Powolutku wszyscy zapominali o dniu egzekucji, jakby jedna śmierć faktycznie nic nie zmieniała, jakby jeden z wielu poległych nie robił różnicy, a fakt, czy zmarł od wroga, czy swojego nie był w zasadzie niczym istotnym. Ja sama powoli dojrzewałam do tej myśli, coraz rzadziej wspominając mężczyznę, który z mojego rozkazu stracił życie. Z każdym dniem wstawałam z łóżka coraz lżej, aż pewnego ranka podniosłam się tak, jakbym nigdy nie miała krwi na rękach, odsuwając ten fakt daleko od siebie Gdyby pozostawiono mnie samej sobie, nie wiem, czy dałabym radę. Nie byłam jednak sama, a między mną i Nevanem nastały cudowne czasy, sprawnie przysłaniając wizję mojego wyjazdu. Żyłam z dnia na dzień, nie bałam się już wypraw, z których wracał dzielnie, nie do obozu, a do mnie, obóz był tylko przy okazji. Moje posłanie pozostawało chłodne i nieużywane, więcej mojej obecności dostrzegałam w jego namiocie, niźli swoim, jednak Mila dbała o to, bym tylko ja miała takie spostrzeżenia. No i może jeszcze Nevan. Miałam wrażenie, że moja służąca jeszcze bardziej chciała pokazać, że jest użyteczna i nie mogłam jej się dziwić. Sama dała mi dosadnie do zrozumienia, że wie ile będą teraz kosztować ją nawet najmniejsze błędy, a ja nie potrafiłem się z nią spierać. Mimo, że kochałam Tealvasha, nie oznaczało to równocześnie, że ten się zmienił. Nadal był przerażającym oficerem, gotowym bez wahania odebrać życie każdemu, kto stanie mu na drodze. Była to myśl przerażająca, wywołująca dreszcze, ale z kolei nie nastręczała bezsennych nocy. W zasadzie spałam jak dziecko, nauczyłam się zasypiać twardo, gdy tylko ułożyłam polik na jego piersi, jakby było to najbezpieczniejsze miejsce na ziemi i idąc powiedzeniem, najciemniej pod pochodnią, być może rzeczywiście było.
W całym tym cyklu tak podobnych dni, nic nie miało się wyłamać od normy. Kolejny ranek, gdy pocałowałam go czule, kolejne godziny spędzone na pracy w namiotach medycznych, na zajęciach w stajni. Spokój i zmęczenie towarzyszyły mi, gdy wychodziłam ze stołówki, przy moim boku szła Mila, a ja robiąc przerwę w opowieści o tym, co spotkało mnie dziś w stajni, odwróciłam głowę do słońca, w kierunku, w którym odjechały rano wierzchowce, wraz z żołnierzami. Zawahałam się, a po chwili zatrzymałam, więc i Mila poszła w moje ślady. Na horyzoncie nie było nic, jednak...
- Pani? - służąca spróbowała skupić na sobie moją uwagę. Chciałam jej ją poświęcić, jednakże... w tej samej chwili zawyłam głośno, sama tym zaskoczona. Zgięłam się w pół, opadłam na piasek. - Najświętsza! - zawołała dziewczyna spanikowana, ktoś inny coś krzyknął, dotarły do mnie odgłosy poruszanej zbroi. Zakręciło się w głowie. Krzyczałam. Ból. Zamknęłam oczy, z trudem łapałam oddech, a wtedy w ciemności wszystko stało się jasne. Obrazy, cios, ręce zaciśnięte na mieczu, ale za dużo przeciwników. Za wielu.
- Nie!!! - zawyłam. Cała się trzęsłam. Ktoś pytał co się dzieje. Czułam ból w piersi, a po chwili... ten ustał, ustały też obrazy. Wszystko zniknęło, jakby nigdy się nie pojawiło, ale przerażenie w moich oczach. Te nie chciało ich opuścić. Popadłam w szloch, silny, tłumacząc, że muszę się dostać na front, natychmiast, muszą dać mi konia. Nikt nie słuchał. Tłukłam, wyrywałam się. Nie umiałam składać zdań, a jedyne, o czym mogłam myśleć, to ta cholerna wizja, jak i prośby do bogów, by to było tylko złe przeczucie, nic innego.
Nie mogłam nic zrobić. Nic. To było okrutne, jak i okrutne było podanie mi naparu nasennego, uznanie, że przegrzałam się na słońcu, przepracowałam. Oczy zaszły mi ciemnością, z którą bardzo chciałam walczyć, a sen nie był przyjemny. Był pusty. W zasadzie miałam wrażenie, że tylko mrugnęłam, jednak gdy otworzyłam ponownie oczy, nie było już tak jasno. W pierwszej chwili nie skojarzyłam co się dzieje, potem poderwałam się do siadu. W głowie miałam tylko jedno, tylko Nevan się dla mnie liczył. Wypadłam ze swojego namiotu, za pusto, za pusto!!!
Serce biło mi jak szalone, kiedy pokonywałam kolejne metry, spacer zamienił się w bieg, a potem... potem usłyszałam. Jego głos, ale cichy i wiele innych, podenerwowanych, wrzeszczących. Wpadłam do namiotu medycznego i od progu złożyłam formułki błagalne do wszystkich bogów, czując jak się pode mną nogi uginają, jak krew odpływa od twarzy, jak patrzę na tą scenę, jakbym wcale nie była jej naocznym świadkiem, a zaledwie czytała o niej. Eliah z opóźnieniem mnie zobaczył, ale zrobił to jako jedyny.
- Esja! Wyłaź! - krzyknął, a muszę zauważyć, że takim tonem nigdy do mnie nie mówił. Mimo to ani drgnęłam. Ponowił rozkaz, a ja na przekór postąpiłam do przodu, wciąż patrząc na zakrwawionego Nevana, jakby wcale tu nie leżał, jakby to wszystko było historią, albo snem.
- Pomogę... - powiedziałam tak cicho, tak niewyraźnie, tak nieświadomie, że gotowa byłam rozglądać się i szukać właścicielki własnego głosu, gdyby Febiasz nie spojrzał na mnie natychmiast. Zmierzył mnie wzrokiem, a w tym momencie wszyscy wrzasnęli, bo Nevan znów wierzgnął. Ktoś zaklął szpetnie, medyk nie miał czasu na rozmowy. Skinął i kazał mi przytrzymać mu głowę, bo dwóch rosłych mężczyzn trzymało już barki i między nimi nie było dość miejsca na kolejnego... ja się zmieszczę.
Stanęłam nad nim, nad tymi czerwonymi oczami, w których skrywał się obłęd i bez wątpienia rozkojarzenie. Nie wiedziałam, czy zdawał sobie w ogóle sprawę z tego, co się dzieje, ale żył... żył... będzie żył. Oczy zaszły mi łzami, bałam się ruszyć, a on to wykorzystał, aby się szarpnąć.
- Kurwa! Trzymajcie go do chuja! - wrzasnął ktoś, całkowicie zapominając o mojej obecności, a ja sama podskoczyłam i natychmiast ułożyłam dłonie na czole mężczyzny, robiąc co w mojej mocy, aby go utrzymać. Spojrzałam na dłonie medyka i poczułam, jak treść żołądka podchodzi mi do gardła. Ktoś coś rozpalał, w powietrzu uniósł się zapach płonącej skóry. Szybko wróciłam spojrzeniem do twarzy Nevana, niby znajomej, a takiej obcej. Nie patrzył na mnie, nie było z nim już kontaktu, ktoś podał mi jakąś szmatkę, nasączoną płynem, kazał mu przyłożyć do ust. Zrobiłam to, a nie wiedząc, co jeszcze mogę zrobić, modliłam się przez cały czas, nawet gdy w końcu stracił przytomność, trzymając jego głowę, nie zaprzestając modlitwy.
Po wszystkim przeniesiono go do jego kwatery. Takiego... pozbawionego życia, ale oddychającego. Nikt nie byłby w stanie mnie od niego odciągnąć, ale byłam świadoma tego, że nie mogą się domyślić moich powodów. Wyjaśniłam, że specjalne modły lecznicze działają tym lepiej, im bliżej kapłan jest rannego. Cały obóz już pogrążony był w rozpaczy i teraz bardziej, niż kiedykolwiek potrzebowali tutaj kapłanki. Faktycznie się modliłam, gotowa wołać medyka, jak tylko będzie się coś działo. Cokolwiek. Godzina za godziną, było już całkowicie ciemno, miałam wciąż krew na szacie, jego, ale on był już czysty, oddychał płytko... tak płytko, jak jeszcze nigdy. Gdzie ta jego siła, gdzie potęga?
- Pozwoliłeś mi zapomnieć, że jesteś zwykłym śmiertelnikiem... - pociągnęłam nosem, kiedy pozwoliłam sobie odpocząć nad moment od modłów. - Więc nie masz prawa teraz umierać. Masz wziąć odpowiedzialność za swoją legendę i obudzić się, być silniejszym, niż wcześniej. Błagam Nevanie, wróć już do mnie... nie możesz mnie zostawiać, nie teraz, kiedy wciąż jestem obok - nie płakałam już. Łzy wyschły dobrą godzinę temu. Mężczyzna jednak nic sobie nie robił z moich słów, nadal spał, jakby sprawy ludzkie go już nie obchodziły.
Nie miałam pojęcia, która to była godzina, gdy Lance po mnie przyszedł, powiedział, żebym wyszła na moment do ognia. Noc była wyjątkowo chłodna, a jako, że poprzednim trzem prośbą odmówiłam, tą postanowiłam przyjąć, w głowie słysząc głosik, który mówił, że Nevan nie byłby zadowolony moim zachowaniem. Podniosłam się powoli i odsunęłam kotarę, by wyjść wraz z żołnierzem. Jak się okazało ognisko zapalono całkiem blisko, ale rozmowy się nie kleiły, w całym obozie zdawało się nie słyszeć niczego. Tylko cisza.
Sama przysiadłam na jednym z okrągłych kamieni, jakie tutaj przytaszczono, zatrzymałam się na ogniu, aby nie musieć nikomu spoglądać w oczy. Ktoś coś mruknął, ktoś zdawkowo odpowiedział, ale w powietrzu unosiło się gęste widmo śmierci i to możliwej śmierci tego, który miał nigdy nie opuszczać swoich ludzi... w tym i mnie.
- Esjo..? - minęła zbyt długa chwila, nim zorientowałam się, że ktoś się do mnie odzywa i jeszcze dłuższa, nim dotarło do mnie, że to Eliah. Spojrzałam na niego zaskoczona, wyglądał starzej niż zwykle, ale zdobył się na uśmiech. - Może nam zaśpiewasz? - zapytał i wydawało mi się, że wszyscy byli zaskoczeni tak samo jak ja.
- Proszę? - zapytałam skołowana, ale Lance podchwycił.
- Właśnie! W końcu muzą Arethorna jest muzyka. Nigdy dla nas nie śpiewałaś - zauważył i kiedy spojrzałam po twarzach, takich strudzonych, pozbawionych nadziei, zrozumiałam, dlaczego zastępca Tealvasha o to poprosił. Potrzebowali ukojenia, czegoś, co zamie ich myśli i być może, ja sama też tego potrzebowałam. By noc nie była taka cicha, a jeśli nie rozmowa, to niech chociaż muzyka przetnie obawy i niewypowiedziane czarne scenariusze.
Nie zastanawiałam się, czy to właściwe. Patrzyłam po nich, po ludziach, którzy mogli przerażać, a teraz pogrążeni byli w smutku, pełni obaw, jak dzieci, którym wyrwano z dłoni skrawek ubrania rodzica. Pozostawieni sami sobie, bez dowódcy, tego, który zawsze zrywał ich do walki, a dziś sam toczył być może jedną z najgorszych bitew w swoim życiu. Och bogowie, choćbym miała być potępiona po wieku, niech on tą bitwę wygra!
Mój głos roznosił się daleko... ale do niego miał nigdy nie trafić. Mógł dociągnąć wroga, pustynią przenosząc się dalej, niż zaszły oddziały Nevana, płynąć po wodzie, nieść się rzeką. On leżał tak blisko, a był poza zasięgiem. Nienawidziłam siebie za to, że mogę tak mało, że w zasadzie nie mogę nic. Dłonie mi się zatrzęsły, oczy zaszły łzami, ale głos się nie zachwiał, a nim zdecydowałam się na to, aby przerwać ten bezcelowy występ, do mojego głosu doszedł kolejny, pokryty chrypą i doświadczeniem, jakiego ja nie miałam. Potem kolejny, niezbyt wdzięczny. Kolejne dwa, lepszy i gorszy. Nie wiedzieć kiedy całe ognisko nuciło, każdy po swojemu, ale razem, jakby zatracając się w tej chwili, w starej pieśni, w obawach, w modlitwie... czymkolwiek to było, być może dla każdego oznaczało coś innego. Nieistotne, dawało ukojenie, pomagało wyciszyć wspomnienia. Aż do ostatniego słowa, do ostatniej sylaby, gdy głosy ucichły, by znów na pustyni zapadła cisza, która już nie miała być przerywana. Stałam jeszcze chwilę, powiodłam spojrzeniem po twarzach, które przez tą krótką chwilę zapomnienia zmieniły się znacząco. Patrzyły na mnie z takim oczarowaniem, jakbym zrobiła coś wielkiego, a nie zrobiłam nic. Zatrzymałam się na Eliahu, skinął mi głową. Zrobiłam to samo, uśmiechnęłam się delikatnie, a potem skłoniłam im grzecznie. Wszystkim, nie przejmując się tym, jak różni rangą ludzie zasiadają dookoła.
- Wracam czuwać - oznajmiłam i nim postąpiłam chociażby krok, wszyscy się podnieśli. Uniosłam brew, a gdy skinęli mi zawahałam się na moment. Ciepło. Chyba to poczułam. Płynące od ludzi, którzy z zimną krwią zabijali. Bardzo przyjemne ciepło. Jeśli mógł zostawić mnie, jeśli kochanek może zostawić ukochaną, to na pewno nie mógł porzucić ich. Dowódca zawsze musi być na przedzie, musisz wrócić do swoich ludzi Nevanie, bo bez ciebie... są zagubieni.
Dwa dni. Dwa dni leżał, czasami mając drgawki, tak silne, że Febiasz przyjmował przerażony wyraz twarz, jaki do niego nie pasował. Czasami był z kolei zimny, lodowaty, a trzymając jego dłoń czułam się tak, jakbym trzymała już martwego człowieka. Najgorsze dwa dni mojego życia. Nie było żadnej poprawy. Ani razu nikt nie powiedział, że jego stan zmierza w dobrym kierunku. Sypiałam przy jego łóżku, a obawa przed utratą dowódcy zabiła poczucie odpowiedzialności i nikt nie widział już w tym nic złego. Wierzyli w boską moc, a ja patrzyłam, jak ulatuje z niego życie i nie mogłam nic na to poradzić. Nic.
Oczy mnie bolały. Za mało mrugałam, mięśnie miałam spięte, a gdy kolejna kropelka potu pojawiała się na jego czole, bo oto nastał ten moment, gdy rozgrzany był niemiłosiernie, machinalnie sięgałam do jego skóry, by ją zetrzeć. Och, kolejna... sięgnęłam, otarłam go materiałem, palcami delikatnie odsunęłam włosy z jego czoła. Gdy brwi mu drgnęły, gdy dołączyły do nich powieki, nawet nie ruszyłam się z miejsca. Podczas ostatnich dwóch dni wiele razy wydawało mi się, że odzyskuje przytomność, ale to nigdy nie nastąpiło. Kiedy stęknął, przysiadłam jedynie na brzegu łóżka, chcąc zwilżyć mu kark porcją zimnych okładów. Kiedy czerwone oczy otworzyły się, ja nadal wykonywałam swoją pracę. Byłam zmęczona i nie ufałam już sobie. Nie ufałam temu, co widzę. Zmęczone krwiste oczy mogły patrzeć, śledzić moje ruchy, a na mnie nie robiło to już wrażenia... chciałam, żeby tak było. Okłamywałam się jedynie, serce zabiło mocniej. Złapałam się za głowę.
- Ile razy jeszcze będziesz oszukiwał, że do mnie wracasz, by ponownie odpłynąć? - jęknęłam, przecierając własne czoło. Muszę się uspokoić, otarłam jeszcze oczy i spojrzałam na jego twarz, tak jak sądziłam, oczy były zamknięte. Tylko mi się przewidziało. Złapałam go za dłoń wzdychając ciężko, ale ta... zacisnęła sie na moich palcach. Znów odnalazłam jego twarz.
- Nevan? - zapytałam przerażona. Zmrużył powieki, a adrenalina odsunęła ode mnie natychmiast zmęczenie. Zeskoczyłam z łóżka, klęknęłam na podłodze przy nim, wychylając się lekko nad pryczą. Z moich ust kolejna fala modlitw, próśb, starych sentencji, aż mi nie przerwał. Zamrugałam dwa razy, spojrzałam na jego bez wątpienia otwarte oczy. Te cudowne, czerwone, pełne życia, chociaż teraz te nadal było w nich słabe. Nieistotne. łzy zaczęły mi spływać po twarzy, serce zagłuszać wszystko, modlitwę przełknęłam, wiem, że nie chciał wcale jej słyszeć. Ujęłam delikatnie jego twarz w dłoń.
- Bogowie, żyjesz... żyjesz... - powtarzałam, nie mogąc w to uwierzyć. - Straż! Posłać po Febiasza! Natychmiast! - zawołałam tylko na moment odwracając się od Telvasha, zaraz znów gładziłam jego szorstki policzek. - Nie ruszaj się, leż spokojnie. Och, tak się bałam. Nigdy więcej... ale już jest dobrze, już będzie dobrze - powtarzałam cichutko, na oślep sięgając dłonią po kubek z wodą, aby pomóc mu się napić, bo wargi miał takie suche. Nie wiedziałam, czy to wola boska, czy to jego siła. Nie obchodziło mnie to. Chciałam tylko, by Febiasz natychmiast się tutaj znalazł i oznajmił, że najgorsze już minęło. Chciałam usłyszeć radość jego ludzi, a najbardziej chciałam wziąć go w ramiona i myśl, że tego mogę jeszcze długo nie móc uczynić okrutnie mi doskwierała.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz