Te
ręce… Te ręce były najgorsze.
Lepiły się do mnie, wyciągały z każdych
stron i napawały pierwotnym strachem. Były cierpieniem i niepewnością, były
bólem i ulgą od męczarni, były jedyną radością i tym potężnym strachem, ale
wszystkie te emocje i stany zalewające mnie z każdej strony były jak ciecz w
naczyniu, którego nie da się wypełnić. W naczyniu, które nie ma ścianek, które
jest tylko próżnią. Ciecz była w kolorze krwi, a wizje i obrazy zmieniały się z
taką prędkością, wykrzywiały się i zmieniały, splatały ze sobą w makabrycznym
tańcu kolorów i kształtów. Krew nagle stała się rzadka, nagle była wszędzie,
ale nie niosła już ze sobą przerażenia. Stała się morzem, w którym powoli
zaczynałem tonąć, a jego konsystencja gęstniała z każdą mijającą chwilą. Nie
było poczucia czasu. Nie wiedziałem, nie potrafiłem ocenić, gdzie się znajduję,
jaka jest pora roku, dnia, godziny. Ręce znowu otaczały mnie z każdej strony, a
teraz były ich setki tysięcy samych długich kończyn, które nie miały końca.
Cała armia lepiących się do mojego spoconego ciała palców, które nie dawały
wytchnienia i chwili ulgi, cała armia której nie potrafiłem stawić czoła.
Już dawno przestałem walczyć. W tej
nicości, która nie była wnętrzem namiotu, w której – tego byłem pewien – nie było
ani grama rzeczywistości nie było bólu. Odpłynął, zniknął, wyparował wraz z
twarzami uwieszonych nade mną ludzi. Twarzami wykrzywionymi emocjami, których
sensu nie mogłem teraz pojąć. Tutaj, w tym ciemnym zakątku umysłu wszystko
wydawało się wyciągać do mnie swoje macki.
To również zniknęło. Nagle,
niespodziewanie. Wszystko ustąpiło pustce, próżni, nicości.
Tylko nicość trwała. Ból wracał jeszcze
sporadycznie, ale nigdy nie był już tak ostry. Nie był już tak porywisty, nigdy
nie był skoncentrowany na jednym punkcie, a bardziej po prostu trawił całe moje
ciało, jakby ktoś stępił miecz, którym wieki temu zostałem raniony. Zamiast
tego gorączka podsyłała z granic świadomości najgorsze obrazy, męczące wizje,
przytłaczające uczucia. W porównaniu z nimi nicość była przyjemna,
orzeźwiająca. Rzecz jasna nie potrafiłem określić, czy to wynik ziół i
lekarstw, czy może tego, że moje ciało z chwili na chwilę słabło coraz
bardziej. Poza rzeczywistością i poza świadomością takie dylematy zdawały się
nie istnieć.
A jednak nie dane było mi zakończyć tu
swojej historii. I jak żałosny byłby to koniec? Oficer, który poległ od miecza,
który nie powinien mieć żadnego znaczenia.
A jednak… To nie był jeszcze mój
koniec. Wiedziałem, dziwne i niespotykanie silne przeczucie zapewniało mnie, że
jest tam jeszcze coś dla mnie. Że moje ciało wyćwiczone w ogniu walk i
treningów nie poddało się jeszcze. Że okazało się koniec końców silniejsze od
świadomości, która już dawno przestała się wyrywać z uścisku śmierci. I czułem
jej odór, jakby mówiła do mnie po imieniu, jakby zwracała się twarzą w twarz i
wzywała do swoich czeluści. To była obecność, która nie opuściła mnie przez ani
jedną, najkrótszą chwilę tego stanu zawieszenia pomiędzy życiem a śmiercią.
Czasami była odległa, a czasami zawieszała się nade mną, wisiała nad moją
twarzą, ale nigdy nie odeszła od metaforycznego łoża.
To nie mógł być koniec. Nie mój. Nie
były jeszcze zakończone wszystkie rozdziały, które miałem napisać. Była Esja,
gdzieś w oddali była jej obecność i bliskość, były moje słowa, które mówiły, że
ją kocham. Naprawdę? Czy były prawdziwe? Nigdy nie znałem znaczenia miłości.
Nigdy nie doświadczyłem miłości. Nigdy nie było osoby, której mógłbym to
powiedzieć i w odmętach koszmarów sennych te słowa wydawały mi się być
kłamstwem. Okropnym, niedopuszczalnym grzechem, którego nikt mi nie odpuści.
Którego sam sobie nie będę potrafił darować.
Delikatny ruch dłonią był wysiłkiem,
które wydawało się przekraczać moje możliwości. Mimo wszystko, kiedy podniosłem
powieki nicość zamieniła się w jasność, nieoczekiwaną i materialną rzecz, którą
potrafiłem sprecyzować – pierwszą od bardzo długiego czasu. Dopiero później
były słowa, dużo słów, dużo dźwięków, faktur, materii, doznań. Nie wszystkie
były oczywiste. Nie wszystko potrafiłem zrozumieć i od razu pojąć, ale płótno
namiotu, twardość pod plecami i dłoń w mojej dłoni były dobrymi, pierwszymi
punktami zaczepienia.
— Nie…
Pierwsze słowo było trudne. Ledwo
przecisnęło się przez moje spierzchnięte wargi i nieużywane od najwyraźniej
długiego czasu gardło. Oprzytomnił mnie również ból, taki ból, który był
zdecydowane ostrzejszy niż w majaczeniu sennym. Skoncentrowany na ramieniu
sprawił, że sapnąłem jedynie po pierwszej próbie podniesienia się. Słabe
mięśnie nie mogły utrzymać mojego ciała zbyt długo w uniesionej pozycji, a ruch
sprawił, że jasny bandaż powoli przesiąknął kolorem jasnej krwi. Zerknąłem w
dół, błędne spojrzenie skupiło się na rozmazanym obrazie opatrunku i
westchnąłem opadając miękko na materac. Z wdzięcznością przyjąłem kilka łyków
wody, które początkowo sprawiły, że prawie się nią zakrztusiłem. Była chłodna,
rześka, odświeżająca. Oczyściła gardło spragnione cieczy.
Krew była jasna. Nie było infekcji. To
dobra wiadomość, bardzo dobra wiadomość.
— Nie — powtórzyłem nieco silniej,
kiedy zdałem sobie sprawę z tego, kto siedzi obok i jakie wydaje rozkazy, ale
zajęło mi to zdecydowanie zbyt wiele czasu i siły. Sprzeciw nie był łatwy, ale
był czymś, co znałem bardzo dobrze. Był kolejnym punktem, o którego mogłem się
zaczepić. — Niech nie przychodzą…
Głos był słaby, może jedynie udało mi
się poruszać wargami, może spomiędzy warg nie wydostawały się dźwięki. Czułem,
że nie mam sił, że wszystko opuszcza moje ciało w przerażającym tempie, ale
trzymałem się świadomości walecznie, desperacko wręcz. Trzymałem się jej tak,
jak mogłem trzymać dłoń Esji. Nagle wyraźniejsza na tle innych była wizja, w
której wypowiadam dwa słowa, do których nie miałem prawa, słowa, których
znaczenia nie znałem. Które mogły być kłamstwem.
—
Niech nie przychodzą… Chcę — zakrztusiłem się, a każde pojedyncze kaszlnięcie
powodowało falę nieprzyjemnego bólu, który chciał ponownie oderwać mnie
rzeczywistości, który mógł sprawić, że stracę świadomość lada moment. Był
silny. Był zdecydowanie zbyt silny, żeby go znieść, jakby ktoś ułożył rój
pszczół pod moim obojczykiem, jakby wsuwał rozgrzane do białości otrze pod
skórę, jakby ono pełzało między mięśniami niczym jadowity wąż. — Chcę być z
tobą
Słowa wypowiedziane w stanie okropnego
bólu były słabe, ale również prawdziwe. Chciałem być z nią. Chciałem wiedzieć,
że żyję. Dla niej.
Mimo wszystko moje sprzeciwy nie niosły
ze sobą żadnych konsekwencji. Poczułem, że tracę kontakt z jej dłonią, że w
namiocie nagle robi się mniej przestrzeni, że ktoś szura butami, w czym nie
rozpoznałem charakterystycznego dla Febiasza kroku. Ukazały się białka moich
oczu wywróconych bólem, a później poczułem, jak ktoś przykłada czarkę do moich
ust. Płyn był gorzki.
— …uśmierzy ból i sprowadzi sen… —
mówił dużo, mówił szybko i wydawało mi się, że nie zwraca się do mnie. Nie
widziałem już Esji, była poza zasięgiem mojego wzroku, musiała stanąć gdzieś
dalej, ale nie mogłem zadrzeć głowy i skrzyżować naszych spojrzeń. — Nadal
gorączkuje, ale rana nie jest zainfekowana. Obudził się, a to dobry znak.
Bardzo dobry. Czekaliśmy długo na tą chwilę, naprawdę długo. Jest silny,
gorączka powinna ustąpić do rana, ale całą noc potrzebuje opieki. Najświętsza,
powinnaś w końcu odpocząć, sprowadzę tutaj jednego ze swoich adeptów i sam
przejmę część warty nad chorym. Powinnaś odpocząć, najświętsza, nawet bogowie
czasem muszą zniknąć z nieba. Nikt nie jest tak silny.
Napój przyjemnie rozgrzał moje gardło i
ocieplił całe pomieszczenie. Wcześniej drżąc z zimna nie miałem na tyle
świadomości, żeby zorientować się, że to gorączka opada, opuszcza moje ciało.
Zrobiło się tak przyjemnie i miło, że miałem ochotę zapaść w dłuższy sen.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz