sobota, 16 czerwca 2018

CCXXV





        Pochyliłam się nad nim nieco bardziej, jednak nie przesadzając, aby nie zabierać za dużo powietrza. Uniosłam brwi nie bardzo wiedząc, co też chce mi powiedzieć, ale byłam cierpliwa, po tak długim czasie oczekiwania na jego powrót do żywych każdy byłby cierpliwy. Jeśli natomiast byłam jeszcze zdolna po tym wszystkim do uśmiechu, to tylko dzięki jego słowom, których sens dotarł do mnie z pewnym opóźnieniem. Uśmiechnęłam się czując jak coś rozczulającego obejmuje moje ciało, z nieco wykrzywionymi brwiami, gotowa płakać ze szczęścia, ale walcząca z tym uczuciem, chociaż bez wątpienia łzy zaczęły napływać mi już do oczu. 
       - Będziesz... będziesz ze mną, nigdzie nie odejdę, ale teraz twoje zdrowie jest najważniejsze - odpowiedziałam cicho na jego słowa, obejmując delikatnie jego dłoń, całując jej wierzch, każdy palec z osobna, z namaszczeniem, z uczuciem, w podzięce za to, że mogę to robić, a jego skóra nadal jest ciepła i to już miało się nie zmienić. Życie z niego nie ujdzie, nigdzie mi nie ucieknie, nie zostawi mnie tu samej, a ja będę od teraz wdzięczna za każdą sekundę, jaką dane mi będzie przy nim spędzić. 
       Chwila tylko dla nas nie trwała długo, bo chociaż i ja chciałam z nim być, wiedziałam, że moje potrzeby są teraz sprawą drugorzędną. Musiał o siebie zadbać, nie, to ja musiałam o niego zadbać i dlatego potrzebował opieki medycznej bardziej, niż mojego towarzystwa. Puściłam Nevana na sekundę przed tym, jak do namiotu wszedł Febiasz, nie poświęcając mi spojrzenia, czemu się nie dziwiłam. Natychmiast podszedł do oficera, a ja odeszłam pod przeciwległą ścianę, aby nie przeszkadzać w żaden sposób, ale też dając do zrozumienia, że nie zamierzam wychodzić.       
       Każdy jęk mężczyzny bolał mnie tak, jakby źródło tego bólu dotykało i moje ciało. Chciałam, żeby już nie cierpiał. O ile łatwiej by było, gdyby przebudzenie oznaczało całkowity powrót do zdrowia, niestety tak pięknie nie było. Dosadnie uświadomił mi to widok jego zakrwawionego opatrunku, rana nadal się nie zasklepiła, utrata krwi w dalszym ciągu była niebezpieczna, a obawy o jego stan nie ustały. To było dopiero pierwsze źródło ulgi, jednak strach mnie nie opuścił, wiedziałam, że nie opuści, aż do dnia, gdy zobaczę go takiego, jak dawniej, kroczącego dumnie, jakby ludzkie obrażenia go nie dotyczyły, jakby nikt nie był w stanie zachwiać jego potęgi. Trochę bliższego bogom, niż każda znana mi istota, być może bliższego nim nawet, niż ja z moją śmieszną, kapłańską mocą. 
       Zaciskałam boleśnie pięści, błagając po raz kolejny wszystkie boskie siły, aby już nie cierpiał, aby Febiasz już go nie ruszał, skoro to sprawia mu tyle cierpienia. Wiem, że medyk robił to dla jego dobra, ale logika przy takim zmęczeniu, zmieszana z obawami coraz bardziej we mnie poupadała. W zasadzie ledwo stałam, a teraz, kiedy jasne już było, że wszystko ma się ku dobremu, poczułam, że adrenalina mnie opuszcza. Nieco nieprzytomnie podniosłam spojrzenie na Febiasza, kiedy dotarło do mnie, że odbiorcą jego słów jestem ja, a raczej w jego założeniu powinnam być. 
       Uśmiechnęłam się, kiwając głową na znak, że rozumiem. Nie ma infekcji, poszerzyłam uśmiech, bo chyba dopiero teraz, gdy to on przyznał, że jest dobrze zaczęło to do mnie faktycznie docierać. Może było to też oznaką słabości, ale nawet zaśmiałam się, łącząc w powietrzu dłonie z cichym klaśnięciem, by następnie schować w nich usta. Tak bardzo skupiłam się na części o Nevanie, że ponownie nie poświeciłam uwagi reszcie, dopiero po chwili uświadamiając sobie, co też próbuje mi przekazać. Z miejsca się spięłam, a rozczulenie widoczne na twarzy opuściło mnie tak szybko, jak szybko przypomniałam sobie słowa oficera, które wypowiedział zanim pojawił się tu Febiasz. 
       - Wykluczone - powiedziałam z siłą, głosem nieznoszącym sprzeciwu. Nie było tu dla mnie miejsca na prośby, na dyskusję. Decyzja zapadła i nie zamierzałam jej zmienić. Widziałam, że jest zaskoczony, że nie tego się spodziewał, nawet jeśli oczekiwał po mnie, że się nie zgodzę. Patrzyliśmy na siebie przez chwilę, aż w końcu odchrząknął, jakby dodając tym sobie animuszu. 
         - Najświętsza, byłaś z nim przez cały czas. Dzięki tobie, z pomocą bogów udało się go sprowadzić, ale teraz... teraz to sprawa medycyny i dlatego nalegam, abyś uznała moją decyzję - wyczuwalny nacisk w jego głosie normalnie by o mnie dotarł w jednej chwili, ale nie teraz, gdy chodziło o nikogo innego, jak Nevana. Rozumiałam jednak, co dawał mi do zrozumienia, że nie jestem już potrzebna. Tylko on nie wiedział. Nie wiedział, że od samego początku nie chodziło jedynie o moją boskość. Potrzebowałam być blisko Tealvasha, ale nie mogłam o tym powiedzieć Febiaszowi wprost. Mimo to byłam zdeterminowana. 
        Jeśli chciałam coś tutaj ugrać, musiałam być nieugięta, rozsądna i przede wszystkim zadbać o to, aby moim głosem nie zawładnęły uczucia. 
       - Z całym szacunkiem, Febiaszu, ale morale obozu z każdą mijającą bez poprawy godziną upadają. Ludzie martwią się o swojego przywódcę, nie potrzeba dodatkowych oczu, którego zobaczą go  takim stanie - powiedziałam twardo. Przez moment przyglądał się mi, jakby nie wierzył, czy dobrze rozumie. 
       - Pani, sugerujesz, że moi adepci będą szerzyć plotki? - zapytał wprost. Byłam na to gotowa, więc moja twarz nawet nie drgnęła. 
       - Owszem, sugeruję. Robię to jednak jedynie dla dobra ogólnego spokoju wśród naszych ludzi. To raczej rozsądne, prawda? - na jego odpowiedź przyszło  mi chwilę poczekać. Cmoknął pod nosem, z potem potarł oczy, jakby na barkach nosił wszelkie problemy tego świata. 
       - Rozumiem twoje obawy, ale i tak nie mogę pozwolić, byś kolejny raz się nim sama opiekowała - wyszeptał, a ja uśmiechnęłam się triumfalnie, nie mogąc się powstrzymać. 
       - Dobrze więc, że nie jesteś osobą, która może wydawać mi pozwolenia, Febiaszu - bezczelnie prosta uwaga opuściła moje usta. Taka niepodobna do mnie, może nawet ukuło mnie pewnego rodzaju poczucie winy, ale przy obawach o życie Nevana było to uczucie tak błahe, że sprowadzając je do jakiejkolwiek materii, było zaledwie pojedynczą drobiną kurzu wiszącą w powietrzu. - Bądź jednak spokojny, nigdy nie jestem sama, towarzyszą mi bogowie - dodałam mimo wszystko, bo byłam mu niesamowicie wdzięczna. Gdyby nie on, moje życie być może straciłoby sens, a teraz... teraz oddychało już nieco spokojniej. Zawiesiłam na nim spojrzenie, nie potrafiąc go teraz oderwać. 
       - Więc przynajmniej ja ciebie zmienię, pani - zaproponował jeszcze, ale nie patrząc na niego od razu pokiwałam przecząco głową. 
        - Ty Febiaszu, musisz być wypoczęty, jak nikt inny. Tak, jak powiedziałeś... ja i moi bogowie sprowadziliśmy go już, ale to ty i twoja wiedza będą go musiały utrzymać wśród nas - zakończyłam i chyba zrozumiał, że nic więcej nie zamierzam już dodać. 
        Jeszcze chwilę został, oznajmiając, że przyśle kogoś z jedzeniem, prosząc, bym w razie słabości niezwłocznie kogoś powiadomiła. Wytrzymałam cały ten czas, stojąc prosto w jednym miejscu, ale tak szybko, jak wyszedł, tak też rzuciłam się do łóżka, a którym leżał Nevan, opadając miękko na kolana i znów delikatnie łapiąc jego dłoń. Spał już najpewniej, delikatnie uniosłam dłoń do jego czoła, odgarniając z jego czoła przepocone włosy. Opatrunek został zmieniony, ale nieprzyjemny zapach krwi nadal unosił się w powietrzu. Wcześniej nie zwracałam na to uwagi, ale teraz, jeśli miał się obudzić... chciałam zrobić wszystko, co się dało, aby mu pomóc. Poprosiłam więc Milę, gdy ta przyniosła mi posiłek, aby nazbierała nieco kwiatów mi je przyniosła. Ułożyłam je przy mężczyźnie, a następnie przysiadłam na skórze, jaka leżała obok jego posłania i wparłam ramiona na brzegu łóżka. Zjedzenie miski potrawki zajęło mi dobre parę godzin, była już zimna, gdy kończyłam, ale całkowicie mi to nie przeszkadzało. Mila przyszła zapytać, czy chcę zjeść kolację, akurat, gdy przełykałam ostatnią łyżeczkę obiadu. Spojrzała na mnie niezadowolona i czułam, że chce coś powiedzieć. Skinęłam głową, aby jej na to pozwolić. 
       - Pani, jesteś brudna - oznajmiła, schylając głowę. Zaskoczona spojrzałam w dół. Faktycznie, miałam brudną szatę, z krwi, osocza, jakiś specyfików, które wczoraj w gorączce Nevan szturchnął i na mnie wylał. Byłam też spocona, bez wątpienia pachniałam nie najlepiej. Wcześniej wydawało mi się to mało istotne. Włosy też miałam rozczochrane, a ich końcówki swoim stanem nie różniły się wcale od mojego ubrania. Mimo, że zdałam sobie z tego sprawę, nic nie powiedziałam, jakbym nie wiedziała do czego zmierza. - Czy chcesz pani, aby oficer Tealvash zobaczył cię po przebudzeniu w takim stanie? - jej pytanie, takie naturalne uświadomiło mi, że chyba nie chcę, chyba ma rację. 
       - A jeśli się obudzi, a mnie przy nim nie będzie? - zapytałam, nieco przerażona, niegotowa na to, aby opuszczać ją na chwilę dłuższą, niż załatwienie podstawowych potrzeb, które przez ostatnie dni i tak ograniczyłam do koniecznego minimum. 
       - Ma się nie obudzić aż do jutra. Poinformują Febiasza, aby zastąpił cię na ten czas - zaproponowała, ale nadal nie było po mnie widać entuzjazmu na myśl o nim. - Najświętsza, oficer na pewno by tego nie pochwalał - dodała i chyba dopiero po tych słowach podjęłam decyzję. 
       Kąpiel wbrew temu, czego się spodziewałam, była bardzo przyjemna, upajająca wręcz. Dopiero zmywając z siebie bród, dotarło do mnie, jak przez ten czas się zapuściłam. Nie oznaczało to jednak, że zamierzam przeciągać tą czynność niepotrzebnie. Jeszcze mając mokre włosy wróciłam do namiotu oficera, po drodze nakazując Mili, aby rano przyniosła mi misę z letnią wodą. Febiasza pozbyłam się szybko i znów z Nevanem byłam sama, nie śpiąc dobrze, czuwając, aż noc nie przeszła w dzień, aż ciemność nie ustąpiła światłu. 
       Mimo wszystko czułam się lepiej, pewniej. Jeśli miał się obudzić, musiał zobaczyć mnie w najsilniejszym, z możliwych wydań. Obóz budził się do życia, gdy przyniesiono mi zamówioną dzień wcześniej wodę. Nauczyłam się przez te trzy dni poruszać po tym namiocie płynniej, niż poruszałam się po swoim. Nie czułam zażenowania, sięgając po olejek, jakiego Nevan używał do kąpieli, kiedy zabrałam do misy świeży, biały materiał złożony na szafce. Wymieszałam olejek z wodą, podśpiewując cały czas, aby na czymś skupić myśli. Wykręciłam mokry materiał i delikatnie odkryłam go do bioder, na moment zatrzymując spojrzenie na rannym ramieniu. 
       - Co to dla ciebie, oficerze? - zapytałam cicho, opuszkami palców delikatnie przejeżdżając po jego poliku. - Taka rana nie może ciebie zabić, a już na pewno nie teraz, kiedy musisz dla mnie żyć. Nigdy bym ci tego nie wybaczyła, więc wracaj do mnie natychmiast - mówienie do niego, chociaż nie słyszał, w ostatnich dniach było normą. Przynajmniej na taką namiastkę rozmowy mogłam sobie pozwolić. Może to odsuwało mnie od szaleństwa, które zaczęło się czaić w chwili, w której zobaczyłam go rannego? Te obrazy nadal były żywe i przerażające. 
       Uniosłam najpierw jego dłoń, delikatnie obmywającą ją z każdej strony i tak, jak zawsze całując jej wierzch, przykładając do swojej twarzy, przymykając na moment oczy. 
       - Tak bardzo cię kocham... wolałabym leżeć teraz na twoim miejscu, więc proszę, zdrowiej szybko - wyszeptałam, wtulając polik nieco głębiej w jego dłoń, udając, że to on powoduje ten gest, że sam wprawia w ruch palce. Brakowało mi jego bliskości, takiej, w której brał świadomy kontakt. Brakowało mi jego, chociaż był obok, to tęskniłam za nim okrutnie, nie wiedząc nawet, że tęsknota może być tak dotkliwym uczuciem. Jak więc miałam z tym sobie radzić? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

SZABLON WYKONANY PRZEZ TYLER DLA BLOGA
https://pietno-bogow.blogspot.com/