wtorek, 24 kwietnia 2018

CCXXII


        Zrobiło się tak… Lekko. Ten śmiech miał moc odwrócenia zmartwień i zamiany je w coś pięknego. Taki prosty dźwięk, taki naturalny i szczery. Uniosłem lekko brwi, ściągając ku sobie u góry, ale jej nigdy nie będzie dane zobaczyć tego wyrazu twarzy. Tego rozczulenia, które objęło mnie niespodziewanie, ścisnęło z zastraszającą siłą. Była zbyt blisko, zbliżyła się do ognia, jakby chciała spłonąć, jakby zrobiła to specjalnie, z premedytacją… Głupia. Może nie wiedziała, że później nic już nie ogrzeje jej w ten sposób, nikt inny nie spali, nie poparzy, nie oczyści cierpieniem. Weszła w sam jego środek i wyglądało na to, że już rozglądała się po swoim nowym domu, zastanawiając się jak odpowiednie go umeblować.
        Emocje spłynęły z mojej twarzy wraz z kropelkami wody, które rozprysnęły się wszędzie dookoła, pozwoliłem sobie schować je ten raz, na chwilę po tym jak mojego serca nie broniła już żadna bariera. Stłumiłem westchnienie wywołane nagłym uciskiem klatki piersiowej, a później podążyłem spojrzeniem w dół, na jasne włosy teraz pokryte mgiełką wilgoci, która osiadła na nich.
        — Kto by pomyślał, kapłanko, że oddasz serce takie okrutnemu oficerowi — odpowiedziałem cicho, podobnie jak ona zniżając głos niemal do szeptu. Dookoła mogło nikogo nie być, ale płócienne ściany namiotu nie chroniły nas przed głosem niosącym się daleko. Zawahałem się na moment. Nie potrafiłem powtórzyć tych słów, nawet gdybym ponownie miał otrzymać taką samą jak wcześniej reakcję. Zamiast tego przechyliłem się lekko w przód, opierając wygodniej czoło o to należące do niej.
        Na szczęście sama wytrąciła mi ostrze z dłoni, które nie wiem, w którym momencie się tam znalazłem. Po prostu skinąłem głową bez słowa i to było jedyne zapewnienie, jakie ode mnie dostała. Nie będę mówił. Nie będę wspominał, nie będę używał tego, co było w mojej dłoni, na ustach, w głowie. To nie miało znaczenia. Po prostu pozwoliłem jej być, blisko, bliziutko, kusząco niedaleko. Pozwoliłem jej dotykać mojego ciała, a kiedy zauważyłem, że i to mnie uspokaja, rozluźniłem się zupełnie. Tego wieczoru nie mogło już wydarzyć się nic, co potrafiłoby zepsuć tą pełną rozluźnienia atmosferę. Żadne koszmary tej nocy. Żadne wspomnienia ani pragnienia. Nic.

        Codziennie czekałem na wiadomości, ale te każdego kolejnego dnia nie nadchodziły.
        Wraz z biegiem czasu zupełnie zaprzestałem zaglądania do namiotu Aelnei, która zaczęła witać mnie podniesioną brwią. Możliwe, że była niedaleko odkrycia prawdziwej przyczyny mojej nadmiernej zapalczywości i palącej niecierpliwości dotyczącej sprawy odesłania kapłanki do stolicy i bałem się, że to będzie pierwsza rzecz od wielu lat, którą uda mi się zepsuć brakiem opanowania. Taka nieprofesjonalność bolałaby mnie do granic możliwości, a świadomość że najlżejszą w świetle prawa karą za odkrycie tego, co łączy mnie z kapłanką – dożywotni zakaz zbliżania się do niej – byłaby również ta najtrudniejsza do zniesienia.
          Dlatego przestałem zabiegać o wiadomości. Czułem ich ciężar, choć jeszcze nie nadeszły, ale każdego dnia paskudny oddech zbliżających się wydarzeń był coraz bliżej mojego karku. Nawet pewność, że Aelnea nie ma prawa wydać moich sekretów, jeśli chce chronić swoich nie sprawiła, że tego poranka udałem się do jej namiotu. Wolałem mieć pewność, że tajemnica jest tylko moja. Że nie podzielę się z nią, sam chętnie niosąc jej brzemię. Wystarczyło, że służąca wiedziała o wiele więcej, niż powinna, a jednak nadal zachowywała swoje życie.
        Zabicie jej nie byłoby problemem. Była tylko służącą, psem. Nikt nie zadawałby pytań. Tak długo jednak, jak nie wychylała się poda szereg, tak długo zamierzałem dotrzymywać obietnicy danej Esji, że nic się jej nie stanie. Miałem oczywiście świadomość, że jeśli zdecyduje się na jakiś krok, będzie za późno, żeby cokolwiek ratować. Wtedy jednak z przyjemnością wydrę jej serce z klatki piersiowej i będzie to ostatnia czynność, jakiej oddam się z prawdziwym zapałem.
        Dni mijały, a świadomość, że niedługo przyjdzie mi stracić Esję, oddać komuś innemu sprawiała, że byłem rozkojarzony. Że kilka szczegółów umykało mojemu oku, które przecież zawsze widziało wszystko pierwsze.
        Przymknąłem powieki, bo słońce późnego poranka raniło tęczówki. Było tak silne… Tak bardzo chciało się wedrzeć pod ciemność, która na moment zalała moje białka. Nawet o tej porze roku jego intensywność nie odgoniła cierpienia. Uniosłem dłoń do ramienia, ale ta ześlizgnęła się po zbroi mokrej od krwi. Była jeszcze ciepła. Sączyła się nieustannie. Ktoś krzyczał, ale jakie to nierozsądne… Nie potrafiłem zlokalizować tego głosu. Myśl, że być może w namiocie skryby czeka na mnie już urzędowe pismo była jedyną, którą potrafiłem teraz zlokalizować. Cała rzeczywistość zaś zlewała się w niemożliwą do rozróżnienia całość. Była tylko jasność, która co jakiś czas wypierała nieprzeniknioną ciemność, którą powodowała utrata świadomości spowodowana traceniem krwi.
        — Za szybko… Kurwa, za szybko!
        Ktoś krzyczał. Pochylał się nade mną, a później krzyczał. Czułem natężający się ucisk na ramieniu, a to spowodowało falę ostrego bólu. Nie wiedziałem, czy jęk opuścił moje gardło. Ponownie straciłem kontakt z rzeczywistością.
        Przed oczami miałem jedynie oficjalną pieczęć odciśniętą na czerwonym laku. Żółtawy pergamin, którego nie mogłem rozwinąć…
        — Tyle krwi — głos znalazł się tak blisko, jakby szeptał mi prosto do ucha. W jednej chwili ocknąłem się, błądząc wzrokiem po plamach kolorystycznych, które z każdą minutą teraz zyskiwały na ostrości. — Mogła pójść jakaś główna żyła… Odsuń się, do kurwy nędzy, gdzie się pchasz. — Głośne warknięcie. Więcej przekleństw.
        Nie rozpoznałem żadnego głosu.
        Kształty zaczęły przybierać wyraźniejsze kontury, ale wtedy ktoś ponownie mocno nacisnął na promieniujące takim bólem ramię, że moim ciałem wstrząsnął spazm, a później odwróciłem się na bok.
        Ciało zamierzało się bronić, ale żołądek był pusty.
        Dlaczego ktoś ciągle na nowo wbijał w tą samą ranę pierdolony sztylet, który wydawał się nagrzany do jebanej białości? Wierzgnąłem silnie, ale to sprawiło, że dookoła pojawiło się tylko więcej rąk, które nie posiadały w mojej wizji żadnych właścicieli.
        Był tylko paraliżujący ból, podniesione głosy i mój jeden krótki krzyk.
        I setki, tysiące rąk wyciągniętych w moją stronę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/