niedziela, 11 marca 2018

CXCVIII



        Przymknąłem oczy. To było jawne przyzwolenie. Okazanie, że poziom mojej czujności zmalał znaczenie, twarz wygładziła się już zupełnie. Nie powiedziałem nic, ale nie musiałem, bo Esja albo na to nie czekała, albo po prostu zrozumiała niewymuszoną mowę mojego ciała. Czekałem na nią i zamierzałem tym razem dać się poprowadzić tam, dokąd ona będzie chciała się udać. Oboje osunęliśmy się w przyjemność, która najwyraźniej niecierpliwie wyciągała do nas ręce, od razu zapewniając, że wcale nie da nam wszystkiego. Zachęcała i kusiła, ale w mojej świadomości była wyraźna granica, której sam sobie nie pozwoliłbym przekroczyć. Teraz nie miało to znaczenia. Po prostu dałem się wciągnąć w tą grę dwóch spragnionych ciał, bardzo skutecznie, natychmiastowo pozbywając się innych myśli związanych z wydarzeniami tego wieczora. Wszystko zniknęło, jak zgaszona świeca, nawet dym zdążył już rozpłynąć się w ciemnym powietrzu, a zapach wywietrzał. I tylko niknące ciepło świadczyło o tym, że przed chwilą wydarzyło się coś, co ją zgasiło.
        Tym razem mi się udało. Pewien rodzaj satysfakcji schowany gdzieś głęboko podpowiadał, że odniosłem sukces. Mimo wszystko wiedziałem, że to nie jest przepis, że recepta nie istnieje i musiałem mieć trzeźwą świadomość, że być może nadejdzie czas, w którym mi się nie uda. Teraz po prostu skupiłem się na tej chwili i bardzo przyjemnym jej świętowaniu. W końcu również nasze role się odwróciły za moją sprawą i to ja ponownie byłem na górze, dominując w tym układzie dwóch ciał.
        Uśmiechnąłem się i zniżyłem, ponownie i po raz ostatni na krótką chwilę odnajdując jej usta. Wspomnienie wszystkiego, co wydarzyło się już dzisiaj bledło. Śmierć wielu ludzi, ten wyrok, to zadanie, trudy jutrzejszego dnia. Teraz wszystko straciło na wartości.
        — Myślę, że zmrużysz — powiedziałem prosto w jej usta. — Nie porzucę — dodałem jeszcze, tym razem odsuwając się na chwilę. — Będziesz moją prywatną bronią, jak mógłbym cię porzucić.
        Westchnienie, nie to z tych ciężkich, opuściło moje usta. Wystarczyło przymknięcie powiek, żeby sen już mógł wkroczyć do namiotu i objąć mnie przyjemnie. Wydawało mi się, że oddech Esji również wyrównał się i zrobił się cięższy. Czuwałem jeszcze przez chwilę, ale zmęczenie w końcu wzięło górę i usnąłem. Czując się zaskakująco bezpiecznie, na swoim miejscu.

        Nie mogliśmy opuścić namiotu razem; była pora śniadaniowa, dookoła chodziło wielu ludzi, a żaden oddział nie został wysłany w teren, obóz więc tętnił życiem, zwłaszcza przy alei, przy której miałem swój namiot i drugi, nieco mniejszy, zorganizowany na narady. Dlatego właśnie opuściłem swoje schronienie bez cienia zawahania, zupełnie, jakbym opuszczał pusty namiot, a nie miejsce, w którym kryło się pod postacią kapłanki ogromne przewinienie, które nie mogło zostać ukryte. Dałem jej konkretne instrukcje; miała się ubrać i wyjść z namiotu, jakby jedynie przyszła wcześniej mnie odwiedzić, a wyglądać przy tym zupełnie naturalnie. Nawet, jeśli ktoś by ją przy tym zauważył, nie bałem się o żadne konsekwencje.
        Do celu swojej wędrówki, czyli do namiotu narad wpadłem energicznie odrzucając płachtę przy wejściu, gdzie była połowa mojej prywatnej gwardii, z Eliahem stojącym pośrodku. Przywitałem się krótko ze wszystkimi skinieniem głowy i bez ociągania się posiedzenie się rozpoczęło, tym razem pod moim przewodnictwem. W głowie powtórzyłem sobie jeszcze to, co powiedziałem Esji. Mieliśmy spotkać się przy stajni po tym, jak zje śniadanie i zajrzy do namiotu medycznego, a ja skończę te obrady dotyczące dzisiejszego wyjazdu i całej strategii na najbliższy czas. Teraz jednak odpuściłem już myśli, w zupełności skupiając się na swoich obowiązkach. Jak zwykle w takich sytuacjach moja uwaga była bardzo skoncentrowana, nie ulegała żadnym rozproszeniom. Uważnie śledziłem taktykę, którą podsunął Ithrick, pokazując po kolei palcem na mapie, pozwalałem innym podawać swoje argumenty i sam również zmieniałem wiele koncepcji. Ponoć narada, z której ktoś nie wyjdzie obrażony była porażką, dlatego pod sam koniec z radością czającą się gdzieś na dnie spojrzenia patrzyłem, jak żołnierze wychodzą z namiotu, obrzucając się przy tym kolejnymi, coraz to wymyślniejszymi przekleństwami. Skinąłem lekko głową, a później zebrałem swoje rzeczy i dokumenty i również opuściłem niewielkie pomieszczenie, w którym zaczęło robić się nieznośnie duszno.
        Aelneę znalazłem blisko rzeki, w wiszącym hamaku, który ktoś musiał zamontować tam na jej, niewątpliwie mało uprzejmy, rozkaz. Prychnąłem cicho i podszedłem niemal bez wydawania żadnego dźwięku. Nie wyglądała na zaskoczoną moją obecnością, chociaż na pewno nie mogła mnie wcześniej dostrzec ani usłyszeć.
        — Powinnaś dodać to do archiwów — poleciłem, rzucając jej tuż obok jej tułowia pokaźną stertę papierów. Na zadowoloną tym, że przerwałem jej niewątpliwie odpoczynek w cieniu niewielkich drzew też nie wyglądała. — Nie zapomnij też o tych z wczoraj. Lance ci je dostarczył?
        Podniosła się lekko, a na jej twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
        — Lance jest taki uroczy — rzuciła niewinnie, machając kilkakrotnie długimi rzęsami i rzucając na mnie powłóczystym spojrzeniem. Nie okazałem swojego zniecierpliwienia niepotrzebnym odbieganiem od tematu, chociaż miałem ochotę to zrobić. Zaczynało się robić późno i możliwe, że Esja była już w stajni.
        — Nie przyszedłem tutaj grać w twoje słowne gierki, tylko wydać ci rozkaz. Lepiej, żeby do wieczora był wykonany.
        Zaczekałem, aż podniesie się i weźmie pierwszy arkusz delikatnie między swoje niemal białe palce. Robiła to irytująco wolno, przestąpiłem z nogi na nogę i ponaglająco skinąłem głową. W końcu, niechętnie, przeczytała jego zawartość. A kiedy ponownie podniosła spojrzenie, wyglądała na zdziwioną, że jeszcze tutaj stoję. Nie chciałem dać się jej zmanipulować, choć dla każdego śmiertelnika było to zadanie bardzo trudne.
        — Będzie — przytaknęła w końcu, również z ociąganiem. — A teraz wybacz… Oficerze, przerywasz mi moją chwilę relaksu — rzuciła, gotowa odwrócić się i ponownie ułożyć wygodniej na hamaku.
        Wyraźnie jednak przeszkadzała jej moja milcząca obecność i nie potrafiła jej zwyczajnie zbagatelizować. Wiedziała, że znam jej sekret i wiedziała, że gdyby chciała się pozbyć tego ciężaru, musiałaby mnie zabić. Do tego zaś nie była już zdolna. I stąd właśnie rodziła się moja przewaga nad nią. Była intrygantką i knuła spiski tak sprawnie, jak inne kobiety rodziły dzieci, ale to ja byłem żołnierzem, to we mnie płynęła bezwzględna krew. Nigdy nie pozwalałem sobie zbyt długo napawać się tą wyższością, ale nawet drobny jej uścisk był mi bardzo miły.
        Nikt tędy nie chodził, jakby wszyscy żołnierze znali reputację Aelnei i bali się zatruć jej odpoczynek. Dobrze, że mnie nigdy nie obchodziły takie drobnostki i nie musiałem sobie zawracać głowy tym, w którym momencie szanowna pani odpoczywa, w którym wypróżnia się, a kiedy przyjmuje łaskawie audycje.
        — Kiedy przyjdzie pismo ze stolicy…
        Wywróciła teatralnie oczami i opadła ciężko na hamak, a ten pod wpływem nagłego ruchu zakołysał się niebezpiecznie.
        — Jesteś nudny. I strasznie monotematyczny — mruknęła, zrzucając papiery na suchą, popękaną ziemię, na której nie rosły żadne rośliny, pomimo bliskości chłodu rzeki i obfitości wody. Przyłożyła je kawałkiem luźnej skały, żeby nie odleciały z porywem wiatru.
        — Jak się pojawi — podjąłem ponownie, odwracając się przy tym na pięcie — pierwszą i jedyną osobą, którą o tym poinformujesz, będę ja. Mam być w twojej hierarchii ważności nawet przed mężem. Możesz sobie pomyśleć, że to prawie czyni mnie twoim kochankiem — dodałem sucho, bez tego uśmiechu, który mógłby pojawić się na ustach kogokolwiek innego przy tych słowach. — Tylko o zdecydowanie ważniejszej pozycji.
      Nie sprecyzowałem, że sama nie może tego przeczytać. Nieścisłość, za którą na pewno przyjdzie mi jeszcze zapłacić, a której teraz nie zauważyłem.
        Odwrócony do niej plecami nie zauważyłem już reakcji – o ile jakakolwiek była. Odszedłem, nie patrząc na plecy, równym, szybkim krokiem. Przemaszerowałem na drugą stronę obozu, gdzie zlokalizowane były stajnie i już z daleka wyczułem, że coś się tam dzieje. Coś bardzo… Niezręcznego. To mogło świadczyć o tym, że kapłanka już tam była, bo stajenni chodzili dziwnie sztywno, jakby ktoś im powtykał kije do dupy i nagle pozapominali, że to nie ma znaczenia, bo i tak są cali w gnoju. Przyspieszyłem jedynie kroku, a kiedy wszedłem pomiędzy prowizoryczne boksy wybudowane z kilku desek i mocno naciągniętych na nich połatanych płacht, Esja faktycznie już tam była, rozglądała się między końmi. Stajenni bali się jednak najwyraźniej do niej choćby odezwać.
        Podszedłem do niej swobodnie i złapałem za ramię, zmuszając ją do dotrzymania mi kroku. Skierowaliśmy się na przeciwną stronę, gdzie w podobnych boksach, choć znacznie większych, stało kilka wierzchowców; tych najlepszych. Wytrenowanych, żołnierskich. Niewielu miało przywilej, żeby je ujeżdżać.
        — Umiesz zajmować się końmi? — Pytanie padło, ale szybko zamieniło się w retoryczne, bo nie dałem czasu na odpowiedź. Jeden z młodszych pachołków, którego minęliśmy skłonił się, nie bardzo wiedząc, jak właściwie należy się zachować. — Powinnaś poznać Dyfara. To młody stajenny, który zawsze zajmuje się moim ogierem — stwierdziłem, puszczając jej ramię. Zamyśliłem się na moment, a później zdecydowałem się kontynuować. — Wczoraj pomyślałem, że może zamiast pracy z rannymi, czasami mogłabyś zmienić towarzystwo na nieco milsze i pomóc w stajni. Lubisz zwierzęta — stwierdziłem, tym razem mniej pewnie.
        Nie wiedziałem, czy naprawdę tak jest, ale to był pierwszy strzał. W końcu dotarliśmy do miejsca, w którym młody chłopak o mysich, popielatych wręcz włosach siedział na małym pniaku i strugał coś niewielkim nożykiem.
        — Dyfarze — odchrząknąłem, zwracając tym samym na nas jego uwagę.
        Poderwał się ze swojego miejsca, za plecami schował drewniany kawałek, w którym jeszcze przed chwilą dzióbał nożem.
        — Oficerze. Najświętsza… — znowu wyraźnie się zawahał, a później skłonił bardzo płytko. — Z Helikaonem wszystko w porządku — zapewnił od razu, jakby bojąc się o naszą – moją – reakcję i to nagłe pojawienie się w stajni. Przeskoczył na drugą nogę nerwowo. — Jak pan kazał, dostał posiłek i odpoczywa, będzie w kilka godzin gotowy do drogi.
        Uniosłem dłoń, żeby przerwać mu słowotok. Był naprawdę uprzejmym, młodym chłopcem, który znał się na zwierzętach, ale za dużo gadał. Stosunkowo o trzy czwarte za dużo.
        — Dyfarze, powinieneś nauczyć Esję oporządzać konia — powiedziałem, opuszczając ramię.
        Może gdybym nie był sobą i nie roztaczał swojej paskudnej aury, to chłopak by się zwyczajnie roześmiał, myśląc, że sobie żartuję. Teraz na jego twarzy malowała się czysta konsternacja. Jakby nie mógł się zdecydować, czy się roześmiać, czy jednak oblać rumieńcem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/