Słuchałem
tego, co mówiła urywkami, połowami zdań, czasami nawet przerywanymi słowami w
miejscach, gdzie musiała nabrać oddech, a jej ciałem wstrząsał kolejny spazm
szlochu, tego który już minął i zapowiadał również, że być może będzie
następny. Słuchałem jej, ale nie analizowałem tych słów, nie szukałem, ile w
nich jest prawdy, a ile domysłów, bo nie zależało mi na tym. Jeśli
wypowiedzenie na głos tego wszystkiego miało jej pomóc, pozwalałem na to, sam
jednak nie włączałem się emocjonalnie ani analitycznie, świadomie. Była niczym
wartka rzeka, która płynęła obok, zmienna, rozchwiana, rozbijająca się o brzeg
i wszystkie inne przeszkody, które stawały na jej drodze, ale ja nie wchodziłem
do jej nurtu. Nie ze strachu, że mnie porwie, ani nie w obawie, że łaskotanie
fal mogłoby mi się spodobać, zachęcić, żeby wejść głębiej. Nie czułem potrzeby,
żeby w tym uczestniczyć, ale nie miałem niczego, co mogłoby to w jakiś sposób
zatrzymać. Dlatego przypadła mi rola świadka obserwującego bieg wydarzeń,
bezstronnego, obiektywnego i nie oceniającego, nie klasyfikującego zdarzeń.
Było tego dużo, najpierw z pozoru tylko
bezładne skrawki, a później tworzące znacznie bardziej zrozumiałą płaszczyznę.
Przechyliłem lekko głowę w bok i pierwszy raz od dawna dostrzegłem w niej coś,
co tak naprawdę każdy musiał kiedyś posiadać; coś tak powszechnego, że aż
zaskakującego w obserwacji. Poczucie winy. Chęć zrzucenia ciężaru, gdyby nie
było konieczności niesienia go. Widziałem to tak doskonale… Ba, kapłanka sama
się do tego przyznała, własnymi słowami. To mi wystarczyło, bo było idealnym
dowodem na to, że to co robię ma sens, że ta nauka nie jest przypadkowa,
chociaż przecież nie była zaplanowana z pełną premedytacją. Poznanie wartości i
znaczenia własnych czynów było ważne i jakże cenne.
Zasłuchałem się i zamyśliłem do tego
stopnia, że jej nagły ruch złapał moją opuszczoną gardę i zaskoczył na tyle, że
mięśnie spięły się, gotowe do wykonania gwałtownego skoku. To okazało się
niepotrzebne.
Ponownie podążałem za jej rozumowaniem,
tym razem starając się zachować spokój, żeby się nie odezwać i nie wejść jej w
słowo. Mimo wszystko nie zaprzeczyłem. Nie była to pełna prawda, wcale nie
postawiłem jej nad faktem dokonanym i nadal sądziłem, że ma własną decyzję do
podjęcia. Ale ona najwyraźniej już ustawiła się w nowej pozycji, w której
została do tego popchnięta i zmuszona, a na odwrócenie takiego rozumowania nie
znalazłem na razie słów. Później to powiem, później może zaznaczę jeszcze raz
dokładnie, że to jej decyzja i to decyzja, którą musi podjąć sama, decyzja na
którą ja nie powinienem wpływać. Teraz po prostu przyglądałem się jej w
zagadkowy sposób, z myślami, które nie przenikały z wnętrza na moją twarz.
Kiedy się poruszyła, to tym razem ja
zatrzymałem się w bezruchu, czekając i robiąc miejsce na jej inicjatywę.
Opadłem plecami na posłanie i stamtąd właśnie przyglądałem się jej, kiedy
robiła coś, na co jeszcze nie odważyła się wcześniej i pozwalałem jej na to.
Pytanie, bardzo niesprecyzowane, zawisnęło między nami i na moment zmusiło do
głębszej refleksji, bo teraz wymagało ode mnie zajęcia jakiejś pozycji,
zrobienia czegoś.
— Dzisiaj już niczego nie planuję —
odpowiedziałem cicho, ale zgodnie z prawdą, a moje spojrzenie leniwie
przesunęło się w dół z jej oczu, bynajmniej nie zatrzymując się później na
ustach. — Ale jutro będziemy mieć pracowity początek dnia, więc dobrze by było,
gdybyś nie mdlała ze zmęczenia — dodałem, może trochę bardziej przekornie,
tracąc wcześniejszą maskę obojętności, neutralności i spokoju.
Po długiej chwili, kiedy byliśmy w tej
pozycji, tym razem inaczej i bliżej, niż wcześniej, podniosłem się na
wyciągniętej do tyłu ręce i zbliżyłem swoją twarz do jej twarzy. Nadal
siedziała gdzieś w okolicach moich bioder, ale zachwiała się kiedy zmieniłem
środek ciężkości i musiała poświęcić chwilę, żeby odnaleźć się w nowej pozycji.
Wykorzystałem ten moment zawahania i stosunkowego
spokoju, żeby odpowiedzieć na kilka wcześniejszych pytań i być może nie
ryzykować kolejnego wybuchu.
— Nie ty będziesz trzymać miecz —
powiedziałem w końcu, a z tymi słowami wypuściłem również długo wstrzymywane w
płucach powietrze. Na to nie mogłem sobie pozwolić, ani na nią zrzucić tak
okropnego ciężaru. Nie teraz, taka nauka byłaby narażona z góry na porażkę,
mogłaby nie przynieść żadnych owoców. Wiedziałem jednak, że chcę wyjaśnić tą
kwestię, nawet jeśli nie chodziło jej wcale o fizyczne wykonanie tego zadania,
a wydanie wyroku. Dla mnie obie te rzeczy były jedynie różnymi odmianami jednej
konieczności. — Ja będę. Ale do ciebie będzie należał ten rozkaz i ta decyzja.
Nie dotknąłem jej, chociaż początkowo czułem
taką pokusę, ale to ona pokonała dzielący nas dystans i to była poniekąd także
jej sprawa, co teraz z nim zrobi. Po prostu czekałem w napięciu i przed
kolejnymi słowami, które nie chciały się wygodnie ułożyć w moim gardle.
Chwalenie i docenianie ludzi… Nigdy nie było czymś, co mógłbym pochwalić.
Sprawiało, że żołnierze gnuśnieli i spoczywali na laurach, tracili motywację.
Tylko czasem, w bardzo rzadkich przypadkach było to wskazane i na ile
potrafiłem ocenić, to była właśnie ta jednak chwila.
— Kapłanko… — odezwałem się w końcu, a
po chwili na moich ustach wykwitł delikatnie kpiący wyraz, uśmiech, który chyba
mógł przekazać więcej emocji niż tylko jedną. Niejednoznaczny. — Nie
przydzieliłbym ci tego zadania, gdybym nie wierzył, że sobie z nim poradzisz.
Wcale nie przeceniam twoich możliwości, to ty ich nie doceniasz.
Każda pochwała, nawet tak pokraczna jak
ta, która teraz opuściła moje usta, wydawała mi się też bardzo odrealniona i
nie na swoim miejscu. Sprawiała, że nie czułem się tak pewnie, jak przy
wydawaniu rozkazów, bo nie było ustalonych schematów postpowania, a każda osoba
mogła nie tylko zrozumieć ją na swój sposób, ale także zareagować różnie. A cóż…
W przeciwieństwie do rozkazu, jeśli ktoś nie przyjmie pochwały, raczej nie będę
mógł go za to ukarać. Ten właśnie czynnik sprawiał, że tak bardzo niezręcznie
czułem się w obliczu doceniania innych ludzi.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz