując niezmiennym spojrzeniem, w oczekiwaniu, ale bez żadnego konkretnego celu. Nie czekałem ani na zgodę, ani na jej wyraz aprobaty, nie potrzebowałem tego żeby wiedzieć, że prędzej czy później uda mi się nagiąć sytuację do swoich oczekiwań. I właśnie dlatego teraz po prostu patrzyłem na nią z góry i opierałem się niezręcznym ciosom i próbom wywinięcia się spod moich dłoni.
        Zamrugałem szybko, dwukrotnie, ale zaraz szybko udało mi się dopasować do sytuacji. Mogła się wywijać, mogła biec i uciekać, ile miałaby sił w nogach, ale była już moja i wiedziała o tym, że jest. To wszystko mogło być zupełnie pozbawione znaczenia, ale mimo wszystko pochyliłem się niżej nad jej nagą szyją, której kawałek wyłonił się spośród rozrzuconych bezładnie włosów. Byliśmy bardzo blisko siebie, ale nie była to bynajmniej miła bliskość. Esja musiała orientować się, że była w potrzasku, zaczęła na pewno rozumieć, jaki ciężar teraz rzuciłem jej w dłonie. Choć było to bardziej jak rozżarzony węgiel, który parzył w dłonie.
        Mimo całej tej sytuacji, nie było we mnie niecierpliwości, nie było grama złości czy innego negatywnego uczucia. Ona nie wyglądała, jakby miała się uspokoić, a ja nie byłem w tej sztuce mistrzem, ale mimo wszystko zamierzałem podjąć próbę; kilka prób, jeśli będzie trzeba. Nie chciałem rozpętywać kolejnej awantury i nie potrzebowaliśmy tego rzucania się w ścisłym uścisku, tej ślepej paniki, tego wszystkiego, co właśnie się rozpętało.
        — To nie jest żadna kara — syknąłem, podobnie jak ona jeszcze chwilę wcześniej, ale mój głos był zdecydowanie inny, niż jej wcześniej. Mówiłem przez silnie zaciśnięte zęby, mocniej zaciskając dłoń i – bardziej już nieświadomie – przyciskając ją silniej do twardego posłania. Moja ręka oparta była na jej ciele tak, że nie byłbym w stanie jej udusić; nie naciskałem ani na krtań, ani na żadne ważne przewody oddechowe; być może jedynie na tętnicę szyjną, co z pewnością sprawiało, że miała mniej siły, żeby się teraz wierzgać. W gruncie rzeczy nie chciałem robić jej krzywdy, ani mentalnej ani fizycznej, a jedynie może odrobinę uspokoić. I to wydawało się działać. — To lekcja. Trudniejsza niż inne, przez której już przechodziłaś, ale to lekcja dla ciebie, którą w przyszłości być może docenisz.
        Te słowa nie docierały. Moje próby przekonania jej, że to co robię, robię tylko dlatego, żeby ktoś inny nie mógł jej postawić w tej sytuacji i wykorzystać, żeby nauczyć ją, że pewne koszty są konieczne, zwłaszcza jeśli coś innego chcemy osiągnąć. Słowa z pewnością by do niej teraz nie docierały.
        To lekcja, której może ona teraz nie potrafi zrozumieć, której sens przysłoniły jej emocje, ale ja widziałem wyraźnie, ja obserwowałem to pewnie, bez obrazu zmąconego żadnym niepotrzebnym bodźcem. Mimo, że zdawałem sobie sprawę z tego, że być może to za dużo jak dla niej, to nie było we mnie żadnej litości, żadnego ukłucia. Żadnej zmiany zdania w tym temacie. Nigdy, przenigdy nie będę cofał raz wydanych przez siebie rozkazów, nie ważne, czy na mojej drodze stanie sam król, przyjaciel czy ktoś, komu bliżej do mojej kochanki.
        Nic nie działało, może jedynie zabieranie dawki tlenu i krwi, która tak szybko nie dopływała do głowy. Nigdy nie podejrzewałem, że moja wiedza na temat ludzkiego ciała, jego słabych punktów i tych tak bardzo dobrze znajomych chwytów pomoże mi w chwili takiej, jak ta, ale nie dziwiło mnie to. Już nic nie było mnie w stanie zdziwić.
        — Skoro zrobił coś, co zasługuje na karę, nie powinnaś się wahać i po prostu ją wymierzyć. Gardzisz nim, wiem, bo ze szczegółami słyszałem, jak bardzo stanowczo chciałaś, żeby został ukarany i jak walczyłaś o swoje. Nie chcesz dla niego litości, nie chcesz, żeby został uwolniony i nadal robił innym kobietom to, co chciał zrobić twojej Mili. — Powiedziałem to okrutne, z premedytacją, ważąc każde słowo zanim nim rzuciłem, jakby chcąc upewnić się, że trafi w odpowiedni punkt. Czy Esja liczyła na to, że będzie przy mnie bezpieczna? Czy liczyła na to, że rzucając się w studnię jej upadek i zderzenie z zimną taflą wody będzie miękkie, niczym opadanie na puchowe łóżko? Nauczę ją tonąć w tej wodzie, będzie pod powierzchnią tak długo, aż nauczy się pod nią oddychać. Aż się przystosuje. — Twojej Mili, Esjo. Zrobił jej coś bardzo paskudnego. A ty możesz sprawić, że to nigdy więcej się nie stanie. Co więcej, nikt już nie będzie miał odwagi jej tknąć. Dasz jej bezpieczeństwo — którego wcześniej nie potrafiłaś jej zapewnić. Nie zamierzałem jej oceniać, nie oceniałem tego, że wcześniej nie dostrzegła, że służba nie zawsze jest traktowana z szacunkiem, który należy się jej niczym psu pałętającym się przy nodze swojego pana. Po prostu przyciskałem ją swoim ciałem do posłania i czekałem, aż zduszony szloch minie, aż napad wściekłości, żalu i bóg jeden wie czego innego w końcu minie. — Esjo — mój głos, w kontraście do całej tej sytuacji, był miękki, wręcz aksamitny, spokojny jak rozległy ocean podczas flauty. — To nie wystarczy. Zgadzam się, że postąpiłaś słusznie, gdyby nie to, że twoja wcześniejsza nauka nie poszła w las, nie popchnąłbym cię dalej. Gdybyś zrobiła jakiś błąd, sam własnoręcznie pozbawiłbym go życia. Ale nie mamy czasu, Esjo… Nie mamy czasu. Nie wiadomo, czy mamy jeszcze kolejny wieczór, kolejną wspólną noc. Chcę przełamać w tobie tyle słabości, ile mi się uda. I zrobię to, choćbyś miała mnie znienawidzić.
        Słowa były mocne, nie potrzebowałem teraz nawet podnosić głosu, żeby to zaakcentować, podobnie jak fakt, że wcale sobie nie żartuję. Nie rzucałem ich także na wiatr. Wiedziałem, że jeśli będzie trzeba ja nie zawaham się i rzucę na stos to, co mamy tutaj między sobą, te tajemnice z łóżka i wanny, te ulotne chwile, w których moje serce kotłowało się w piersi, jakby obijało się o żelazną zbroję.
        Chwila minęła. Wydawało mi się, że nic nie pomaga, że nie dociera do niej nic, poza myślą, że została potraktowana niesprawiedliwie i że wymierzam jej w ten sposób karę. Oczywiście… Potrzebowała najpewniej więcej czasu, a ja już wiedziałem, że zamierzam jej go dać.
        — Uspokój się, uspokój się… Już, uspokój się, szzz — słowa, teraz równie aksamitne jak jeszcze przed chwilą, oplotły jej szyję, wplątały się we włosy wraz z ciepłym oddechem omiatającym skórę na karku. Mój spokój był niezachwiany, podobnie jak moja decyzja. Ale musiałem zrozumieć i przyjąć to, że ona jeszcze nie jest gotowa. Że też potrzebuje czasu. Uniosłem drugą dłoń i złapałem luźne kosmyki włosów w jedną, rozczochraną kitkę, a później pociągnąłem za nie lekko, zmuszając do tego, żeby odchyliła się do tyłu, żeby zaczerpnęła świeżego powietrza. — Spokojnie. Nie musisz robić nic dzisiaj, nie musisz nawet jutro. Masz tyle czasu, ile będziesz potrzebowała. Aż do twojego wyjazdu.
        Rozluźniłem dłoń wplątaną we włosy, wpatrzyłem się w jasną tęczówkę, która nadal uparcie nie chciała spojrzeć na mnie. O niebezpieczne dreszcze przyprawiała mnie świadomość, do czego jest zdolna ta jedna kapłanka, jaką może jeszcze nade mną rozciągnąć władzę. I z jaką łatwością wcześniej, teraz, a nawet w przyszłości pozwalałem jej na tą czynność. Rozluźniłem uścisk i uniosłem się nieco wyżej, ale ostrożnie. W razie, gdyby wpadł jej do głowy pomysł równie ryzykowny, co głupi w postaci planowania ucieczki albo jakiegoś kontrataku. Patrzyłem więc na nią czujnie, a w mojej głowie nie pojawił się nawet cień żalu za to, w jakiej postawiłem ją sytuacji. Ani odrobina wyrzutów sumienia, a nawet nie wahanie, czy Esja faktycznie będzie w stanie podjąć jakąkolwiek decyzję w tej sprawie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/