Zrobiło się tak… Lekko. Ten śmiech miał
moc odwrócenia zmartwień i zamiany je w coś pięknego. Taki prosty dźwięk, taki
naturalny i szczery. Uniosłem lekko brwi, ściągając ku sobie u góry, ale jej
nigdy nie będzie dane zobaczyć tego wyrazu twarzy. Tego rozczulenia, które
objęło mnie niespodziewanie, ścisnęło z zastraszającą siłą. Była zbyt blisko,
zbliżyła się do ognia, jakby chciała spłonąć, jakby zrobiła to specjalnie, z
premedytacją… Głupia. Może nie wiedziała, że później nic już nie ogrzeje jej w
ten sposób, nikt inny nie spali, nie poparzy, nie oczyści cierpieniem. Weszła w
sam jego środek i wyglądało na to, że już rozglądała się po swoim nowym domu,
zastanawiając się jak odpowiednie go umeblować.
Emocje spłynęły z mojej twarzy wraz z
kropelkami wody, które rozprysnęły się wszędzie dookoła, pozwoliłem sobie
schować je ten raz, na chwilę po tym jak mojego serca nie broniła już żadna
bariera. Stłumiłem westchnienie wywołane nagłym uciskiem klatki piersiowej, a
później podążyłem spojrzeniem w dół, na jasne włosy teraz pokryte mgiełką
wilgoci, która osiadła na nich.
— Kto by pomyślał, kapłanko, że oddasz
serce takie okrutnemu oficerowi — odpowiedziałem cicho, podobnie jak ona
zniżając głos niemal do szeptu. Dookoła mogło nikogo nie być, ale płócienne
ściany namiotu nie chroniły nas przed głosem niosącym się daleko. Zawahałem się
na moment. Nie potrafiłem powtórzyć tych słów, nawet gdybym ponownie miał
otrzymać taką samą jak wcześniej reakcję. Zamiast tego przechyliłem się lekko w
przód, opierając wygodniej czoło o to należące do niej.
Na szczęście sama wytrąciła mi ostrze z
dłoni, które nie wiem, w którym momencie się tam znalazłem. Po prostu skinąłem
głową bez słowa i to było jedyne zapewnienie, jakie ode mnie dostała. Nie będę
mówił. Nie będę wspominał, nie będę używał tego, co było w mojej dłoni, na
ustach, w głowie. To nie miało znaczenia. Po prostu pozwoliłem jej być, blisko,
bliziutko, kusząco niedaleko. Pozwoliłem jej dotykać mojego ciała, a kiedy
zauważyłem, że i to mnie uspokaja, rozluźniłem się zupełnie. Tego wieczoru nie
mogło już wydarzyć się nic, co potrafiłoby zepsuć tą pełną rozluźnienia
atmosferę. Żadne koszmary tej nocy. Żadne wspomnienia ani pragnienia. Nic.
Codziennie czekałem na wiadomości, ale te
każdego kolejnego dnia nie nadchodziły.
Wraz z biegiem czasu zupełnie zaprzestałem
zaglądania do namiotu Aelnei, która zaczęła witać mnie podniesioną brwią.
Możliwe, że była niedaleko odkrycia prawdziwej przyczyny mojej nadmiernej
zapalczywości i palącej niecierpliwości dotyczącej sprawy odesłania kapłanki do
stolicy i bałem się, że to będzie pierwsza rzecz od wielu lat, którą uda mi się
zepsuć brakiem opanowania. Taka nieprofesjonalność bolałaby mnie do granic
możliwości, a świadomość że najlżejszą w świetle prawa karą za odkrycie tego,
co łączy mnie z kapłanką – dożywotni zakaz zbliżania się do niej – byłaby również
ta najtrudniejsza do zniesienia.
Dlatego przestałem zabiegać o
wiadomości. Czułem ich ciężar, choć jeszcze nie nadeszły, ale każdego dnia
paskudny oddech zbliżających się wydarzeń był coraz bliżej mojego karku. Nawet
pewność, że Aelnea nie ma prawa wydać moich sekretów, jeśli chce chronić swoich
nie sprawiła, że tego poranka udałem się do jej namiotu. Wolałem mieć pewność,
że tajemnica jest tylko moja. Że nie podzielę się z nią, sam chętnie niosąc jej
brzemię. Wystarczyło, że służąca wiedziała o wiele więcej, niż powinna, a
jednak nadal zachowywała swoje życie.
Zabicie jej nie byłoby problemem. Była
tylko służącą, psem. Nikt nie zadawałby pytań. Tak długo jednak, jak nie
wychylała się poda szereg, tak długo zamierzałem dotrzymywać obietnicy danej
Esji, że nic się jej nie stanie. Miałem oczywiście świadomość, że jeśli
zdecyduje się na jakiś krok, będzie za późno, żeby cokolwiek ratować. Wtedy
jednak z przyjemnością wydrę jej serce z klatki piersiowej i będzie to ostatnia
czynność, jakiej oddam się z prawdziwym zapałem.
Dni mijały, a świadomość, że niedługo
przyjdzie mi stracić Esję, oddać komuś innemu sprawiała, że byłem rozkojarzony.
Że kilka szczegółów umykało mojemu oku, które przecież zawsze widziało wszystko
pierwsze.
Przymknąłem powieki, bo słońce późnego
poranka raniło tęczówki. Było tak silne… Tak bardzo chciało się wedrzeć pod
ciemność, która na moment zalała moje białka. Nawet o tej porze roku jego
intensywność nie odgoniła cierpienia. Uniosłem dłoń do ramienia, ale ta
ześlizgnęła się po zbroi mokrej od krwi. Była jeszcze ciepła. Sączyła się
nieustannie. Ktoś krzyczał, ale jakie to nierozsądne… Nie potrafiłem
zlokalizować tego głosu. Myśl, że być może w namiocie skryby czeka na mnie już urzędowe
pismo była jedyną, którą potrafiłem teraz zlokalizować. Cała rzeczywistość zaś
zlewała się w niemożliwą do rozróżnienia całość. Była tylko jasność, która co
jakiś czas wypierała nieprzeniknioną ciemność, którą powodowała utrata
świadomości spowodowana traceniem krwi.
— Za szybko… Kurwa, za szybko!
Ktoś krzyczał. Pochylał się nade mną, a
później krzyczał. Czułem natężający się ucisk na ramieniu, a to spowodowało
falę ostrego bólu. Nie wiedziałem, czy jęk opuścił moje gardło. Ponownie
straciłem kontakt z rzeczywistością.
Przed oczami miałem jedynie oficjalną
pieczęć odciśniętą na czerwonym laku. Żółtawy pergamin, którego nie mogłem
rozwinąć…
— Tyle krwi — głos znalazł się tak
blisko, jakby szeptał mi prosto do ucha. W jednej chwili ocknąłem się, błądząc
wzrokiem po plamach kolorystycznych, które z każdą minutą teraz zyskiwały na
ostrości. — Mogła pójść jakaś główna żyła… Odsuń się, do kurwy nędzy, gdzie się
pchasz. — Głośne warknięcie. Więcej przekleństw.
Nie rozpoznałem żadnego głosu.
Kształty zaczęły przybierać
wyraźniejsze kontury, ale wtedy ktoś ponownie mocno nacisnął na promieniujące
takim bólem ramię, że moim ciałem wstrząsnął spazm, a później odwróciłem się na
bok.
Ciało zamierzało się bronić, ale żołądek
był pusty.
Dlaczego ktoś ciągle na nowo wbijał w
tą samą ranę pierdolony sztylet, który wydawał się nagrzany do jebanej
białości? Wierzgnąłem silnie, ale to sprawiło, że dookoła pojawiło się tylko
więcej rąk, które nie posiadały w mojej wizji żadnych właścicieli.
Był tylko paraliżujący ból, podniesione
głosy i mój jeden krótki krzyk.
I setki, tysiące rąk wyciągniętych w
moją stronę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz