Przymknąłem oczy. To było jawne
przyzwolenie. Okazanie, że poziom mojej czujności zmalał znaczenie, twarz
wygładziła się już zupełnie. Nie powiedziałem nic, ale nie musiałem, bo Esja
albo na to nie czekała, albo po prostu zrozumiała niewymuszoną mowę mojego
ciała. Czekałem na nią i zamierzałem tym razem dać się poprowadzić tam, dokąd
ona będzie chciała się udać. Oboje osunęliśmy się w przyjemność, która
najwyraźniej niecierpliwie wyciągała do nas ręce, od razu zapewniając, że wcale
nie da nam wszystkiego. Zachęcała i kusiła, ale w mojej świadomości była
wyraźna granica, której sam sobie nie pozwoliłbym przekroczyć. Teraz nie miało
to znaczenia. Po prostu dałem się wciągnąć w tą grę dwóch spragnionych ciał,
bardzo skutecznie, natychmiastowo pozbywając się innych myśli związanych z
wydarzeniami tego wieczora. Wszystko zniknęło, jak zgaszona świeca, nawet dym
zdążył już rozpłynąć się w ciemnym powietrzu, a zapach wywietrzał. I tylko
niknące ciepło świadczyło o tym, że przed chwilą wydarzyło się coś, co ją zgasiło.
Tym razem mi się udało. Pewien rodzaj
satysfakcji schowany gdzieś głęboko podpowiadał, że odniosłem sukces. Mimo
wszystko wiedziałem, że to nie jest przepis, że recepta nie istnieje i musiałem
mieć trzeźwą świadomość, że być może nadejdzie czas, w którym mi się nie uda. Teraz
po prostu skupiłem się na tej chwili i bardzo przyjemnym jej świętowaniu. W
końcu również nasze role się odwróciły za moją sprawą i to ja ponownie byłem na
górze, dominując w tym układzie dwóch ciał.
Uśmiechnąłem się i zniżyłem, ponownie i
po raz ostatni na krótką chwilę odnajdując jej usta. Wspomnienie wszystkiego,
co wydarzyło się już dzisiaj bledło. Śmierć wielu ludzi, ten wyrok, to zadanie,
trudy jutrzejszego dnia. Teraz wszystko straciło na wartości.
— Myślę, że zmrużysz — powiedziałem
prosto w jej usta. — Nie porzucę — dodałem jeszcze, tym razem odsuwając się na
chwilę. — Będziesz moją prywatną bronią, jak mógłbym cię porzucić.
Westchnienie, nie to z tych ciężkich,
opuściło moje usta. Wystarczyło przymknięcie powiek, żeby sen już mógł wkroczyć
do namiotu i objąć mnie przyjemnie. Wydawało mi się, że oddech Esji również
wyrównał się i zrobił się cięższy. Czuwałem jeszcze przez chwilę, ale zmęczenie
w końcu wzięło górę i usnąłem. Czując się zaskakująco bezpiecznie, na swoim
miejscu.
Nie mogliśmy opuścić namiotu razem;
była pora śniadaniowa, dookoła chodziło wielu ludzi, a żaden oddział nie został
wysłany w teren, obóz więc tętnił życiem, zwłaszcza przy alei, przy której
miałem swój namiot i drugi, nieco mniejszy, zorganizowany na narady. Dlatego
właśnie opuściłem swoje schronienie bez cienia zawahania, zupełnie, jakbym
opuszczał pusty namiot, a nie miejsce, w którym kryło się pod postacią kapłanki
ogromne przewinienie, które nie mogło zostać ukryte. Dałem jej konkretne
instrukcje; miała się ubrać i wyjść z namiotu, jakby jedynie przyszła wcześniej
mnie odwiedzić, a wyglądać przy tym zupełnie naturalnie. Nawet, jeśli ktoś by
ją przy tym zauważył, nie bałem się o żadne konsekwencje.
Do celu swojej wędrówki, czyli do
namiotu narad wpadłem energicznie odrzucając płachtę przy wejściu, gdzie była
połowa mojej prywatnej gwardii, z Eliahem stojącym pośrodku. Przywitałem się
krótko ze wszystkimi skinieniem głowy i bez ociągania się posiedzenie się
rozpoczęło, tym razem pod moim przewodnictwem. W głowie powtórzyłem sobie
jeszcze to, co powiedziałem Esji. Mieliśmy spotkać się przy stajni po tym, jak
zje śniadanie i zajrzy do namiotu medycznego, a ja skończę te obrady dotyczące
dzisiejszego wyjazdu i całej strategii na najbliższy czas. Teraz jednak
odpuściłem już myśli, w zupełności skupiając się na swoich obowiązkach. Jak
zwykle w takich sytuacjach moja uwaga była bardzo skoncentrowana, nie ulegała
żadnym rozproszeniom. Uważnie śledziłem taktykę, którą podsunął Ithrick,
pokazując po kolei palcem na mapie, pozwalałem innym podawać swoje argumenty i
sam również zmieniałem wiele koncepcji. Ponoć narada, z której ktoś nie wyjdzie
obrażony była porażką, dlatego pod sam koniec z radością czającą się gdzieś na
dnie spojrzenia patrzyłem, jak żołnierze wychodzą z namiotu, obrzucając się
przy tym kolejnymi, coraz to wymyślniejszymi przekleństwami. Skinąłem lekko
głową, a później zebrałem swoje rzeczy i dokumenty i również opuściłem
niewielkie pomieszczenie, w którym zaczęło robić się nieznośnie duszno.
Aelneę znalazłem blisko rzeki, w
wiszącym hamaku, który ktoś musiał zamontować tam na jej, niewątpliwie mało
uprzejmy, rozkaz. Prychnąłem cicho i podszedłem niemal bez wydawania żadnego
dźwięku. Nie wyglądała na zaskoczoną moją obecnością, chociaż na pewno nie
mogła mnie wcześniej dostrzec ani usłyszeć.
— Powinnaś dodać to do archiwów —
poleciłem, rzucając jej tuż obok jej tułowia pokaźną stertę papierów. Na
zadowoloną tym, że przerwałem jej niewątpliwie odpoczynek w cieniu niewielkich
drzew też nie wyglądała. — Nie zapomnij też o tych z wczoraj. Lance ci je
dostarczył?
Podniosła się lekko, a na jej twarzy
pojawił się delikatny uśmiech.
— Lance jest taki uroczy — rzuciła
niewinnie, machając kilkakrotnie długimi rzęsami i rzucając na mnie
powłóczystym spojrzeniem. Nie okazałem swojego zniecierpliwienia niepotrzebnym
odbieganiem od tematu, chociaż miałem ochotę to zrobić. Zaczynało się robić
późno i możliwe, że Esja była już w stajni.
— Nie przyszedłem tutaj grać w twoje
słowne gierki, tylko wydać ci rozkaz. Lepiej, żeby do wieczora był wykonany.
Zaczekałem, aż podniesie się i weźmie
pierwszy arkusz delikatnie między swoje niemal białe palce. Robiła to irytująco
wolno, przestąpiłem z nogi na nogę i ponaglająco skinąłem głową. W końcu,
niechętnie, przeczytała jego zawartość. A kiedy ponownie podniosła spojrzenie,
wyglądała na zdziwioną, że jeszcze tutaj stoję. Nie chciałem dać się jej
zmanipulować, choć dla każdego śmiertelnika było to zadanie bardzo trudne.
— Będzie — przytaknęła w końcu, również
z ociąganiem. — A teraz wybacz… Oficerze, przerywasz mi moją chwilę relaksu —
rzuciła, gotowa odwrócić się i ponownie ułożyć wygodniej na hamaku.
Wyraźnie jednak przeszkadzała jej moja
milcząca obecność i nie potrafiła jej zwyczajnie zbagatelizować. Wiedziała, że
znam jej sekret i wiedziała, że gdyby chciała się pozbyć tego ciężaru,
musiałaby mnie zabić. Do tego zaś nie była już zdolna. I stąd właśnie rodziła
się moja przewaga nad nią. Była intrygantką i knuła spiski tak sprawnie, jak
inne kobiety rodziły dzieci, ale to ja byłem żołnierzem, to we mnie płynęła
bezwzględna krew. Nigdy nie pozwalałem sobie zbyt długo napawać się tą
wyższością, ale nawet drobny jej uścisk był mi bardzo miły.
Nikt tędy nie chodził, jakby wszyscy
żołnierze znali reputację Aelnei i bali się zatruć jej odpoczynek. Dobrze, że
mnie nigdy nie obchodziły takie drobnostki i nie musiałem sobie zawracać głowy
tym, w którym momencie szanowna pani odpoczywa, w którym wypróżnia się, a kiedy
przyjmuje łaskawie audycje.
— Kiedy przyjdzie pismo ze stolicy…
Wywróciła teatralnie oczami i opadła
ciężko na hamak, a ten pod wpływem nagłego ruchu zakołysał się niebezpiecznie.
— Jesteś nudny. I strasznie
monotematyczny — mruknęła, zrzucając papiery na suchą, popękaną ziemię, na
której nie rosły żadne rośliny, pomimo bliskości chłodu rzeki i obfitości wody.
Przyłożyła je kawałkiem luźnej skały, żeby nie odleciały z porywem wiatru.
— Jak się pojawi — podjąłem ponownie,
odwracając się przy tym na pięcie — pierwszą i jedyną osobą, którą o tym
poinformujesz, będę ja. Mam być w twojej hierarchii ważności nawet przed mężem.
Możesz sobie pomyśleć, że to prawie czyni mnie twoim kochankiem — dodałem
sucho, bez tego uśmiechu, który mógłby pojawić się na ustach kogokolwiek innego
przy tych słowach. — Tylko o zdecydowanie ważniejszej pozycji.
Nie sprecyzowałem, że sama nie może tego
przeczytać. Nieścisłość, za którą na pewno przyjdzie mi jeszcze zapłacić, a
której teraz nie zauważyłem.
Odwrócony do niej plecami nie
zauważyłem już reakcji – o ile jakakolwiek była. Odszedłem, nie patrząc na
plecy, równym, szybkim krokiem. Przemaszerowałem na drugą stronę obozu, gdzie
zlokalizowane były stajnie i już z daleka wyczułem, że coś się tam dzieje. Coś
bardzo… Niezręcznego. To mogło świadczyć o tym, że kapłanka już tam była, bo
stajenni chodzili dziwnie sztywno, jakby ktoś im powtykał kije do dupy i nagle
pozapominali, że to nie ma znaczenia, bo i tak są cali w gnoju. Przyspieszyłem
jedynie kroku, a kiedy wszedłem pomiędzy prowizoryczne boksy wybudowane z kilku
desek i mocno naciągniętych na nich połatanych płacht, Esja faktycznie już tam
była, rozglądała się między końmi. Stajenni bali się jednak najwyraźniej do
niej choćby odezwać.
Podszedłem do niej swobodnie i złapałem
za ramię, zmuszając ją do dotrzymania mi kroku. Skierowaliśmy się na przeciwną
stronę, gdzie w podobnych boksach, choć znacznie większych, stało kilka
wierzchowców; tych najlepszych. Wytrenowanych, żołnierskich. Niewielu miało
przywilej, żeby je ujeżdżać.
— Umiesz zajmować się końmi? — Pytanie
padło, ale szybko zamieniło się w retoryczne, bo nie dałem czasu na odpowiedź.
Jeden z młodszych pachołków, którego minęliśmy skłonił się, nie bardzo wiedząc,
jak właściwie należy się zachować. — Powinnaś poznać Dyfara. To młody stajenny,
który zawsze zajmuje się moim ogierem — stwierdziłem, puszczając jej ramię.
Zamyśliłem się na moment, a później zdecydowałem się kontynuować. — Wczoraj
pomyślałem, że może zamiast pracy z rannymi, czasami mogłabyś zmienić
towarzystwo na nieco milsze i pomóc w stajni. Lubisz zwierzęta — stwierdziłem,
tym razem mniej pewnie.
Nie wiedziałem, czy naprawdę tak jest,
ale to był pierwszy strzał. W końcu dotarliśmy do miejsca, w którym młody
chłopak o mysich, popielatych wręcz włosach siedział na małym pniaku i strugał
coś niewielkim nożykiem.
— Dyfarze — odchrząknąłem, zwracając
tym samym na nas jego uwagę.
Poderwał się ze swojego miejsca, za
plecami schował drewniany kawałek, w którym jeszcze przed chwilą dzióbał nożem.
— Oficerze. Najświętsza… — znowu
wyraźnie się zawahał, a później skłonił bardzo płytko. — Z Helikaonem wszystko
w porządku — zapewnił od razu, jakby bojąc się o naszą – moją – reakcję i to
nagłe pojawienie się w stajni. Przeskoczył na drugą nogę nerwowo. — Jak pan
kazał, dostał posiłek i odpoczywa, będzie w kilka godzin gotowy do drogi.
Uniosłem dłoń, żeby przerwać mu
słowotok. Był naprawdę uprzejmym, młodym chłopcem, który znał się na
zwierzętach, ale za dużo gadał. Stosunkowo o trzy czwarte za dużo.
— Dyfarze, powinieneś nauczyć Esję
oporządzać konia — powiedziałem, opuszczając ramię.
Może gdybym nie był sobą i nie
roztaczał swojej paskudnej aury, to chłopak by się zwyczajnie roześmiał,
myśląc, że sobie żartuję. Teraz na jego twarzy malowała się czysta
konsternacja. Jakby nie mógł się zdecydować, czy się roześmiać, czy jednak
oblać rumieńcem.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz