sobota, 16 czerwca 2018

CCXXIV


        Te ręce… Te ręce były najgorsze.
        Lepiły się do mnie, wyciągały z każdych stron i napawały pierwotnym strachem. Były cierpieniem i niepewnością, były bólem i ulgą od męczarni, były jedyną radością i tym potężnym strachem, ale wszystkie te emocje i stany zalewające mnie z każdej strony były jak ciecz w naczyniu, którego nie da się wypełnić. W naczyniu, które nie ma ścianek, które jest tylko próżnią. Ciecz była w kolorze krwi, a wizje i obrazy zmieniały się z taką prędkością, wykrzywiały się i zmieniały, splatały ze sobą w makabrycznym tańcu kolorów i kształtów. Krew nagle stała się rzadka, nagle była wszędzie, ale nie niosła już ze sobą przerażenia. Stała się morzem, w którym powoli zaczynałem tonąć, a jego konsystencja gęstniała z każdą mijającą chwilą. Nie było poczucia czasu. Nie wiedziałem, nie potrafiłem ocenić, gdzie się znajduję, jaka jest pora roku, dnia, godziny. Ręce znowu otaczały mnie z każdej strony, a teraz były ich setki tysięcy samych długich kończyn, które nie miały końca. Cała armia lepiących się do mojego spoconego ciała palców, które nie dawały wytchnienia i chwili ulgi, cała armia której nie potrafiłem stawić czoła.
        Już dawno przestałem walczyć. W tej nicości, która nie była wnętrzem namiotu, w której – tego byłem pewien – nie było ani grama rzeczywistości nie było bólu. Odpłynął, zniknął, wyparował wraz z twarzami uwieszonych nade mną ludzi. Twarzami wykrzywionymi emocjami, których sensu nie mogłem teraz pojąć. Tutaj, w tym ciemnym zakątku umysłu wszystko wydawało się wyciągać do mnie swoje macki.
        To również zniknęło. Nagle, niespodziewanie. Wszystko ustąpiło pustce, próżni, nicości.
        Tylko nicość trwała. Ból wracał jeszcze sporadycznie, ale nigdy nie był już tak ostry. Nie był już tak porywisty, nigdy nie był skoncentrowany na jednym punkcie, a bardziej po prostu trawił całe moje ciało, jakby ktoś stępił miecz, którym wieki temu zostałem raniony. Zamiast tego gorączka podsyłała z granic świadomości najgorsze obrazy, męczące wizje, przytłaczające uczucia. W porównaniu z nimi nicość była przyjemna, orzeźwiająca. Rzecz jasna nie potrafiłem określić, czy to wynik ziół i lekarstw, czy może tego, że moje ciało z chwili na chwilę słabło coraz bardziej. Poza rzeczywistością i poza świadomością takie dylematy zdawały się nie istnieć.
      A jednak nie dane było mi zakończyć tu swojej historii. I jak żałosny byłby to koniec? Oficer, który poległ od miecza, który nie powinien mieć żadnego znaczenia.
        A jednak… To nie był jeszcze mój koniec. Wiedziałem, dziwne i niespotykanie silne przeczucie zapewniało mnie, że jest tam jeszcze coś dla mnie. Że moje ciało wyćwiczone w ogniu walk i treningów nie poddało się jeszcze. Że okazało się koniec końców silniejsze od świadomości, która już dawno przestała się wyrywać z uścisku śmierci. I czułem jej odór, jakby mówiła do mnie po imieniu, jakby zwracała się twarzą w twarz i wzywała do swoich czeluści. To była obecność, która nie opuściła mnie przez ani jedną, najkrótszą chwilę tego stanu zawieszenia pomiędzy życiem a śmiercią. Czasami była odległa, a czasami zawieszała się nade mną, wisiała nad moją twarzą, ale nigdy nie odeszła od metaforycznego łoża.
        To nie mógł być koniec. Nie mój. Nie były jeszcze zakończone wszystkie rozdziały, które miałem napisać. Była Esja, gdzieś w oddali była jej obecność i bliskość, były moje słowa, które mówiły, że ją kocham. Naprawdę? Czy były prawdziwe? Nigdy nie znałem znaczenia miłości. Nigdy nie doświadczyłem miłości. Nigdy nie było osoby, której mógłbym to powiedzieć i w odmętach koszmarów sennych te słowa wydawały mi się być kłamstwem. Okropnym, niedopuszczalnym grzechem, którego nikt mi nie odpuści. Którego sam sobie nie będę potrafił darować.
        Delikatny ruch dłonią był wysiłkiem, które wydawało się przekraczać moje możliwości. Mimo wszystko, kiedy podniosłem powieki nicość zamieniła się w jasność, nieoczekiwaną i materialną rzecz, którą potrafiłem sprecyzować – pierwszą od bardzo długiego czasu. Dopiero później były słowa, dużo słów, dużo dźwięków, faktur, materii, doznań. Nie wszystkie były oczywiste. Nie wszystko potrafiłem zrozumieć i od razu pojąć, ale płótno namiotu, twardość pod plecami i dłoń w mojej dłoni były dobrymi, pierwszymi punktami zaczepienia.
      — Nie…
        Pierwsze słowo było trudne. Ledwo przecisnęło się przez moje spierzchnięte wargi i nieużywane od najwyraźniej długiego czasu gardło. Oprzytomnił mnie również ból, taki ból, który był zdecydowane ostrzejszy niż w majaczeniu sennym. Skoncentrowany na ramieniu sprawił, że sapnąłem jedynie po pierwszej próbie podniesienia się. Słabe mięśnie nie mogły utrzymać mojego ciała zbyt długo w uniesionej pozycji, a ruch sprawił, że jasny bandaż powoli przesiąknął kolorem jasnej krwi. Zerknąłem w dół, błędne spojrzenie skupiło się na rozmazanym obrazie opatrunku i westchnąłem opadając miękko na materac. Z wdzięcznością przyjąłem kilka łyków wody, które początkowo sprawiły, że prawie się nią zakrztusiłem. Była chłodna, rześka, odświeżająca. Oczyściła gardło spragnione cieczy.
        Krew była jasna. Nie było infekcji. To dobra wiadomość, bardzo dobra wiadomość.
        — Nie — powtórzyłem nieco silniej, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, kto siedzi obok i jakie wydaje rozkazy, ale zajęło mi to zdecydowanie zbyt wiele czasu i siły. Sprzeciw nie był łatwy, ale był czymś, co znałem bardzo dobrze. Był kolejnym punktem, o którego mogłem się zaczepić. — Niech nie przychodzą…
        Głos był słaby, może jedynie udało mi się poruszać wargami, może spomiędzy warg nie wydostawały się dźwięki. Czułem, że nie mam sił, że wszystko opuszcza moje ciało w przerażającym tempie, ale trzymałem się świadomości walecznie, desperacko wręcz. Trzymałem się jej tak, jak mogłem trzymać dłoń Esji. Nagle wyraźniejsza na tle innych była wizja, w której wypowiadam dwa słowa, do których nie miałem prawa, słowa, których znaczenia nie znałem. Które mogły być kłamstwem.
        — Niech nie przychodzą… Chcę — zakrztusiłem się, a każde pojedyncze kaszlnięcie powodowało falę nieprzyjemnego bólu, który chciał ponownie oderwać mnie rzeczywistości, który mógł sprawić, że stracę świadomość lada moment. Był silny. Był zdecydowanie zbyt silny, żeby go znieść, jakby ktoś ułożył rój pszczół pod moim obojczykiem, jakby wsuwał rozgrzane do białości otrze pod skórę, jakby ono pełzało między mięśniami niczym jadowity wąż. — Chcę być z tobą
        Słowa wypowiedziane w stanie okropnego bólu były słabe, ale również prawdziwe. Chciałem być z nią. Chciałem wiedzieć, że żyję. Dla niej.
        Mimo wszystko moje sprzeciwy nie niosły ze sobą żadnych konsekwencji. Poczułem, że tracę kontakt z jej dłonią, że w namiocie nagle robi się mniej przestrzeni, że ktoś szura butami, w czym nie rozpoznałem charakterystycznego dla Febiasza kroku. Ukazały się białka moich oczu wywróconych bólem, a później poczułem, jak ktoś przykłada czarkę do moich ust. Płyn był gorzki.
        — …uśmierzy ból i sprowadzi sen… — mówił dużo, mówił szybko i wydawało mi się, że nie zwraca się do mnie. Nie widziałem już Esji, była poza zasięgiem mojego wzroku, musiała stanąć gdzieś dalej, ale nie mogłem zadrzeć głowy i skrzyżować naszych spojrzeń. — Nadal gorączkuje, ale rana nie jest zainfekowana. Obudził się, a to dobry znak. Bardzo dobry. Czekaliśmy długo na tą chwilę, naprawdę długo. Jest silny, gorączka powinna ustąpić do rana, ale całą noc potrzebuje opieki. Najświętsza, powinnaś w końcu odpocząć, sprowadzę tutaj jednego ze swoich adeptów i sam przejmę część warty nad chorym. Powinnaś odpocząć, najświętsza, nawet bogowie czasem muszą zniknąć z nieba. Nikt nie jest tak silny.
        Napój przyjemnie rozgrzał moje gardło i ocieplił całe pomieszczenie. Wcześniej drżąc z zimna nie miałem na tyle świadomości, żeby zorientować się, że to gorączka opada, opuszcza moje ciało. Zrobiło się tak przyjemnie i miło, że miałem ochotę zapaść w dłuższy sen.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/