Cofnąć się teraz oznaczałoby przegrać. Dlatego
uparcie pozostawałem w jednym miejscu, zupełnie niewzruszony, patrząc na nią,
świdrując niezmiennym spojrzeniem, w oczekiwaniu, ale bez żadnego konkretnego
celu. Nie czekałem ani na zgodę, ani na jej wyraz aprobaty, nie potrzebowałem
tego żeby wiedzieć, że prędzej czy później uda mi się nagiąć sytuację do swoich
oczekiwań. I właśnie dlatego teraz po prostu patrzyłem na nią z góry i
opierałem się niezręcznym ciosom i próbom wywinięcia się spod moich dłoni.
Zamrugałem szybko, dwukrotnie, ale zaraz
szybko udało mi się dopasować do sytuacji. Mogła się wywijać, mogła biec i
uciekać, ile miałaby sił w nogach, ale była już moja i wiedziała o tym, że
jest. To wszystko mogło być zupełnie pozbawione znaczenia, ale mimo wszystko
pochyliłem się niżej nad jej nagą szyją, której kawałek wyłonił się spośród
rozrzuconych bezładnie włosów. Byliśmy bardzo blisko siebie, ale nie była to
bynajmniej miła bliskość. Esja musiała orientować się, że była w potrzasku,
zaczęła na pewno rozumieć, jaki ciężar teraz rzuciłem jej w dłonie. Choć było
to bardziej jak rozżarzony węgiel, który parzył w dłonie.
Mimo całej tej sytuacji, nie było we
mnie niecierpliwości, nie było grama złości czy innego negatywnego uczucia. Ona
nie wyglądała, jakby miała się uspokoić, a ja nie byłem w tej sztuce mistrzem,
ale mimo wszystko zamierzałem podjąć próbę; kilka prób, jeśli będzie trzeba.
Nie chciałem rozpętywać kolejnej awantury i nie potrzebowaliśmy tego rzucania
się w ścisłym uścisku, tej ślepej paniki, tego wszystkiego, co właśnie się
rozpętało.
— To nie jest żadna kara — syknąłem,
podobnie jak ona jeszcze chwilę wcześniej, ale mój głos był zdecydowanie inny,
niż jej wcześniej. Mówiłem przez silnie zaciśnięte zęby, mocniej zaciskając
dłoń i – bardziej już nieświadomie – przyciskając ją silniej do twardego
posłania. Moja ręka oparta była na jej ciele tak, że nie byłbym w stanie jej
udusić; nie naciskałem ani na krtań, ani na żadne ważne przewody oddechowe; być
może jedynie na tętnicę szyjną, co z pewnością sprawiało, że miała mniej siły,
żeby się teraz wierzgać. W gruncie rzeczy nie chciałem robić jej krzywdy, ani
mentalnej ani fizycznej, a jedynie może odrobinę uspokoić. I to wydawało się
działać. — To lekcja. Trudniejsza niż inne, przez której już przechodziłaś, ale
to lekcja dla ciebie, którą w przyszłości być może docenisz.
Te słowa nie docierały. Moje próby
przekonania jej, że to co robię, robię tylko dlatego, żeby ktoś inny nie mógł
jej postawić w tej sytuacji i wykorzystać, żeby nauczyć ją, że pewne koszty są
konieczne, zwłaszcza jeśli coś innego chcemy osiągnąć. Słowa z pewnością by do
niej teraz nie docierały.
To lekcja, której może ona teraz nie
potrafi zrozumieć, której sens przysłoniły jej emocje, ale ja widziałem
wyraźnie, ja obserwowałem to pewnie, bez obrazu zmąconego żadnym niepotrzebnym
bodźcem. Mimo, że zdawałem sobie sprawę z tego, że być może to za dużo jak dla
niej, to nie było we mnie żadnej litości, żadnego ukłucia. Żadnej zmiany zdania
w tym temacie. Nigdy, przenigdy nie będę cofał raz wydanych przez siebie
rozkazów, nie ważne, czy na mojej drodze stanie sam król, przyjaciel czy ktoś,
komu bliżej do mojej kochanki.
Nic nie działało, może jedynie
zabieranie dawki tlenu i krwi, która tak szybko nie dopływała do głowy. Nigdy
nie podejrzewałem, że moja wiedza na temat ludzkiego ciała, jego słabych
punktów i tych tak bardzo dobrze znajomych chwytów pomoże mi w chwili takiej,
jak ta, ale nie dziwiło mnie to. Już nic nie było mnie w stanie zdziwić.
— Skoro zrobił coś, co zasługuje na
karę, nie powinnaś się wahać i po prostu ją wymierzyć. Gardzisz nim, wiem, bo
ze szczegółami słyszałem, jak bardzo stanowczo chciałaś, żeby został ukarany i
jak walczyłaś o swoje. Nie chcesz dla niego litości, nie chcesz, żeby został
uwolniony i nadal robił innym kobietom to, co chciał zrobić twojej Mili. —
Powiedziałem to okrutne, z premedytacją, ważąc każde słowo zanim nim rzuciłem,
jakby chcąc upewnić się, że trafi w odpowiedni punkt. Czy Esja liczyła na to,
że będzie przy mnie bezpieczna? Czy liczyła na to, że rzucając się w studnię
jej upadek i zderzenie z zimną taflą wody będzie miękkie, niczym opadanie na
puchowe łóżko? Nauczę ją tonąć w tej wodzie, będzie pod powierzchnią tak długo,
aż nauczy się pod nią oddychać. Aż się przystosuje. — Twojej Mili, Esjo. Zrobił
jej coś bardzo paskudnego. A ty możesz sprawić, że to nigdy więcej się nie
stanie. Co więcej, nikt już nie będzie miał odwagi jej tknąć. Dasz jej
bezpieczeństwo — którego wcześniej nie potrafiłaś jej zapewnić. Nie zamierzałem
jej oceniać, nie oceniałem tego, że wcześniej nie dostrzegła, że służba nie
zawsze jest traktowana z szacunkiem, który należy się jej niczym psu pałętającym
się przy nodze swojego pana. Po prostu przyciskałem ją swoim ciałem do posłania
i czekałem, aż zduszony szloch minie, aż napad wściekłości, żalu i bóg jeden
wie czego innego w końcu minie. — Esjo — mój głos, w kontraście do całej tej
sytuacji, był miękki, wręcz aksamitny, spokojny jak rozległy ocean podczas
flauty. — To nie wystarczy. Zgadzam się, że postąpiłaś słusznie, gdyby nie to,
że twoja wcześniejsza nauka nie poszła w las, nie popchnąłbym cię dalej. Gdybyś
zrobiła jakiś błąd, sam własnoręcznie pozbawiłbym go życia. Ale nie mamy czasu,
Esjo… Nie mamy czasu. Nie wiadomo, czy mamy jeszcze kolejny wieczór, kolejną
wspólną noc. Chcę przełamać w tobie tyle słabości, ile mi się uda. I zrobię to,
choćbyś miała mnie znienawidzić.
Słowa były mocne, nie potrzebowałem teraz
nawet podnosić głosu, żeby to zaakcentować, podobnie jak fakt, że wcale sobie
nie żartuję. Nie rzucałem ich także na wiatr. Wiedziałem, że jeśli będzie
trzeba ja nie zawaham się i rzucę na stos to, co mamy tutaj między sobą, te
tajemnice z łóżka i wanny, te ulotne chwile, w których moje serce kotłowało się
w piersi, jakby obijało się o żelazną zbroję.
Chwila minęła. Wydawało mi się, że nic
nie pomaga, że nie dociera do niej nic, poza myślą, że została potraktowana
niesprawiedliwie i że wymierzam jej w ten sposób karę. Oczywiście… Potrzebowała
najpewniej więcej czasu, a ja już wiedziałem, że zamierzam jej go dać.
— Uspokój się, uspokój się… Już,
uspokój się, szzz — słowa, teraz równie aksamitne jak jeszcze przed chwilą,
oplotły jej szyję, wplątały się we włosy wraz z ciepłym oddechem omiatającym
skórę na karku. Mój spokój był niezachwiany, podobnie jak moja decyzja. Ale
musiałem zrozumieć i przyjąć to, że ona jeszcze nie jest gotowa. Że też
potrzebuje czasu. Uniosłem drugą dłoń i złapałem luźne kosmyki włosów w jedną,
rozczochraną kitkę, a później pociągnąłem za nie lekko, zmuszając do tego, żeby
odchyliła się do tyłu, żeby zaczerpnęła świeżego powietrza. — Spokojnie. Nie
musisz robić nic dzisiaj, nie musisz nawet jutro. Masz tyle czasu, ile będziesz
potrzebowała. Aż do twojego wyjazdu.
Rozluźniłem dłoń wplątaną we włosy,
wpatrzyłem się w jasną tęczówkę, która nadal uparcie nie chciała spojrzeć na
mnie. O niebezpieczne dreszcze przyprawiała mnie świadomość, do czego jest
zdolna ta jedna kapłanka, jaką może jeszcze nade mną rozciągnąć władzę. I z
jaką łatwością wcześniej, teraz, a nawet w przyszłości pozwalałem jej na tą
czynność. Rozluźniłem uścisk i uniosłem się nieco wyżej, ale ostrożnie. W
razie, gdyby wpadł jej do głowy pomysł równie ryzykowny, co głupi w postaci
planowania ucieczki albo jakiegoś kontrataku. Patrzyłem więc na nią czujnie, a
w mojej głowie nie pojawił się nawet cień żalu za to, w jakiej postawiłem ją
sytuacji. Ani odrobina wyrzutów sumienia, a nawet nie wahanie, czy Esja
faktycznie będzie w stanie podjąć jakąkolwiek decyzję w tej sprawie.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz