Czekałam na złość, modliłam się o złość, o wściekłość i obelgi. Tak bardzo chciałam jego złości, a ta uparcie nie nadchodziła. Po prostu docierał do mnie jego głos, nie awantura, a tłumaczenia. Omiatały mnie, brały zza pleców, owijały się dookoła mnie, pochłaniałam je całą sobą, nie jedynie zmysłem słuchu. Przylgnęły do mojej skóry, utrudniały poruszanie się, podobnie, jak jego uścisk. Ta sytuacja nie była przyjemna, nawet w drobnej części. Chyba nigdy nie czułam się tak uwięziona i jeśli wcześniej śmiałam myśleć, że moja relacja z Nevanem jest prosta, jest kojąca, to teraz zrozumiałam, jak bardzo się myliłam. Ile w niej cierni, ile drzazg. Zdałam sobie sprawę, że bajki są dla dzieci, a dla dojrzałych istot jest trud, którego nie da się przeskoczyć. Nigdy nie będzie nam łatwo, nie tylko przez wzgląd na to, jaki los jest mi pisany, ale też przez wzgląd na to, jakim on jest człowiekiem. Tyle, ile w nim było bezwzględności, tyle nie doświadczyłam w całym swoim życiu. Mogłabym próbować go za to nienawidzić, ale nie potrafiłam. Pozwalałam mu na to i nawet teraz, w chwili, w której jeszcze walczyłam, miałam świadomość, że mu wybaczę. Mógł mnie zabijać po stokroć, a ja mu wybaczę. Jakież to okrutne, sama sobie szkodzę, ale mu wybaczę. Zawsze, zawsze mu wybaczę. Chociaż wszelkie prawdy świata nakazywały inaczej.
Lekcja? Zakrztusiłam się szlochem, wstrząsnęły mną dreszcze. Nie chcę takich lekcji! Wiedziałam, jak to wyglądało z jego strony, już teraz jakiś głosik mówił, co nim kieruje, ale chciałam go wyciszyć, nie powinnam go przecież tłumaczyć, kiedy robi mi coś takiego. Powinnam mieć prawdo do oburzenia, ale kiedy był taki spokojny, och jak trudno było mi się denerwować. Walka zdawała się być bezcelowa, a jednak póki co miałam jeszcze na nią siły, chociaż te z każdą mijającą sekundą zdawały się słabnąć.
Łapanie oddechu naprawdę nie przychodziło mi łatwo, a w dodatku cała ta atmosfera. Jakby demon jakiś nawiedził mnie we śnie i teraz próbował do niego ułożyć. Jego głos, taki okrutnie prawdziwy, tylko bardziej przerażał. Machałam głową na boki, nie chciałam słyszeć jego słów. Nie chciałam ich rozumieć, musiałam wyprzeć je z głowy. Tylko ona najeżone były hakami, wbijającymi się sprawnie, nie pozwalał, bym go ignorowała, ważył wszystko tak, by mnie dopadło i nie opuściło. Zmusiło do myślenia, do obudzenia uczuć, które w kapłance nigdy nie powinny się obudzić.
Przed oczami miałam obraz Mili, wtedy gdy patrzyła na mnie, taka przerażona. Nie! Nie chcę tego widzieć, postąpiłam już dobrze, obroniłam ją! Nie chcę tego widzieć, nie każcie mi na to znów patrzeć. Chciałam zamknąć te obrazy, nie uciekłam od nich, zmierzyłam się z nimi, a teraz powinnam móc o nich zapomnieć. Dlaczego więc Nevan je znów wyciągał, przypominał, wykorzystywał przeciw mnie, by przechylić szalę na swoją korzyść. Jak mógł?
Znów zatrzęsłam się cała. Gdyby nauka nie poszła w las... Gdybym dziś nie walczyła o jego karę, teraz nie kazałby mi zrobić więcej. Gdybym poczekała na nich, teraz spałabym spokojnie, śmiała się być może, opowiadała mu o sprawach błahych. Chciał bym zrozumiała, że mam coś zrobić do końca, ale przecież zrobiłam już dość. Nawet jeśli... wiedziałam, że Mili należy się sprawiedliwość. Mojej Mili... za którą odpowiadam. Jednakże tutaj chodzi o śmierć człowieka. Śmierć, której powodem miałabym być ja sama. Bałam się, że po tym może już nie być powrotu. Że coś się we mnie zmieni, nie będę już sobą, nie będę potrafiła spojrzeć w lustro bez obrzydzenia.
Teraz jeszcze miałam się przejmować swoim wyjazdem. Zbyt wiele na mnie zrzucił i bez tego nie było mi łatwo. Nie wiem kiedy po prostu zaczęłam płakać, ale nie ze smutku, czy przerażenia, a z bezsilności i złości, z którą nie mogłam sobie poradzić. To mnie krzywdzi, tak okrutnie. Nie chcę siły, jeśli jej zdobycie wiąże się z takim trudem. Niech chociaż przestanie mnie uspokajać!
Poczułam jak jego dłoń wplątuje się w moje włosy. Próbowałam się temu opierać, ale sama sprawiłam tym sobie ból, więc ostatecznie posłusznie uniosłam głowę, zaraz czując na skórze świeże powietrze, nieogrzane moim oddechem. Znalazłam sobie jakiś punkt na ścianie, w który uparcie się wpatrywałam. Bolały mnie oczy, ale łzy już z nich nie płynęły. Kręciło mi się w głowie i czując, jak zwalnia ucisk na moich włosach, przeszła mi przez myśl wizja tego, że mogę się poderwać, wypaść stąd, zniknąć i skryć się. Drgnęłam jednak i poczułam, że to tylko iluzja wolności, że każdy mój ruch jest przez niego obserwowany, a każda próba ucieczki zostanie natychmiastowo zatrzymana. Wówczas poczuję tylko większą bezsilność.
Zacisnęłam dłonie w pięści.
Cisza była długa. Bardzo długa. Teraz dopiero dotarło do mnie, że chyba pierwszy raz to on mówił tak wiele, a ja pozostawałam milcząca. Oddychałam coraz spokojniej, ciało już mi nie drżało. Mimo to nie można było na mnie spojrzeć i nie zauważyć, jak wiele mnie trapi. W dodatku wciąż czułam jego spojrzenie na swoim profilu, jego oczy wołały i zapraszały by na nie spojrzeć. Pobielały mi kostki, tak mocno zaciskałam pięści, skupiając się na tym, by zignorować chęć odwrócenia się w jego stronę. Musiałam coś powiedzieć, ale nie wiedziałam jeszcze co. Gdybym mogła wyjść bez słowa, byłoby łatwiej, ale on zdawał sobie z tego sprawę. Dlatego mnie nie puści. Ucieczka w oczach Nevana była słabością, nie chciał mi na nie pozwolić, nawet jeśli byłam tylko niewinną dziewczyną.
- Gdybyś był w obozie... - zaczęłam, a mój głos był nieprzyjemnie piszczący. Przetarłam niedbale dłonią poliki. Dałam sobie czas, nie spieszyłam się. Nie mówiłam w ciągłości, było w tym wiele przerw. - I gdybyś wydał na niego wyrok śmierci... to pewnie... pewnie bym prosiła o jego ułaskawienie... - załamał mi się głos. Kolejna przerwa, próba uspokojenia się. Musiałam sobie to przemyśleć, ale było mi tak ciężko. - Zrobiłabym tak, bo taka jestem... bo uważam, że każdy zasługuje na litość... - oddech, przerywany, niespokojny. Uniosłam nieco głowę, przymknęłam na moment oczy. Spokój. Musiałam go w sobie znaleźć. Gdziekolwiek. - Zrobiłabym tak, wiedząc, że mnie nie posłuchasz i... nie zależałoby mi tak naprawdę, żebyś posłuchał... miałabym jednak czyste sumienie... - wykrzywiłam się okropnie, w wyrazie bólu, który sądząc po grymasie, był niesamowicie silny. - Teraz natomiast, zamiast pozwolić mi, bym chowała się za twoimi plecami, wypychasz mnie sam do przodu... - puzzle, które z takim trudem łączyłam ze sobą, opowieść, której już nie chciałam doczytać do końca. Chciałam ją zamknąć i odsunąć od siebie. Wiedziałam, że to niemożliwe.
Było mi niedobrze, a jednak udało mi się poderwać do siadu. Nevan drgnął, ale chyba zauważył, że po prostu musiałam usiąść, czułam na sobie jego spojrzenie. Podkuliłam nogi, otoczyłam je ramionami, oparłam na kolanie polik, tylko na moment, po chwili znów uniosłam głowę. Dłońmi przemierzałam jasny materiał na kolanach, i piszczelach. Potem na twarzy, potem zaplątałam palce we włosy, zaciskałam je i poluźniałam. Cięgle myślałam o oddechu, ciągle próbowałam podjąć jakaś decyzję, ale kiedy otwierałam już usta, zamykałam je z powrotem. Nie wiem, w której chwili nie wytrzymałam i na niego zerknęłam. Obserwował mnie. Jego czerwone oczy, tak okrutnie piękne i niewzruszone.
- Proszę... - spróbowałam jeszcze raz. Po prostu, z uniesionymi brwiami, z oczami przepełnionymi błagalnym blaskiem. Wiedziałam, że to nie zadziała, nic nie zmieni, ale musiałam jeszcze raz spróbować. - Nie mogę go ułaskawić. Wtedy wyjdę na tchórza, a on i tak nic nie zyska. Będzie żył nienawidząc mnie, a Mila pomyśli, że nie potrafię jej ochronić, że uważam jego życie za bardziej wartościowe od jej własnego, chociaż jeszcze dzisiaj mówiłam coś całkiem innego - tym razem wyrzuciłam to z siebie na jednym tchu. - Ty po prostu chcesz, żebym go zabiła.
Te słowa. Tak dosadne. Tak przerażające. Ludzkie życie, w moich rękach. Uniosłam dłonie, o dziwo umiałam teraz przenieść na nie spojrzenie, z jego czerwonych tęczówek. Drżały. Były takie drobne, w porównaniu z tymi, które należały do Tealvasha. Wcześniej sądziłam, że już się napłakałam, ale teraz broda zaczęła mi drżeć i w końcu zawyłam pod nosem, z trudem oddychając. Usiadłam z nogami normalnie położonymi na posłaniu, patrząc na te malutkie, drżące dłonie.
- Ale nie muszę tego robić? Wystarczy rozkaz? - zapłakałam. Jednak co ważniejsze, dla niego i dla mnie, przyznałam się przed sobą do okrutnej prawdy. Zrobię to. On wiedział od początku, że mnie zmusi, ale ja wówczas jeszcze walczyłam z tą myślą. Tak jak mówił, nie muszę dziś, nie muszę jutro, ale nie ucieknę od okrutnej odpowiedzialności, jaką na mnie zrzucił.
- Arethor mnie znienawidzi, jestem kapłanką boga pokoju... - zgięłam się lekko w przód i pozwoliłam na to, by łzy powoli spadały na materiał mojej koszuli. - Ale tak należy, dla Mili, dla mojej małej Mili, którą powinnam umieć ochronić. Cały dzień patrzyła na niego, jakby nie wierzyła w to, że naprawdę został przywiązany z jej powodu. Cały dzień nie odwracała spojrzenia, a ja... mimo, że sama kazałam go tam przywiązać, nie umiałam na niego spojrzeć. Mogę ci powiedzieć, że to zrobię, ale cóż z tego, skoro potem się wycofam? Przeceniasz moje możliwości... - znów udało mi się nieco uspokoić. Przynajmniej na tyle, by już nie płakać, by unieść nadal mokrą twarz i na niego spojrzeć.
Nie wiem co dokładnie mną kierowało, ale nie chciałam tej przepaści. Nie chciałam spadać do niej sama. Zmieniłam nieco pozycję, stanęłam na czworaka i niepewnie zbliżyłam się do niego, usiadłam na jego ciele okrakiem, niepewnie, chcąc ucieczki i jego bliskości równocześnie. Postanowiłam więc, że zdecyduję się na to drugie, bo na pierwsze nie miałam szans, a tak mogłam wmówić sobie, że chociaż tutaj mam prawo do podjęcia własnej decyzji.
- Co planujesz? - zapytałam i ani myślałam doprecyzowywać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz