niedziela, 11 marca 2018

CXCVII



       Nie wiem, czego dokładnie po nim oczekiwałam, jakiej odpowiedzi. Czy chodziło mi o aktualną sytuację, czy może o całe życie, a może jeszcze dalej? Trudno było mi zdecydować, a mimo to czekałam na jego odpowiedź, jakby ta miała mnie w jakimś stopniu ocalić. Przynajmniej kiedy się odezwał miałam jakąś pewność, że dzisiaj nie powinnam się niczego bać, bo nic złego już nie nadejdzie. Prawda była jednak taka, że nieszczególnie pocieszyły mnie te słowa. Natomiast było w nich coś, co skłaniało do myślenia. Z jednej strony nie wiedziałam, co może mieć na myśli, a jednak skłaniało do refleksji na tyle, bym skupiła się na jego słowach i może chociaż odrobinę odcięła od głównego tematu, jaki między nami tkwił. 
       Zaskoczona nagłą zmianą pozycji przez mężczyznę, straciłam równowagę. Nadal błądziłam myślami wokół jutrzejszego dnia. Przecież powiedział, że będę miała tyle czasu, ile potrzebuję, więc nie zmusi mnie do podjęcia decyzji już jutro, więc  w takim razie czego tyczą cię jego plany? Mam się obawiać, czy może wyczekiwać? Dlaczego zdradzał mi zawsze tylko konieczne minimum? Chciałam wiedzieć więcej, chciałam też mieć taką władzę, bo zadać proste pytanie i dostać w odpowiedzi cały, szczery wywód. 
       Nie zareagowałam na jego słowa. Spojrzałam gdzieś na jego nagi, unoszący się przy mnie tors. Od jego skóry biło przyjemne ciepło. Ulżyło mi? Może trochę, bo nie umiałabym na pewno zabić człowieka. Zastanawiam się nadal, czy umiałabym w ogóle wydać taki rozkaz. Wcześniej miałam drobne obawy, że Nevan będzie wściekły, powie, że jego ludzie są potrzebni na froncie i nie powinnam się do nich mieszać. Hmm, zabawne, że wówczas właśnie takiego scenariusza się obawiałam, nie przewidując, że ten prawdziwy może być o stokroć razy gorszy. 
       Dopiero gdy poniekąd mnie zawołał, niepewnie przeniosłam spojrzenie na niego. Był tak blisko. Nagle uświadomiłam sobie, jak blisko siebie tak naprawdę jesteśmy, w jakiej pozycji się znajdujemy. Zamrugałam niepewnie, przygotowując się najpewniej na coś okropnego, na najgorsze. Nie wiedziałam, co chce mi przekazać, a teraz nie zamierzałam już doprowadzać do sytuacji, w której mogłabym oczekiwać czegoś lepszego, niż to co ma nastąpić. 
         Rozszerzyłam nieco oczy, gdy dotarło do mnie, co on właśnie powiedział. Nie umiałam zrozumieć, co poczułam. Ból, dziwny, ale i przyjemnie dotkliwy. Niemoc, bez wątpienia to, ale coś jeszcze... coś co mówiło, że przynajmniej nie jestem sama. Że on jest tutaj dla mnie i cokolwiek robi, niezależnie czy jest to miłe, czy nie, to przynajmniej w jego założeniu ma na uwadze moje dobro, a to już samo w sobie jest czymś, czego w życiu mi poskąpiono. Jeśli jest okrutny, to będę musiała to znieść, ale na pewno dba o mnie, w jakiś pokrętny, inny niż bym chciała sposób. Dba... a nikt nigdy tego nie robił tak personalnie. 
       - Znów doprowadziłeś mnie do łez - mruknęłam, gdy poczułam wilgoć na poliku. Miałam już dość tego tematu, przyprawiał mnie jedynie o ból głowy. Przetarłam twarz, a potem ułożyłam dłonie na jego torsie. Jeśli teraz miałabym po prostu się położyć, to na pewno bym nie zasnęła. Musiałam oczyścić umysł, dać sobie chociaż odrobinę miłych emocji, aby się odciąć uciec przynajmniej w taki sposób, skoro wiadome było, że żaden inny mi nie przysługuje. 
       Delikatnie oparłam czoło o jego czoło. Jak wiele razy ten człowiek mnie jeszcze zaskoczy? Ile mrocznych sił się w nim czai, a ile światła? Jak to możliwe, że z taką łatwością zadaje mi cierpienie, które wybaczam mu i wracam do niego, do tych silnych ramion, wbrew rozsądkowi, zwalczając lęki. Mógł być najniebezpieczniejszą częścią mojego życia, och, był nią na pewno. I będzie jeszcze wiele razy stawiał mnie pod taką ścianą, widać to w jego oczach. Miałam tego świadomość, mogłam więc postawić się teraz, przekreślić to wszystko, co było między nami i odratować swoje sumienie. Mogłam. 
       - Chcę cię pocałować... - powiedziałam cicho. Bo chociaż mogłabym jeszcze od niego zbiec, to nie miałoby znaczenia, sensu. Byłaby to ucieczka od samej siebie, czułam to tak dokładnie. Przesiąknęłam grzechem, ale być może tak miało być. Tak, czy inaczej wiedziałam przecież doskonale, że za nim pójdę wszędzie. Miał władzę nad drobną, małą kapłanką... a Arethor mógł jedynie patrzeć, jak śmiertelnik wydziera mu własność z rąk, jak czyni to jedynie słowami, bez potrzeby znaków i starych mitów. Oto był człowiek, który na równi z bogami potrafił walczyć o swoje. 
       Zbliżyłam swoją twarz bardziej, nieco niepewnie o jego ust. Musnęłam je. Były takie, jak je zapamiętałam. Westchnęłam cichutko, omiatając jego skórę swoim oddechem. Powtórzyłam tą czynność. Skrzywiłam się, a moje dłonie z jego torsu przesunęły się na ramiona, szyję, kark. Jednak wsunęła się we włosy. Pogłębiłam pocałunek. 
       - Jeśli mam nie mdleć, to muszę zasnąć... - sapnęłam odrywając się na moment. Uniosłam się nieco na nogach, aby być nad nim wyżej. Musiałam nieco naprzeć na jego tors, by zyskać niewielką, ale jednak przewagę wzrostu. - Więc powinieneś ukołysać mnie do snu, skoro już mnie rozbudziłeś - dodałam, a potem spróbowałam ponownie. Głębiej, mocniej, usilniej. Z początku to co wydawało się niepewne, jak zmuszenie jego warg do rozsunięcia, jak odnalezienie językiem jego języka, z czasem zaczęło być tak odruchowe, jak podczas tego, gdy on inicjował takie pieszczoty. 
       Moje i jego ręce błądziły po naszych ciałach. Badały się nawzajem, a ja nie myślałam, gdzie dotykam, a gdzie dotyka on. To nie było istotne. Odpływałam, odsuwałam od siebie strach. Zabawne, on go we mnie zaszczepił i teraz on go ode mnie odsuwał. Kiedy złapał mnie za biodra, ugryzłam go w wargę, tylko przez sekundę bojąc się tego, że mnie to zdemaskuje. Nic bardziej mylnego. Tak dzięki upadkowi, przynajmniej zrozumiałam, że i ja mogę czasem zrobić mu małą krzywdę. Podekscytowało mnie to odkrycie. Nie wiem, kiedy nasze oddechy przyspieszyły znacznie, jakby cała ta ciężka atmosfera nie istniała, nigdy nie miała miejsca. 
       Zmęczenie działało jak upojenie alkoholowe, pozwalało wyłączyć wstyd, może też moralność. Skupiałam się na samych przyjemnych odczuciach, a jego dotyk potrafił je zapewnić. Stęknięcia, sapnięcia, rozrzucone włosy, kąsania, ściśnięcia... koszulka, która opadała już na jedno ramię. Lekko przymrużone oczy i żadne z nas nie myślało o tym, że ten biedak nadal tam wisi. Miał być pierwszą ofiarą naszej dwójki. Ile jeszcze takich ofiar będzie? Nie myśleliśmy... Ilu w tym obozie mogło być teraz na jego miejscu? Nie mogłam wiedzieć, że mógłby być to praktycznie każdy. Że teraz każdy przechodząc obok niego z ulgą dziękuje bogom, że nie został przyłapany. Nie mogłam wiedzieć, jak podły świat tkwi za tym namiotem. Że żołnierz wskazany przeze mnie będzie przykładem dla innych, a nie przestrogą, bo nie ma w nim więcej zła, niż w większości. On sam nie mógł zapewne uwierzyć w swój los. Może zaczął już odczuwać strach, może przestał śmiać się kpiąco z kapłanki, która chciała go karać za coś tak prostego, jak dobieranie się do służącej... Może stracił przytomność z wycieńczenia? Albo chciał, ale ból ocierającej się o nadgarstki liny nie pozwalał mu na to? Jak na ironię, w chwili, w której o tym pomyślałam poczułam, jak Nevan zaciska dłoń na moim biodrze. Stęknęłam zaraz głośniej, ale i to świetnie zostało zamaskowane, bo mężczyzna zrzucił mnie z siebie i opadłam plecami na posłanie, wcale nie delikatnie. 
       Patrzyłam na moment na niego, a ciszę przecinały jedynie nierówne, przyspieszone oddechy. Włosy i materiał mojej koszuli nocnej zdawały się wypełniać całą przestrzeń. Przełknęłam ślinę. 
       - Teraz to już w ogóle obawiam się, czy zmrużę oko... - wyszeptałam, a wraz z tą wypowiedzią obraz mężczyzny wiszącego na palu odszedł w dal. Był obserwowany. Bo kiedy ja byłam tutaj, oddając się najgorszym przewinieniom, Mila była tam, oddając się chęci zemsty, pławiąc się w poznanym dopiero co smaku sprawiedliwości. Może tyle mi wystarczy, bym zrozumiała, że tak należy, ale to nie teraz. Teraz byłam jedynie grzeszną kobietą, leżącą pod okrutnym oficerem. Bo jeśli gdzieś powinnam leżeć, to właśnie pod nim. 
       Pogładziłam delikatnie jego tors, uniosłam się niepewnie i na jego ramieniu złożyłam drobny pocałunek, po czym ponownie opadłam na plecy. 
       - Poniekąd cieszę się... nie z lekcji jaką dla mnie szykujesz, ale z tego, że jesteś tak honorowy. Bo jeśli uczynisz ze mnie kogoś, kim nie byłam, to honor nie pozwoli ci mnie porzucić, czymkolwiek się stanę, będę twoja - powiedziałam spokojnie, w zasadzie to mimo wcześniejszych słów, na wpół przytomnym głosem. Przymknęłam już nawet powieki, czując, jak zmęczenie obejmuje mnie silniej, niż robiły to jego ramiona. O ile to w ogóle możliwe. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/